Sport.pl

Błaszczykowskiego mecz z losem

Trzy zdarzenia zaważyły na życiu Kuby Błaszczykowskiego. O jednym lepiej byłoby nie wiedzieć.
Darek Wołowski o Kubie na blogu: Wielkie zwycięstwo wujka Brzęczka

Gdy po przerwie Jakub Błaszczykowski zmieniał Wojciecha Łobodzińskiego, wujek Kuby - Jerzy Brzęczek - pomyślał: "No, smoku, to twoja szansa". Nie minęło 200 sekund, a 50 tysięcy Polaków na stadionie i prawie 10 milionów przed telewizorami zobaczyło, jak Błaszczykowski przyjął trudne podanie od Jacka Bąka, umiejętnie się zastawił, na kilku metrach ograł belgijskiego obrońcę, przyspieszył jak rakieta na prawym skrzydle i dośrodkował. Strzelał Krzynówek, dobił Smolarek - tak padł drugi gol dla Polski.

Nie byłoby tej akcji na prawym skrzydle i gola, gdyby nie... sala gimnastyczna podstawówki w Truskolasach. Za krótka nawet na piłkę ręczną, ale w sam raz, by nauczyć się dryblingu, dopieścić przyspieszenie na kilku metrach. - Dyrekcja kazała grać dołem, bo okna były niezakratowane i trzeba było oszczędzać drabinki. Dzieliłem chłopaków na drużyny i już. Musieli przebijać się na wąskiej przestrzeni między kilkoma dzieciakami. I tak całą zimę - wspomina Jan Krok, historyk nowożytny z wykształcenia. Kilkanaście lat temu był nauczycielem WF-u w Truskolasach i trenerem amatorem lokalnej Olimpii. Dziś pracuje fizycznie w hangarach betoniarni Betoneksu.

- Kiwka, kiwka, tak było cały czas. Z Kubą zawsze były problemy, bo sam chciał wygrać mecz. Ale teraz się zmienił. Musiał w końcu nauczyć się oddawać piłkę [śmiech] - mówi Łukasz Krawczyk, syn prezesa Olimpii i właściciela Betoneksu, jedynego sponsora klubu. Krawczyk to też specjalista od gry na małej przestrzeni.

Kuba nie chciał podawać, a Łukasz Krawczyk, brat Kuby Dawid i inni byli starsi i o niebo wyżsi. - Babcia, ja nigdy nie dorosnę do framugi - mówił Kuba do Felicji Brzęczek, kiedy zaopiekowała się wnuczkiem po tragedii. Kuba tylko grywał na klubowym boisku, nigdy nie był zawodnikiem zgłoszonym przez Olimpię do rozgrywek. W ósmej klasie podstawówki miał 152 cm wzrostu, co - jak sam zauważył - miało związek ze śmiercią mamy.

Wujek Brzęczek nad talentem czuwał

Gdyby nie roztoczył nad nim opieki Jerzy Brzęczek, brat zabitej, z chłopcem stałoby się to samo co z innymi ćwiczącymi na Olimpii. Zamiast w Bundeslidze być może grałby w okręgówce w Woźnikach Śląskich z MLKS-em.Brzęczek jest w Truskolasach idolem, ale nie tylko tam. Niemal w każdej drużynie, w której występował, był kapitanem. Także w olimpijskiej, która zdobyła srebro w Barcelonie, co odbiło się wielkim echem w Truskolasach, bo - jak wspomina pan Jan Krok - na treningi Olimpii zaczęły przybiegać tłumy okolicznych dzieciaków.

Wujek Brzęczek ma olbrzymi wpływ również na Kubę. To on popchnął go do Rakowa Częstochowa, swojego pierwszego klubu. Potem - już jako rodzinny, nieformalny menedżer - pomógł w przejściu do Górnika. W Zabrzu nastolatek nie zagrał nawet minuty w ekstraklasie, rozczarował się do życia w internacie i postanowił wrócić do Częstochowy.Ale wujek nie zniechęcił się. Trzy lata później dzięki przyjaźni z olimpijczykiem z Barcelony Grzegorzem Mielcarskim, wówczas dyrektorem sportowym Wisły Kraków, pomógł 20-latkowi znaleźć miejsce w drużynie, która właśnie wywalczyła trzeci z rzędu tytuł mistrza kraju. - Jak wszedłem do szatni i zobaczyłem 10 reprezentantów Polski, to nie wiedziałem, co ze sobą zrobić - wspominał Błaszczykowski w jednym z wywiadów.

- Mówiono wtedy, że Kuba idzie do Wisły tylko dzięki wujkowi. Ale transfer doszedł do skutku dzięki odwadze trenera Liczki, który zauważył, że tu nie chodzi o poplecznictwo, tylko o wielki talent - mówi Jerzy Brzęczek.

Wisła zapłaciła KS Częstochowa 90 tys. zł. Półtora roku później zarobiła na transferze do Borussii Dortmund 3,3 mln euro, czyli ponad 130 razy więcej.

Teraz już nie tylko Brzęczek jest w Truskolasach idolem. Kuba wpada do rodziny dość często - ostatnio na chwilę po meczu z Belgią. Przyjechał o 2 w nocy z niedzieli na poniedziałek, a już w południe brat odwoził go na samolot do Dortmundu. Ale miesiąc temu był na meczu Olimpii z MLKS-em w Woźnikach Śląskich. Nawet kibice Woźników, od dawna w konflikcie z tymi z Olimpii, zrobili sobie z nim mnóstwo zdjęć. Nikomu nie odmawiał, pożegnali go owacją.Kiedy pod koniec 2006 roku Kuba doznał poważnej kontuzji przepukliny, znów o przyszłość siostrzeńca zadbał Brzęczek. Zabrał go na zabieg do Austrii, gdzie spędził w pięciu klubach pół życia sportowego.

Krótko mówiąc, Jerzy Brzęczek zastępował Kubie ojca, babcia Felicja - mamę.

To ciągle w nim siedzi

To najtrudniejszy fragment tekstu i jednocześnie nieunikniony, jeśli ktoś przedstawia sylwetkę największego dziś talentu w polskiej piłce. Trzeba napisać o tragedii osobistej. Oddać ją słowami. Bez tego tragicznego zdarzenia nie byłoby Kuby Błaszczykowskiego, jakiego znamy. Choć z pewnością on wolałby, by wszystko potoczyło się inaczej.10-letni Kuba był świadkiem śmierci mamy ugodzonej nożem przez tatę. Do szkoły chodził, bo to obowiązek, ale przestał grać w piłkę, choć dotąd było to właściwie jedyne zajęcie, jakie sprawiało mu przyjemność.- Przedtem spędzał na przyszkolnym boisku całe godziny. Czasem od 7 do 22. Jak nie było składu, walił piłką o ścianę. Zupełnie jak jego wujek kilkanaście lat wcześniej. Po tragedii cały rok nie kopał piłki - mówi z łagodnym zrozumieniem Jan Krok, który w wypadku samochodowym, w którym sam brał udział, stracił dwuletnią córkę i czteroletniego syna.- Jakimś cudem ktoś go wtedy namówił na turniej halowy. Został tam wybrany na najlepszego zawodnika - wspomina Jerzy Brzęczek. - Rozmawialiśmy o tym długo. Mówiłem, że nie wolno mu zmarnować talentu. Przekonywałem: "Zobacz, co może stać się, jak będzie trenował, skoro bez treningu osiągasz takie sukcesy". Kuba powiedział, że nigdy o tej rozmowie nie zapomniał - twierdzi Brzęczek. Dzięki niemu Błaszczykowski wrócił do piłki.Po wyjściu z więzienia ojciec Kuby zamieszkał w Kłobucku, kilkanaście kilometrów od Truskolasów. Na wniosek rodziny sąd pozbawił go praw rodzicielskich. Bez ojca i matki Kubie groziło oddanie do domu dziecka, ale rodzina nawet nie chciała dopuścić takich myśli.

Kuba nie chce ojca widzieć. Pani Felicja: - To ciągle w nim siedzi. Czasem mi mówi: "Babciu, nie wiesz, co ja czuję".