Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Po odpadnięciu Lecha Poznań z LM. Nadęty polski futbol

Gdyby piłkarska Liga Mistrzów premiowała bezmyślne trwonienie pieniędzy, nasi byliby w eliminacjach rozstawieni. Gdyby premiowała pychę i przeświadczenie o własnej wielkości, nasi byliby z eliminacji zwolnieni - pisze komentator ?Gazety Wyborczej? Rafał Stec.
Lech Poznań odpadł z Ligi Mistrzów »

Wisła pożegnała się z Ligą Europejską »

Żaden polski klub do elity nie wprosił się od 1996 roku. Nasi przegrywają, bo nie umiemy wychowywać młodych. Nie umiemy w porę przygotować do sezonu starych. Nie umiemy wynajdywać obcokrajowców, którym piłka nie pląta nóg i którym chce się grać. Nie widać lokalnych trenerów przyzwoitej choćby klasy europejskiej. Szkolenie na patałachów tłumaczymy beznadziejną infrastrukturą, choć znakomici futboliści wyrastają także tam, gdzie łatwiej znaleźć leje po bombach niż trawiaste boiska (Bałkany). Nie umiemy znaleźć trenerów zagranicznych, którzy byliby znacząco bardziej kompetentni od polskich. Nasi odstają od przeciwników technicznie, taktycznie, fizycznie i mentalnie. Liga przyzwyczaja ich, że na boisku zwycięża się bez wysiłku, pomimo niechlujstwa w najprostszych zagraniach, przy pozorowanym pressingu rywala. Latem wysłuchujemy, że europejskie puchary zakłócają przygotowania do sezonu, zamiast słuchać, że stanowią inspirujące wyzwanie.

Czego przykrego nie powiemy o przedstawicielach dowolnej profesji w polskim futbolu, zabrzmi wiarygodnie. Niewiarygodnie brzmi tylko jedna popularna teza, która ma uzasadniać klęski w eliminacjach Champions League. Teza, jakoby

kluby niedomagały finansowo.

Maccabi Hajfa w zeszłym sezonie awansowała, choć uzbierała budżet wyraźnie skromniejszy niż budżet naszych czołowych drużyn. Wcześniej awansował BATE Borysow, choć jego zasoby wystarczałyby u nas na bronienie się przed spadkiem z ligi. Zaraz w LM zadebiutuje Bursaspor, choć ośmielił się wyciągnąć nogi po mistrzostwo Turcji za śmieszne 10 mln euro. Do elity zaglądały równie biedne Unirea, Cluj, Petrżalka czy Debreczyn, teraz dłużej od Lecha przetrwała słowacka Żilina, a poznaniacy ulegli reprezentantom ligi czeskiej, która oferuje niższe pensje niż polska.

Nasze kluby od dawna mają tyle, ile trzeba, by wskoczyć do Ligi Mistrzów. Albo więcej. Tylko inwestują byle jak. Majątek rozpływa się w chaotycznych wybrykach transferowych (skandaliczny milion euro za Sobiecha) i demoralizuje piłkarzy opłacanych hojniej niż ci zagraniczni konkurenci, z którymi nasi ligowi królewicze notorycznie przegrywają. Z biznesowych raportów wynika, że polski futbol systematycznie się wzbogaca, a z rankingów wynika, że zarazem systematycznie marnieje sportowo. Za chwilę zsunie się prawdopodobnie na 28. miejsce w klasyfikacji UEFA. Niżej nie upadł nigdy.

Polak lubi oglądać futbol, a ponieważ rozmnożył się do 38 milionów portfeli, to dobrobyt piłkarzy pozostaje niezagrożony niezależnie od umiejętności, włożonego w uprawianie sportu wysiłku, zaangażowania. Obnażyła ich - oraz nimi zarządzających - reforma Platiniego. Miała klubom skrócić drogę do Champions League (chroni przed meczami z supermocarstwami), a skompromitowała strategię obronną polegającą na lamentowaniu, że pieniędzy mało. I drogę do elity wydłużyła. Drugi raz z rzędu mistrz Polski nie dopełznął do decydującej rundy eliminacji.

