Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Grande Torino: 60 lat po tragedii drużyny zjawiskowej

W poniedziałek mija 60 lat od tragedii jaka spotkała piłkarzy Torino. 4 maja 1949 samolot, którym leciało 18 piłkarzy tego klubu rozbił się na wzgórzu Superga. Nikt nie przeżył. - To była drużyna zjawiskowa, tworzona przez postaci jeszcze za życia mityczne. Mieli opinię ludzi, którzy przegrywają co najwyżej z własnym brakiem motywacji. Ustanowili kilkadziesiąt do dziś niepobitych rekordów - przypomina o wielkości klubu Torino dziennikarz Sport.pl i "Gazety Wyborczej" Rafał Stec
4 maja 1949 roku, samolot Fiat 212 wracał z Portugalii. Gdy przefrunął nad granicą francusko-włoską, pogoda gwałtownie się pogorszyła. Pilot przestał cokolwiek widzieć. Kilka minut po godz. 17 samolot uderzył w mur okalający bazylikę na wzgórzu Superga. Nikt nie przeżył. Na pokładzie było 31 osób, wśród nich 18 piłkarzy Torino.

- Sezon ligi włoskiej dobiegał końca, w czterech zamykających go kolejkach klub wystawił drużynę juniorów. Rywale - Genoa, Palermo, Fiorentina i Sampdoria - również. Torino wygrało wszystkie mecze i zdobyło mistrzostwo Włoch. Piąte z rzędu. Do dziś nikt tej serii nie powtórzył - pisze Rafał Stec.

Włoska federacja przyznała Torino tytuł natychmiast po katastrofie, w imię pamięci ofiar, ale jej gest historycznych tabel nie zaburzył.

- Uhonorowała drużynę zjawiskową tworzoną przez postaci jeszcze za życia mityczne. Na swoim, nieistniejącym już stadionie Filadelfia nie przegrali piłkarze Grande Torino nigdy, zwyciężając w miażdżącej większości spośród 93 meczów. Arcydzieło spłodzili w swoim szczytowym sezonie 1947/48, w którym, mknąc po mistrzostwo kraju, ustrzelili 125 goli. Ustanowili kilkadziesiąt do dziś niepobitych rekordów. Mieli opinię ludzi, którzy przegrywają co najwyżej z własnym brakiem motywacji. Legendą obrósł mecz z Romą, który do przerwy przegrywali 0:1 - w szatni padła ponoć ledwie jedna fraza ("dość żartów") i w drugiej połowie rozstrzelali rywalom siedmioma golami - przypomina dziennikarz Sport.pl.

Torino było wtedy prawdziwą kuźnią talentów, która dostarczała reprezentacji Włoch wielu wybitnych piłkarzy.

- Lubili grę szybką i urozmaiconą, z iście barcelońską werwą - jak byśmy powiedzieli dzisiaj - tkali ofensywne akcje z niezliczonych podań. O osławionym catenaccio nikt jeszcze wówczas na Półwyspie Apenińskim nie słyszał. Regularnie dostarczali reprezentacji kraju ośmiu-dziewięciu graczy. Rekord padł w meczu z Węgrami - gdyby selekcjoner Vittorio Pozzo nie posadził na ławce rezerwowych bramkarza Valerio Bacigalupy, cała podstawowa jedenastka byłaby tamtego dnia kalką drużyny Grande Torino - dodaje Rafał Stec.