Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Przeterminowana nagroda Lecha. To już nie ten sam Liverpool

Marzenia Lecha Poznań o wylosowaniu Liverpoolu w 1/16 Ligi Europy spełniły się tylko częściowo. Poznaniacy zmierzą się ze słynnym angielskim klubem, ale najpierw muszą wyeliminować Sporting Braga i liczyć na to, że Anglicy poradzą sobie ze Spartą Praga. To, jak dowodzą ostatnie lata, wcale nie jest jednak pewne.
Gdzie jest zespół ze Stambułu?

W świadomości wielu kibiców Liverpool pozostaje drużyną, która w maju 2005 roku pokonała AC Milan i wygrała Ligę Mistrzów, mimo że do przerwy przegrywała 0:3. Lecz w futbolu pięć lat to - jak pokazuje przykład Liverpoolu - mnóstwo czasu. W trwającym sezonie Premier League The Reds ani razu nie wygrali jeśli tracili gola jako pierwsi.

Ostatni raz, pomijając mecze pucharowe, udało się to ponad rok temu. W sierpniu 2009 roku Liverpool ograł Bolton, choć przegrywał 0:1. By znaleźć wyczyn bliższy stambulskiemu trzeba przeczesać półki pokryte dwuletnim kurzem. Tam znajduje się zapis wygranego - mimo dwubramkowego prowadzenia rywali - spotkania z Manchesterem City.

Jeszcze bardziej przygnębiający jest fakt, że z kadry Liverpoolu na pamiętny finał Ligi Mistrzów w klubie ostało się zaledwie dwóch zawodników. Duet tworzą kapitan i wicekapitan - Steven Gerrard i Jamie Carragher. Obaj są przedmiotem zaciętych debat kibiców, bo w mieście Beatlesów rośnie grono sympatyków teorii, że ilość piłkarzy ze Stambułu powinna być zredukowana do zera.

Te dyskusje nie przedostają się na światło dzienne, bo jeszcze głośniej jest o nowym menedżerze Liverpoolu, Roy'u Hodgsonie. Latem Anglik zastąpił Rafaela Beniteza, który w maju 2005 roku też przyczynił się do wielkiego triumfu: w przerwie wprowadził Dietmara Hamanna, który odmienił mecz. Dziś przeciwnicy Beniteza dowodzą, że Steve Finnan, którego zastąpił Hamann zgłosił kontuzję. Ale te debaty też nie są najważniejsze, bo królem grup dyskusyjnych pozostaje Hodgson.

Różowe okulary bossa

Przed rozpoczęciem nowego sezonu zmiana na stanowisku menedżera była przesądzona. Liverpool zawiódł w Premier League, Lidze Mistrzów, Lidze Europy i krajowych pucharach, a drogi transfer Alberto Aquilaniego okazał się klapą. Jakby tego było mało, Benitez utracił dobre relacje z najważniejszymi piłkarzami. Murem stali za nim tylko kibice, choć i wśród nich rosło przekonanie, że czas Hiszpana dobiegł końca. Dlatego zatrudniono Hodgsona.

Były menedżer Fulham miał przywrócić Liverpoolowi utracone tradycje. Korzystając z dobrodziejstw okna transferowego sprowadził aż czterech wyspiarzy, w tym Joe Cole'a. Pierwsza jedenastka miała nabrać narodowych barw, choć kibice przecierali oczy, gdy miejsce na lewej stronie obrony zajmował do bólu przeciętny Paul Konchesky. Hodgson ściągnął też swojego ulubieńca, Christiana Poulsena z Juventusu, ale Duńczyk może śmiało rywalizować o miano najgorszego zakupu nowego menedżera.

Równie felerne były jednak pierwsze zakupy Beniteza. Hiszpan przetransferował takich piłkarzy jak Antonio Nunez czy Josemi i konsekwentnie na nich stawiał. Jemu, w przeciwieństwie do Hodgsona, wszelkie dziwactwa wybaczano - mimo średniej postawy w Premier League i męczarni w Lidze Mistrzów. Hodgson swój kredyt zaufania wyczerpał błyskawicznie, bo jego koncepcja drużyny zawodzi na całej linii.