Gdyby LM premiowała bezmyślne trwonienie pieniędzy, nasi byliby w kwalifikacjach rozstawieni. Gdyby premiowała pychę i przeświadczenie o własnej wielkości, nasi byliby z eliminacji zwolnieni. Wiosną prezes Legii chciał się ze mną zakładać, że w najbliższych pięciu sezonach Polacy zagrają w fazie grupowej trzykrotnie. Teraz słuchaliśmy, że wiślacy serio planują wychłostać w Krakowie Karabach Agdam czterema lub pięcioma golami.

Spektakularnego triumfu żądał

właściciel, piłkarze czuli się na siłach zadaniu podołać. A wiedzieli już, że Lech potrzebował rzutów karnych, by pokonać inny azerski klub, według znawców słabszy. Inne fakty? Liga azerska dumnie pręży się w czwartej dziesiątce rankingu UEFA, tymczasem zeszłego lata zlali naszego mistrza skuleni w piątej dziesiątce Estończycy; polscy juniorzy przegrali z azerskimi w eliminacjach ME do lat 19, sygnalizując ogólniejszy trend; polscy seniorzy zleźli w kwalifikacjach mundialu na miejsce w grupie przedostatnie, tuż nad San Marino, czyli na pułap równoległy azerskiemu (zakaukascy innowiercy wylądowali nad Liechtensteinem).

To fascynujące zjawisko psychologiczne - im bardziej nasi przegrywają, tym bardziej widzą w sobie faworytów, na ludy wschodnie spoglądają z wielkopańską wyższością, niemal pogardliwie. Zbiorowy zanik zdrowego rozsądku ogarnął wszystkich - prezesów, trenerów, piłkarzy, kibiców. Odurzonych wzdychaniem do czasów starożytnych (chłop z polskich muraw potęgą był i basta), mentalnych braci tych, którzy wierzą, że w polityce zagranicznej też wciąż powinniśmy rozbijać się między Niemcami a Rusią jak za Chrobrego. 1:1 i 0:1 z Levadią Tallin, 1:0 i 0:1 z Interem Baku oraz 0:1 i 0:1 ze Spartą Praga tworzą serię wyników w najważniejszych rozgrywkach pucharowych, jakiej nigdy nie przeżyliśmy, tymczasem przed wczorajszym rewanżem krakowian w Azerbejdżanie firmy bukmacherskie znów uważały za faworytów piłkarzy Kasperczaka. Paranoja.

Lech był ostatnio zarządzany roztropnie, dawał nadzieję, że po zdobyciu mistrzostwa kraju nie zburzy z dnia na dzień tego, co zbudował. Niestety, powielił błędy poprzedników. Oddał najlepszego gracza; zysków nie zainwestował w drużynę i znaleźć następcy nawet nie próbował; o nazwiskach obserwowanych ponoć od dawna napastników zapomniał; reagował opieszale, nie zdążył z zakupami, prędko zatrudnił tylko jednego z najgorszych ostatnio piłkarzy Bundesligi, 33-letniego Wichniarka. Wreszcie trener Zieliński pozwolił, by wszyscy jego ludzie zagrali słabiej, niż umieją. Strach pomyśleć, jak by skończyli, gdyby nie wpadli na również przeciętnie grającą Spartę.

Kiedy po środowej porażce opowiadali dyrdymały, że sędzia wypaczył wynik, Sheriff Tyraspol wyrzucał z LM Dinamo Zagrzeb. To czyniący stałe postępy mistrz Mołdawii, jednego z najbiedniejszych krajów na kontynencie, opłacający 20 piłkarzy z zagranicy. Jeśli za rok wylosują go nasi czempioni, pewnie też nie będziemy mieli wątpliwości, że są faworytami.

"A jednak się kręci" - blog Rafała Steca >


Więcej o: