Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Liga Mistrzów. Jak Diego Simeone rzucił koło ratunkowe

Diego Simeone szalał przy linii bocznej, skakał, krzyczał i motywował swoich piłkarzy, a każda sekunda przedłużała się do minuty. Argentyńczyk musiał modlić się, by wreszcie to się skończyło. I wcale nie chodzi o rewanżowe spotkanie półfinału Ligi Mistrzów, ale tylko jego pierwszą połowę - pisze na swoim blogu Michał Zachodny, dziennikarz Sport.pl.
- Odkąd pracuję w roli szkoleniowca nikt nie sprawił, że mój zespół był tak bezbronny, jak Bayern w pierwszej połowie. Grali niesamowicie, nie byliśmy w stanie w jakikolwiek sposób zareagować - szczerze komentował Simeone. Atletico do przerwy przegrywało jedną bramką, choć powinno dwoma. Grało w pełnym, podstawowym składzie, ale piłkarze panikowali bardziej niż w jesiennym meczu na Camp Nou, gdy stracili dwóch zawodników po czerwonych kartkach.

Różnie określa się Simeone - niektórzy piszą o świrze, inni o pasjonacie, ktoś zaśmiewa się z jego zwyczajów (m.in. wychodząc na mecz musi złapać się za krocze), a mówiąc o rekordach "czystych kont" jedni warkną, że to antyfutbol, drudzy docenią, że stworzył maszynę. Jednak naprawdę rzadko - i za rzadko - szkoleniowca Atletico Madryt wyróżnia się za bycie doskonałym strategiem.

Jeśli futbol to szachy, to Simeone we wtorek w Monachium po pierwszej części partii stracił niemal wszystkie najlepsze figury. Zapędzony do rogu musiał wymyśleć sposób w jaki mógł nie tylko zagrożenie oddalić, ale też siędzącego naprzeciw arcymistrza skontrować. Dostrzegł jedną lukę.

- Mój zespół grał świetnie przez osiemdziesiąt minut - bronił się na pomeczowej konferencji Pep Guardiola. Miał rację, Bayern rozegrał prawdopodobnie najlepszy mecz półfinałowy z tych sześciu za kadencji Hiszpana. Odpadł, bo trafił na rywala równego sobie. Równego w niezwykłym talencie do dostrzegania swoich błędów i reagowania.

Simeone do Guardioli porównać się nie da. Inni jako piłkarze, inni jako trenerzy. A jednak obu napędza brak satysfakcji z tego, co widzą na boisku. Nigdy nie są zadowoleni, zawsze może być lepiej. Argentyńczyk zwróci uwagę na wyprowadzanie kontr lub odległości między obrońcami, Hiszpan wtargnie po ostatnim gwizdku na murawę i zacznie wbijać swojemu piłkarzowi do głowy, co zrobił nie tak.

A tym, co Simeone zrobił w przerwie - musiał, choć wielu zdziwiłoby się widząc, że ściąga jednego z bohaterów pierwszego meczu, a do tego defensywnego pomocnika w chwili kompletnej dominacji Bayernu - udowodnił, że potrafi zmieniać swoje Atletico na miarę tego, co w Bayernie wyprawia Guardiola. Argentyńczyk nie robi tego często, bo nie musi. Ale gdy w pierwszej połowie Simeone szalał motywując zespół, któremu usuwała się murawa spod nóg, w głowie taktyczny procesor pracował na pełnych obrotach. Z chłodnej kalkulacji wypluło rozwiązanie, które dało Atletico finał Ligi Mistrzów.

Yannick Ferreira Carrasco wszedł za Augusto Fernándeza, a Atletico z 4-4-2 przeszło na 4-1-4-1. I pierwsze dziesięć minut drugiej połowy pokazało, że to nie tylko cyferki dla taktycznych świrów jak niżej podpisany, ale mające ogromne znaczenie detale. - A w takich meczach to najmniejszy detal decyduje o zwycięstwie - zaznaczał jeszcze przed spotkaniem Guardiola.

W tych dziesięciu minutach piłkarze Atletico wreszcie odbierali piłki w środkowej strefie na swojej połowie, a nie byli wyłącznie obserwatorami komfortowo i dynamicznie rozgrywających rywali. Zamknęli półprzestrzenie, odcięli powietrze schodzącym do środka Coście i Ribery'emu, znów wypychając ich do linii bocznej. A gdy Bayern adaptował się do nowej sytuacji, Atletico zadało decydujące uderzenie.

Nikt we wtorek nie przebiegł więcej kilometrów niż Xabi Alonso, ale ten raz Hiszpan ruszył niepotrzebnie. On i Jerome Boateng, gdy gospodarze szukali powrotu do pressingu sprzed przerwy. A Atletico poszukało pierwszym podaniem nie wolnej przestrzeni za plecami obrońców, ale rozsądku w przygotowaniu pułapki. Dla drużyny, która chce prowadzić wysoki pressing nie ma lepszej zachęty do ataku niż zagranie do zawodnika stojącego tyłem do bramki rywala. Ale wtedy cały mechanizm zadziałał - Gabi do Koke, ten nad Alonso oraz Boatengiem do Griezmanna, odegranie głową do Torresa i jego prostopadłe podanie na wbiegającego Francuza. Można było mrugnąć i całą genialną akcję przegapić.

Przed meczem w ciemno można było założyć, że na taką akcję Atletico będzie czekało. A jednak wcześniej, przy standardowym ustawieniu 4-4-2 nic z tego nie wychodziło. Simeone umożliwił to decyzją z przerwy. Także dzięki niej przetrwanie pozostałego czasu wcale nie przypominało desperacji z pierwszej połowy, ale typowy styl Atletico bronienia swojej szesnastki.

Simeone musiał coś zrobić. Ale w takim momencie, przy tak grającym rywalu, takiej stawce i sytuacji na boisku, by trafić wszystko idealnie i zgrać pod nawet te dziesięć minut, to naprawdę wielka sztuka. Tego na pewno Argentyńczykowi nigdy nie zapomnę.

Bayern Monachium załamany, Atletico Madryt w euforii [ZDJĘCIA]




Czy Atletico Madryt wygra Ligę Mistrzów?
Więcej o: