Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Puchar Anglii. AFC Wimbledon, czyli inna definicja sukcesu

- Nie byłoby lepszego uznania dla kariery Stevena Gerrarda niż dojście do finału Pucharu Anglii i oglądanie, jak po zwycięstwie podnosi trofeum - mówił wczoraj Brendan Rodgers o legendzie Liverpoolu. Jednak w dzisiejszym meczu trzeciej rundy FA Cup z AFC Wimbledon to nie historia odchodzącego z "The Reds" kapitana powinna przykuwać uwagę kibiców. Przecież gospodarze spotkania mają równie wiele do przekazania.
Kingsmeadow to typowy dla niższych lig angielskich stadion, z malutkimi trybunami, także stojącymi. Gdy mecz jest wieczorem, już idąc od stacji Norbiton nad niskim zabudowaniem widać łunę nad boiskiem. Ma lokalną, rodzinną atmosferę, czy to na meczach Kingstonian FC, czy AFC Wimbledon, choć ten drugi zespół przyciąga nawet dziesięć razy więcej fanów. Pod główną trybuną jest mały pub, który zapełnia się przed spotkaniami. Na Kingsmeadow dzisiejszego wieczoru ponad cztery tysiące widzów obejrzy mecz drużyny gospodarzy z Liverpoolem.

Na Plough Lane, starym stadionie "starego" Wimbledonu - zanim pozwolono, by klub zmienił nazwę i został przeniesiony do Milton Keynes - bywało więcej kibiców. Na bardziej stromych, choć nieco wyższych i równie betonowych trybunach mieściło się piętnaście tysięcy ludzi. Dennis Wise w swojej autobiografii pisał, że warunki zaplecza w najlepszym wypadku mogły być określone mianem spartańskich. Również atmosfera była inna. Na boisko prowadził długi ciemny tunel, a dawna ekipa z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, znana jako "Crazy Gang", potrafiła zrobić w nim taki hałas dzikimi krzykami, że przyjezdni piłkarze tracili pewność siebie i to zanim zdążyli poczuć bliskość - i nienawiść - trybun.

Kultura pięści i wrzasku?

I niecałe dwie dekady temu spotkania tych drużyn były standardem w kalendarzu rozgrywek ligi angielskiej - obecnie to wielkie wydarzenie dla gospodarzy lub "luźniejsze", choć obowiązkowe do wygrania starcie dla "The Reds". Najsłynniejszy mecz między Wimbledonem i Liverpoolem odbył się jednak na Wembley w maju 1988 roku, gdy w finale Pucharu Anglii "The Dons" sprawili jedną z największych niespodzianek. W ostatnich tygodniach o tamtym "Szalonym Gangu" znów zrobiło się głośno, głównie za sprawą dokumentu telewizji BT Sports, które zdradziło "kulturę" szatni w drużynie, która w jedenaście lat przeszła drogę z futbolu półzawodowego do pokonania Liverpoolu. - Rządziliśmy strachem. Cudowne - opowiada John Fashanu, twardy napastnik Wimbledonu. Opowieści sięgają historii z szatni o upokarzaniu słabszych osobowości przez jej liderów. Po premierze dokumentu byli pracownicy klubu ze wściekłością domagali się sprostowań, że przecież tamten Wimbledon to nie tylko przemoc, chamstwo i pijaństwo kilku piłkarzy.

- Nasz klub to była grupa ciężko pracujących ludzi, którzy walczyli z przeciwnościami losów przez dwadzieścia lat i wygrywali - mówi były prezes Sam Hamman - Każdy, z kim rozmawiałem, był zdenerwowany, że tak nas przedstawiono jako brutalnych zbirów. Dokument sugeruje, że piłkarze byli bandą Fasha [Fashanu - przyp. red.], bo się jego bali. Jest to bardzo, bardzo dalekie od prawdy - dodawał. Niektórzy byli pracownicy czy piłkarze zbojkotowali premierę, gdy tylko dowiedzieli się, jaki charakter ma dokument.

Budując własne

Kingsmeadow od Plough Lane dzieli kilka kilometrów. Stary obiekt został zburzony ponad dziesięć lat temu, teraz na jego miejscu stoją budynki mieszkalne. Ale władz AFC Wimbledon to nie zniechęciło do powrotu na "stare śmieci" - oni od tradycji się nie odcinają - w planach jest budowa nowego stadionu w miejsce opodal położonego toru wyścigów. Jeśli inwestycja się uda, będzie to kontynuacja jednej z piękniejszych bajek współczesnego, niemal do szpiku kości skomercjalizowanego futbolu angielskiego. A przecież jeszcze wcześniej może udać się znów pokonać Liverpool - to dopiero byłaby sensacja.

- Wyrośliśmy już z Kingsmeadow - twierdzą dyrektorzy AFC Wimbledonu. Od czasu rozpoczęcia nowej przygody, całkowitego odcięcia się od MK Dons po skandalicznej decyzji tamtejszej federacji, pozwalającej na przeniesienie klubu do innego miasta, to byłby kolejny wielki krok pokazujący siłę kibiców. Bo to wciąż oni są właścicielami występującej na czwartym poziomie rozgrywkowym drużyny - w pełni profesjonalnej, działającej nie na kredyt oraz przede wszystkim dla fanów właśnie. Nowe Plough Lane ma początkowo gościć jedenaście tysięcy widzów, ale z możliwością rozbudowy do dwudziestu tysięcy, tak by w przyszłości - gdy, według planów szefostwa klubu, Wimbledon dojdzie na zaplecze Premier League - móc cieszyć się dawną reputacją.

Reputacją klubu piłkarskiego o określonej sile, a nie "kulturze" na miarę tej z opisanego wyżej dokumentu BT Sports. Jeśli telewizyjne obrazki i opowieści uzna się za prawdziwe, to znów kontrast z dzisiejszym Wimbledonem nie mógłby być większy. Jednym z tych, którzy na pewno nie daliby sobą pomiatać Fashanu czy Vinny'emu Jonesowi jest Adebayo Akinfenwa, jeden z najsilniejszych, największych napastników z niższych lig angielskich. Jednak to postać na wskroś pozytywna, a nie osiłek zastraszający swoich rywali. - Mam 32 lata, nie jestem dzieckiem i nie przejmuję się, co ludzie o mnie myślą - opowiada Akinfenwa w wywiadzie z Goal.com - Trzeba mieć więcej niż samą siłę, by osiągnąć to co ja. Niewielu piłkarzy w moim typie może powiedzieć, że od 2008 roku, co sezon, niezależnie od ligi, strzelało przynajmniej piętnaście goli. Coś muszę robić dobrze - dodaje. Do dziś dla Wimbledonu strzelił dziewięć goli. Akinfenwa tłumaczy też, że nikt w klubie nie odcina się od historii, ale wszyscy skupieni są na tym, by na swój własny sposób tworzyć styl i dopisywać kolejne rozdziały. Gdy w 2002 roku na nowo powstawał AFC Wimbledon, przy rejestracji podano datę powstania klubu - rok 1889.

Normalna nienormalność

Mecz z Liverpoolem to dla Wimbledonu świetna okazja na ponowne pokazanie ich wyjątkowości. Oraz tego, jak dynamicznie rozwija się różnica pomiędzy współczesnymi klubami. Gdy "The Dons" chcą wrócić na miejsce starego stadionu dla własnej społeczności, w pobliżu Anfield władze Liverpoolu - wspierane przez władze miasta! - niemal zmusiły lokalnych mieszkańców, by sprzedawali im własne domy pod rozbudowę obiektu. Wszystko dla większych zysków, oczywiście. Kupione nieruchomości specjalnie trzymano puste, by inne w okolicy straciły na wartości. - Rejon Anfield, gdy wszystkie domy były zamieszkane, kiedyś nie był taki jak teraz - opowiadał Davidowi Connowi z "The Guardian" jeden z mieszkańców. - Zapaść zaczęła się w latach dziewięćdziesiątych wraz z kłopotami całego miasta. Jednak Liverpool tylko ją napędził. Nie była to zapaść naturalna, ale zaplanowana - dodawał w artykule sprzed roku. Oderwanie jest jeszcze bardziej zauważalne, gdy porówna się realia finansowe, w jakich obracają się te dwa kluby. Nowy stadion na Plough Lane ma kosztować Wimbledon tyle co Liverpool wydał na transfer Mario Balotellego.

- Nie jesteśmy normalnym klubem - pisze w manifeście AFC jego dyrektor wykonawczy Erik Samuelson - Powstaliśmy dzięki kibicom i do nich należymy. Jesteśmy dumni nie tylko z tego, co już osiągnęliśmy na boisku, ale tego, ile znaczymy i co udało się zrobić dla szerokiej społeczności Wimbledonu, pomimo tego, że gramy w sąsiednim okręgu - tłumaczy. Pośród projektów są ligi uliczne, zajęcia pozaszkolne, akcje wsparcia dla bezrobotnych czy niepełnosprawnych kibiców.

Raz jeszcze - dla większości, dzisiejsze spotkanie trzeciej rundy Pucharu Anglii na urokliwym Kingsmeadow będzie tylko ciekawym przerywnikiem w terminarzu ważniejszych spotkań. Jednak każda taka okazja warta jest zatrzymania się i sprawdzenia, że nie tylko zagraniczni właściciele, miliony wpompowane w zespół i popularność wśród fanów z innych krajów są miarą sukcesu klubu, nawet jeśli jego definicja u fanów AFC Wimbledonu jest diametralnie inna niż w przypadku Liverpoolu. Ale czy na pewno gorsza?

Więcej o: