Długo trwały negocjacje pomiędzy Lechią Zielona Góra i GKP Gorzów o warunki transferu napastnika Emila Drozdowicza. Strony porozumiały się 24 grudnia. Zawodnik zmienił barwy, lecz Lechia do dziś nie doczekała się zapłaty w umówionej kwocie.
- Poszliśmy na mocne ustępstwa. Piłkarz nie chciał u nas grać, w Gorzowie chciał. Nie miał wcześniej szczęścia do transferów. Docierało do mnie, że był zdołowany swoją sytuacją. Dla jego dobra i żeby już ostatecznie załatwić przyszłość piłkarza Drozdowicza, zgodziłem się na warunki kontraktu, które nie były korzystne dla naszego klubu. Korzyść ustaliliśmy jedynie taką, że gorzowski klub miał nam zapłacić niezwłocznie - opowiada prezes Lechii poseł Jerzy Materna.
O jakich kwotach prezes Materna rozmawiał z prezesem GKP Sylwestrem Komisarkiem? Nieoficjalnie wiemy tyle, że gorzowianie godzili się na wstępie zapłacić połowę z ceny, której chcieli zielonogórzanie. I według ustaleń "Gazety" stanęło na kwocie 90 tys. zł brutto za transfer definitywny. Gorzowski pierwszoligowiec zawarł z Emilem Drozdowiczem kilkuletni kontrakt indywidualny. Lechii zaś zapłacił tylko część z ustalonej sumy, nieoficjalnie wiemy, że połowę. Co z resztą? - Zdarzył się nam zator finansowy. Resztę należności uregulujemy do końca lutego - zapewnił nas wczoraj prezes Sylwester Komisarek.
Trzymamy szefa klubu z Gorzowa za słowo, bo z zatorem i ponagleniami wierzycieli zmaga się także Lechia. Prezes Materna, który jest bodaj największym wierzycielem klubu, ostatnio z własnej kieszeni fundował graczom kanapki, gdy jechali na mecz towarzyski do Cottbus.