Nowemu Liverpoolowi brakuje praktycznie wszystkiego. Wyników, charakteru, stylu gry, a przede wszystkim - odpowiednich wniosków menedżera, który mecze ogląda w różowych okularach. Po dwubramkowej porażce w derbach z Evertonem Hodgson nazwał pomysł wywiezienia punktów ze stadionu rywala "utopią". - Czemu po tak atrakcyjnym meczu wszystko kręci się wokół faktu, że Liverpool nie wygrał? - pytał zdziwiony Anglik. Jeszcze bardziej dziwili się zaszokowani kibice.

Remis z Birmingham skłonił Hodgsona do konkluzji, że "byłoby szkoda", gdyby jego zespół to spotkanie wygrał. Zapytany o kiepską postawę defensywy, która notorycznie popełnia błędy i traci bramki, odpowiedział, że taką cenę płaci się za ofensywne ustawienie zespołu. A jego Liverpool strzelił do tej pory 21 goli - mniej od połowy ekip z Premier League, w tym trzech beniaminków.

Co dalej z Liverpoolem?

Fatalna forma Liverpoolu prędko się nie zmieni. The Reds poprawili co prawda grę na własnym stadionie, ale na wyjeździe triumfowali tylko raz. Nic dziwnego, bo w całej karierze na Wyspach Brytyjskich Hodgson wygrał jak na razie siedem spotkań poza domem, mimo że był trenerem mistrza Anglii - Blackburn i finalisty Ligi Europy - Fulham.

Nic nie zapowiada też zwolnienia Hodgsona przez nowych właścicieli Liverpoolu. Szefowie mówią wprost, że... nie znają się jeszcze na piłce nożnej i nie chcą podejmować radykalnych kroków. Sugestie o pożegnaniu z Liverpoolem wyśmiewa też Hodgson. - Mam trzyletnią umowę, więc musieliby zapłacić mi spore odszkodowanie - uprzedza. Jego poprzednik, Rafael Benitez, z odszkodowania zrezygnował.

Jeśli nic się nie zmieni, kumulacja problemów The Reds nastąpi dopiero w maju 2011 roku. Gdyby drużynie nie udało się zakwalifikować do Ligi Mistrzów - obecna strata do czwartej Chelsea wynosi już dziewięć punktów - z klubem może rozstać się Fernando Torres, który długo rozważał przeprowadzkę podczas ostatniego okna transferowego. Liverpool wrze od plotek, a legenda klubu i ekspert Sky Sports, Phili Thompson, w artykule dla miejscowego Liverpool Echo zarzuca Hiszpanowi brak zaangażowania i żąda deklaracji dotyczącej jego dalszego pobytu na Anfield.

Na chwilę obecną inna ikona Liverpoolu, Jamie Carragher, nie musi się obawiać. Wyjątkowo kiepska dyspozycja Martina Skrtela i nieustanne kontuzje Daniela Aggera powodują, że Anglik nie martwi się o miejsce w składzie, ale ogromna większość kibiców zauważa problem coraz gorszych występów starzejącego się wicekapitana. Pozycja stopera to bolączka klubu, ale nikt nie wie co mogłoby się stać, gdyby jej wzmocnienie sondował Hodgson. Być może dlatego w klubie o transferach będzie decydował zatrudniony przez nowych właścicieli Damien Comolli.

Głośno mówi się też o problemie Gerrarda, któremu - podobnie jak Torresowi - zarzucany jest brak zaangażowania. Wychowanek The Reds kończy rehabilitację po kontuzji, ale bez niego środek pola wyglądał całkiem przyzwoicie. Skrzydła rozwinął sprowadzony z Portugalii Raul Meireles, a przeciętny do tej pory Lucas zadziwiał angielskich komentatorów. Gdyby powrót kapitana zgasił obu pomocników, dyskusja o przyszłości Gerrarda może nabrać tempa.

Kto pięć lat temu pomyślałby, że niesamowity mecz z Milanem oznacza początek końca Liverpoolu, że po pięciu latach drużyna stoczy się tak nisko? Lech musi się modlić, by do niskiego poziomu The Reds mimo wszystko nie doskoczyła czeska Sparta.

Chelsea - Manchester United hitem 18. kolejki Premier League »


Więcej o: