Sport.pl

Kto zbzikował w Manchesterze

Wbrew domysłom, że to łapczywy oszołom, któremu z kieszeni wypadają miliony, szejk Mansour działa w Manchesterze City wstrzemięźliwie, jak na swoje możliwości wręcz skromnie. Za piłkarzy wcale nie przepłaca. Ledwie raz wydał tyle, że jego transfer zmieścił się wśród 40 najwyższych w historii futbolu. Felieton Rafała Steca.
Stefan Kisielewski proponował legalizację dopingu, by sprawdzić, ile człowiek byłby gotów poświęcić dla chwały. Ja mam lucyferskie zachcianki prymitywniejsze, ale dające większą szansę na rychłe spełnienie. Mianowicie chętnie wystawiłbym na próbę Barcelonę i popodglądałbym, jak ta konsekwentnie pielęgnująca romantyczny wizerunek korporacja - co to koszulek reklamą nie zhańbi - reaguje na 250 mln euro zaoferowane za Leo Messiego przez klub z Kataru albo innego podlanego ropą Trapezfiku. Ewentualnie na zaoferowane 300, 350, 400 mln. Przy jakiej kwocie zaczęłaby nakłaniać piłkarza, by zaakceptował degradujący go sportowo transfer? Jak wysokiej pensji nie oparłby się już sam piłkarz? A może oparłby się każdej i musiał tylko walczyć z otoczeniem, które chciałoby na transakcji skorzystać?

Na to, by wodzić na pokuszenie dowolnego gracza, stać szejka Mansoura Bin Zayeda al-Nahyana, członka rodziny królewskiej ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, przy której nawet dumny posiadacz Kamczatki i floty jachtów Roman Abramowicz wygląda na gołodupca. Gdyby właściciel Manchesteru City wydał na Messiego nawet miliard, monarszy majątek by nie ucierpiał. A Messi, choć wraz z ewentualnym transferem zsunąłby się w piłkarskiej hierarchii, mimo wszystko nie stoczyłby się tak, jak rekordzista w tej materii Luiz Felipe Scolari - mistrz świata z Brazylią i półfinalista mundialu z Portugalią po zwolnieniu z Chelsea sprzedał się za ciężki szmal Bunyodkorowi Taszkient, by zdobywać potem mistrzostwo ligi uzbeckiej z 20 punktami przewagi nad wicemistrzem. Gra w Manchesterze City daje jednak nadzieję na znaczące trofea.

Szejk Mansour działa jednak - wbrew domysłom, że to łapczywy oszołom, któremu z kieszeni wypadają miliony - wstrzemięźliwie, jak na swoje możliwości wręcz skromnie. Za piłkarzy wcale nie przepłaca. Nie porwał się na żaden ruch na miarę galaktycznych ekscesów zakupoholika Florentino Pereza i ledwie raz wydał tyle, że jego transfer zmieścił się wśród 40 najwyższych w historii futbolu, ale nawet pozyskany wtedy Robinho był o blisko 60 mln euro tańszy niż najdroższy w Realu Madryt Cristiano Ronaldo. Czy 29 mln za Davida Silvę to pieniądze wydane nierozsądniej niż 30 mln oddane przez Manchester United za Berbatowa? Czy 24 mln za Yaya Toure nie wyglądają sensowniej niż 20 mln oddanych przez Liverpool za Aquilaniego?

Kiedy właściciel MC lądował w Premier League, pomysłami strzelał wariackimi, poprzedniego trenera Marka Hughesa już na pierwszym spotkaniu miał pytać o piłkarza nad piłkarzami, a gdy usłyszał nazwisko Rooneya, serio rwał się do natychmiastowego kupowania. Potem chyba jednak rozpoznał teren i zrozumiał, że najpierw warto zyskać szlachectwo na boisku, np. poprzez awans do Ligi Mistrzów. Sporo do myślenia musiały mu dać starania o Kakę - Milan chciał go oddać, transfer wymuszał rozgorączkowany wizją wielkich pieniędzy ojciec piłkarza, ale Brazylijczyk zdołał się oprzeć i do gry w City się nie zniżył.

Tak, nie zniżył. Zyskujący nagle nadzianego i hojnego inwestora, lecz trzymany z dala od Champions League klub przypomina trochę kupca albo przemysłowca z XIX-wiecznej powieści, który się dorobił i pragnie prestiżu, czyli wejścia do wyższych sfer, ale arystokracja, również zubożała, na proszone obiady nie przychodzi. Do czasu. Kiedy już jeden książę się przełamie, towarzystwo ruszy za nim ławą. Dlatego Manchester City najpierw musiał szukać wśród skłóconych ze swoimi aktualnymi pracodawcami - w Realu Madryt znalazł Robinho, potem sąsiadom z miasta wydarł Carlosa Teveza.

Z Interu wyciągnął kilka dni temu kolejnego kontrowersyjnego piłkarza - Mario Balotellego, największego łobuza we włoskim calcio. To polityka obarczona olbrzymim ryzykiem. Robinho uciekał już do Brazylii, Tevez publicznie krytykował trenera i wycieńczające zajęcia. Jak odnajdzie się w nowym świecie notorycznie naburmuszony 20-latek z Mediolanu? Zajmie się grą, zamiast prowokować na boisku, za co znienawidzili go rywale z Serie A? Będzie wieczorami układał w domu puzzle, zamiast strzelać do policji z zabawkowego pistoletu, na czym wytracał wolny czas w trakcie mundialu? Mourinho uporządkować mu głowy nie zdołał.

Nuworysze z Eastlands mierzą w mistrzostwo Anglii (nie zdobyli go od 1968 roku), ale realia współczesnego futbolu przemawiają przeciw nim. Nawet jeśli trener Roberto Mancini poradzi sobie z podwładnymi, którym kipi pod czaszkami - ma ich w kadrze wielu, kilku planuje się pozbyć - to minione lata dowodzą, że instalowanie w podstawowym składzie pięciu, sześciu nowych graczy, choćby najznakomitszych, musi potrwać. I nie uda się bez najcenniejszej, prócz kapitału, cechy idealnego właściciela klubu - cierpliwości.

Wielu wątpi, że szejkom - prezesem klubu został Khaldoon al-Mubarak - jej wystarczy. Sceptycy pamiętają, że w zeszłym sezonie MC w złym stylu rozstał się z Hughesem, czasem ulegają instynktownemu lękowi przed nieznanym. Niełatwo dostrzec świetnie wykształconego w USA, umiejącego zarządzać pasjonata sportu w delikwencie, który paraduje owinięty od stóp do głów pościelą, ma dwie żony, 18 braci i 7 sióstr. Do podejrzeń, że Mansour prędko znudzi się swoją futbolową fanaberią, brytyjscy komentatorzy przyznają się nader chętnie. Powodów nieufności nie podają.

Jeśli się mylą, City z klubu najczęściej wskazywanego przez angielskich fanów jako drugi ulubiony stanie się klubem zawzięcie nienawidzonym. Kilka lat temu dotknęło to Chelsea, wcześniej Manchester United, dotyka to wszystkie kluby, które ośmieliły się z dnia na dzień wzbogacić. Konkurencja spogląda na wyrosłego znienacka potwora z mieszaniną pogardy dla dorobkiewiczów, niczym nieuzasadnionego poczucia wyższości, a zarazem zazdrości i bezradności wobec jego ekonomicznej potęgi. Oby tylko nie przyszedł do nas, nie rzucił przynęty, nie wystawił na próbę lojalności naszych gwiazd.

Ale Premier League wypięknieje sportowo. Rozgrywki zastygłe dotąd na szczytach jak żadne inne w Europie, z godną Ligi Mistrzów magnaterią okrojoną do czterech klubów, którą ostatnio totalny bezruch ogarnął także na rynku transferowym. Tego lata na Wyspy, wyjąwszy rzeczony wschód Manchesteru, nie przyleciała żadna prawdziwa gwiazda, faworyci retuszowali tylko składy piłkarzami, którzy obiecująco się zapowiadają. Najbardziej osobliwy interes ubił Alex Ferguson, który porwał z Vitorii Guimaraes niejakiego Tiago Manuela Diasa Correę. Nie dlatego, że Bebe - jak wołają nań na portugalskiej prowincji - wychowywał się na ulicy i w sierocińcu, wbrew pierwszym doniesieniom nie wystąpił na mistrzostwach świata bezdomnych (choć ćwiczył z drużyną), grał dotąd wyłącznie z amatorami i w trzeciej lidze. Dlatego, że trener Manchesteru United wyrzucił 9 mln euro na młodzieńca, którego widział z bliska tylko raz, tydzień przed transferem nie wiedział o jego istnieniu, dwa miesiące przed transferem mógł go wziąć za darmo...

Ferguson przyznał, że podjął decyzję nagle, pod wpływem impulsu, choć znacznie tańszych piłkarzy podgląda się zazwyczaj znacznie dłużej, zanim pójdzie przelew. Co brzmi trochę jak zwierzenie zepsutej małolaty, która zobaczyła na wystawie zbyt śliczne buty, by mogła się oprzeć wydaniu całego kieszonkowego. Ktoś się jeszcze upiera, że to narwani szejkowie nie panują nad odruchami?

Więcej o: