Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Ekstraklasa w Sport.pl. Piotr Rutkowski, wiceprezes Lecha Poznań: Trudniej jest zarządzać sukcesem niż kryzysem

- Przez lata wszyscy zebrali doświadczenie, mają kompetencje, by z nimi sobie radzić. To pomaga w następnych kryzysach - mówi w rozmowie ze Sport.pl Piotr Rutkowski, wiceprezes Lecha Poznań ds. sportowych, który opowiada też, że bardziej niż Nemanji Nikolicia żałuje, że trzy lata temu nie udało się ściągnąć Kevina Kampla.
Jacek Staszak: W zeszłym tygodniu Lech gościł grupę roboczą ECA zajmującą się szkoleniem młodzieży. Na konferencji prasowej opinie były bardzo przychylne, a co było podczas spotkania? Co według nich Lech ma do poprawy?

Piotr Rutkowski, wiceprezes ds. sportowych Lecha Poznań: - Byłoby to za trudne, prawie niemożliwe, by po kilku godzinach w zupełnie innym kraju i kulturze wskazać coś, co nie funkcjonuje. To raczej my staraliśmy się zwrócić uwagę na nasze wyzwania i problemy i sposoby radzenia sobie z nimi.

Jakie to wyzwania?

- Często pojawia się temat współpracy z trenerami reprezentacji młodzieżowych. Zawodnicy są powoływani mimo chorób, kontuzji i mimo bardzo dużej intensywności meczów. Ta grupa robocza ma pomóc w wypracowaniu sprawiedliwego wyjścia z tej sytuacji, bo ECA jako podmiot będący w kontakcie z UEFA jest w stanie rozmawiać, żeby znaleźć rozwiązanie pasujące wszystkim. Kluby chwilowo mają niewiele do powiedzenia, kartę przetargową mają związki piłkarskie.

ECA zwraca też uwagę by dyrektor akademii był w zarządzie.

- Nie wiem, czy pan to dobrze zrozumiał. Owszem, było to poruszanie podczas spotkania, padło pytanie gdzie tak jest i tylko Benfica się zgłosiła, a spotkali się przedstawiciele 20 klubów. To było też dyskutowane w przeszłości. Ważne natomiast, by w zarządzie był ktoś odpowiedzialny za sport, a tak jest u nas. Są takie modele, gdzie dyrektor akademii jest w zarządzie, ale w Lechu nie ma takiej potrzeby.

To może być logiczne, żeby kluby, które opierają się na wychowankach miały kogoś w ciele wykonawczym firmy zajmującego się właśnie akademią.

- To zależy od sposobu organizacji klubu i podziału kompetencji, czy w klubie jest dyrektor akademii i dyrektor sportowy odpowiedzialny za pierwszy zespół. W Bazylei na przykład jeden z wiceprezesów jest odpowiedzialny za akademię i on tego pilnuje. Według nas to nie kwestia siły sprawczej wynikającej z bycia członkiem zarządu. We wprowadzanie wychowanków zaangażować musi się wielu ludzi. Odgórnym narzucaniem woli nie da się zrealizować tak skomplikowanego procesu.

Pana projektem jest młodzieżowa Liga Europy.

- Rozmawialiśmy o tym na spotkaniu ECA Youth Working Group, dzieliliśmy się doświadczeniem z naszego ostatniego pobytu w Lizbonie. Musieliśmy lecieć dużym czarterem, więc zabraliśmy 20 juniorów starszych i zagraliśmy sparing ze Sportingiem Lizbona. Po tym meczu juniorzy obejrzeli mecz seniorów, poczuli klimat rozgrywek europejskich. To zbliża do pierwszego zespołu. Niektórzy tam i tak zagrają, ale wszyscy muszą oswoić się z atmosferą wyjazdów za granicę. Może niech takie wyjazdy nie będą obowiązkowe, ale żeby chociaż znalazło się wsparcie dla klubów, które chcą to robić. "Kolejorz" natomiast w ECA nie jest członkiem tej grupy roboczej, a Competition Working Group, uważanej za tą najbardziej elitarną, która jest właśnie na etapie przygotowania strategii kwalifikacji do europejskich pucharów w latach 2018-2021. W przyszłym roku ECA przedstawi ją UEFA jako swoją rekomendację zmian.

W Lechu odeszło kilka osób - dyrektor akademii Marek Śledź, przyszedł Piotr Sadowski, nie ma też paru trenerów, niedawno przyszedł trener Jan Urban. Jak zmienił się klub?

- Nie zmienił się za bardzo. Pewne struktury i strategie pozostały takie same. Procesy są takie same i cały czas staramy się je ulepszać. Każda nowa osoba - czy to trener Urban czy dyrektor Sadowski przynosi nowe pomysły, spojrzenie. To kolejne głosy w dyskusji.

Jak różny jest trener Urban od trenera Skorży?

- Każdy człowiek jest inny. Trener Urban pracuje zaledwie dwa miesiące, więc nie poznałem go tak dobrze, zobaczymy jak to będzie wyglądało gdy wpadniemy w dołek, który w piłce się zdradza. Ale już teraz widać, że to zupełnie inne charaktery, inne doświadczenie.

Mówiło się, że trener Skorża chce sobie zbudować jak najsilniejszą pozycję, że chce decydować w klubie.

- Nie zgodzę się, tak nie było jak się często pisało - że był autorytatywny, że chciał mieć kontrolę nad jak największą liczbą rzeczy. Wszystko było dyskutowane przez gremium ludzi - jak zawsze. Współpracowaliśmy z nim po mistrzostwie tak samo jak przed trofeum. Nie zmieniliśmy się za bardzo pod wpływem Skorży, cały czas jesteśmy tacy sami, ale mamy bagaż dodatkowego doświadczenia.

Lech był gotowy na kryzys?

- To w sporcie normalne, że kryzysy się pojawiają i będzie tak co sezon - mniejszy czy większy. Nie da się na nie w stu procentach przygotować. Przez lata wszyscy zebrali doświadczenie, mają kompetencje, by z nimi sobie radzić. To pomaga w następnych kryzysach. Teraz wiedzieliśmy, że co by się nie działo, trzeba odgraniczyć emocje od racjonalnego podejmowania decyzji i być cierpliwym.

Człowiekowi w trakcie meczu towarzyszą emocje nie do opisania. Często grozi to wybuchem. Mamy jednak taką zasadę, że po meczu ani nie dyskutujemy ani tym bardziej nie podejmujemy decyzji. Musimy to przemyśleć, przespać się z tym na spokojnie. Każdy idzie w swoją stronę, a potem wraca do klubu i analizuje na trzeźwo. Zarządzanie klubem oparte na emocjach grozi katastrofą.

Porażki sprawiają, że problem wewnątrz klubu wydaje się coraz większy.

- Każdy kryzys można wykorzystać do tego, żeby się zrestrukturyzować i coś usprawnić. Pomaga zajść wyżej niż poprzednio. W piłce nie da się zawsze wygrywać, a po porażkach widać te rzeczy, które nie funkcjonują. Dlatego najtrudniejsze nie jest zarządzanie kryzysem, a zarządzanie sukcesem. Trzeba pilnować, żeby ludzie byli skromni, samokrytyczni i jeszcze więcej pracowali. To najtrudniejsze, bo z sukcesem rośnie pewność siebie, a to może być niebezpieczne.

Pan się przekonał o tym, że ta pewność jest zbyt niebezpieczna?

- Tak, ale w 2010 roku. Wydawało nam się, że jesteśmy najlepsi we wszystkim. Dlatego w tym roku zupełnie inaczej podeszliśmy do sukcesu, co też nie uchroniło nas przed kryzysem. Ale to jest zupełnie inna konstelacja wydarzeń niż wtedy.

Czym się różnią te dwa kryzysy?

- Pięć lat temu byliśmy gorzej przygotowani jeśli chodzi na przykład o transfery. Bardzo późno dołączyli do nas niektórzy piłkarze w tym i Artjom Rudniew. Teraz mieliśmy już od początku gotowych zawodników. Intensywność meczów jest jednak większa niż pięć lat temu.

Wtedy były też kominy płacowe, wysokie premie, mało skromna atmosfera. Wydawało nam się, że jesteśmy wielcy i wielu zawodnikom to się udzieliło. W tym roku rozmawialiśmy z nimi inaczej, inaczej zarządzaliśmy zwycięstwem. Nie zasypaliśmy nikogo pieniędzmi i do nikogo nie mieliśmy pretensji, tylko przedstawialiśmy cele. Zetknęliśmy się natomiast z brakiem odpoczynku, relaksu, przetrawienia poprzedniego sezonu. Zderzyliśmy się od razu z intensywnością meczów nie rotując w ogóle składem. Korzystaliśmy z bardzo małej liczby zawodników. Rotowaliśmy w pierwszym meczu z Pogonią Szczecin, który przegraliśmy i przez to zupełnie niepotrzebnie od tych rotacji odeszliśmy. Trzeba było dać więcej zaufania, bo trudno jest pogodzić grę na trzech frontach przede wszystkim emocjonalnie.

Wspomniał pan o kominach płacowych. To przez nie w tym roku do Lecha nie trafił Nemanja Nikolić?

- W tym roku tak. Zatrudnienie go wiązało się nie tylko z bardzo wysokim kontraktem, ale i bardzo wysoką kwotą za podpisanie tego kontraktu, na co nie mogliśmy sobie pozwolić. Dwa lata temu wybraliśmy zamiast niego Łukasza Teodorczyka. Nie popełniliśmy błędu w decyzji, ale w ocenie potencjału, bo myśleliśmy, że Nikolić nie zrobi kolejnych kroków jak Lewandowski, Rudniew czy Teodorczyk. Okazało się, że to poziom i tak znakomity na polską ligę, więc trzeba przyznać, że myliliśmy się.

To był błąd polegający na tym, że nie skupiliście się na piłce nożnej tylko na innych aspektach?

- Niekoniecznie. Oceniając piłkarza, szczególnie nie naszego, bazuje się na pewnych odczuciach, szczegółach, które bardziej się dostrzega niż inne. To nie są rzeczy, które można skwantyfikować. Są statystyki, ale one nie zawsze obrazują potencjał. Trudno ocenić co przeważyło, co poszło nie tak. Na pewno skupiliśmy się na czymś, co nas skierowało w złą stronę.

Casus Nikolicia nadaje się do podręczników.

- Nie sądzę. Dla nas to ciekawe, natomiast to nie jest pierwszy zawodnik, który był wysoko na listach skautingowych, ale którego z różnych powodów nie wzięliśmy. Bardziej boli mnie decyzja co do Kevina Kampla, którego obserwowaliśmy w Osnabrucku dziesięć razy. Po obserwacjach trenera zrezygnowaliśmy z dalszego interesowania się nim bo uznano, że jest za wątły na naszą ligę. W tym samym okienku przeszedł do Ahlen, a dwa tygodnie później do Salzburga za dwa miliony euro, a po jakimś czasie do Dortmundu za 10. To bardziej boli niż Nikolić, który takiej wartości nie osiągnie. O Węgrze się mówi, bo poszedł do drugiej polskiej drużyny. Często oglądamy zawodnika, który nie do końca nam pasuje albo przegrywa z kimś w rankingu, a robi karierę. Są też tacy, których na szczęście nigdy nie wzięliśmy, bo okazali się kompletnymi pomyłkami. Jest jeszcze ta strona medalu, która pokazuje, że trafiliśmy Rudniewa, Teodorczyka, Tonewa, Hamalainena, Kadara i teraz Tetteha, którzy szli w górę bądź dalej idą.

Niebawem po kraju będą jeździć audytorzy z firmy Double Pass i będą sprawdzać akademie w Polsce. Jak się pan na to zapatruje?

- To bardzo dobry pomysł, szeroko poruszaliśmy ten temat na spotkaniach ECA, bo chcemy, żeby wszystkie kluby w tej organizacji miały certyfikat dotyczący akademii. Bardzo dobrze, że w Polsce też idziemy w tym kierunku, że pracujemy nad certyfikacją akademii.

Tam na biurku [Rutkowski pokazuje na niebieski segregator - JS] leży certyfikacja akademii niemieckich, jestem w trakcie jej studiowania. To fenomenalny materiał. Tyle ciekawych wniosków, punktów do analizy, od strategii akademii przez struktury do programów szkolenia, zarządzania ludźmi. Organizacja, finanse. Jeśli powstanie coś takiego dla polskich klubów, akademii i trafi w dobre ręce, to rozwiniemy polską piłkę nożną.

Lech ma ambicję, żeby być przewodnikiem w polskim szkoleniu?

- Nie, nawet jeśli to nieskromnie zabrzmi: my nim jesteśmy od dawna. Naszą ambicją jest być rozpoznawalną marką w całej Europie, chcielibyśmy być jak teraz Dinamo Zagrzeb. Football Observatory co roku ogłasza raport, w którym pokazuje, z jakich klubów pochodzą piłkarze grający w najwyższych klasach rozgrywkowych w Europie. Chciałbym, żebyśmy się tam znaleźli wysoko. Na razie polskie kluby są daleko w tyle. Dinamo, Sporting Lizbona, Benfica mają po 60 piłkarzy na całym kontynencie. My mamy może dziesięciu i tylko Wojtka Gollę za granicą. Choć sam fakt, że zdobywamy mistrzostwo mając w jedenastce czterech wychowanków, mając najmłodszy zespół pokazuje że idziemy w dobrym kierunku.

Założenia są takie, że po pięciu latach od wejścia Double Pass do Polski będziemy mieli akademie na poziomie 2. Bundesligi.

- Nie wiem w jaki sposób można tak sformułować cele, jakimi wynikami się kierować. 2. Bundesliga nie wydaje mi się wzorcem dla nas. W Polsce są akademie, które ten poziom raczej przewyższają. Nie kierujmy się infrastrukturą - budynkiem, boiskiem, szatnią - to nie zawsze ma najważniejszy wpływ na szkolenie.

Wydaje się panu, ze w Polsce trzeba nowego systemu licencyjnego co do akademii? Kluby podpisują teraz umowy z firmami zewnętrznymi, zamiast szkolić u siebie.

- Zmiana byłaby krokiem do przodu, ale pewnie dużo nie da. To by pokazało klubom na czym powinny się skoncentrować, ale są kluby, które szkolić nie chcą. Nie chcą inwestować, być cierpliwym, zawsze znajdą obejście przepisów albo inną drogę. Teraz podpisują umowy z innymi podmiotami, a potem zrobią co innego. Każdy klub ma swoją strategię na rozwój i robi to, co uważa za najlepsze dla siebie. Szkoda, że w większości przypadków cierpi na tym szkolenie, które w Polsce jest na mocno średnim poziomie.

Żeby taka strategia powstała, trzeba zrobić bilans sił i słabości. Jakie mocne i słabe strony ma Lech Poznań.

- To ogromne analizy, o których można jeszcze dużo dyskutować. Na pewno naszym atutem są kibice, stadion, mocny region - to warunki do budowania dużego klubu. Ze sportowych aspektów akademia piłkarska, wprowadzanie wychowanków do pierwszego zespołu. Na skalę polską bardzo skuteczne transfery. Nie uniknęliśmy błędów, ale ogólną skuteczność mamy dobrą. Jest w klubie ciągłość doświadczeń - w klubie nie ma za dużej rotacji załogi, większość pamięta trudne chwile z poprzednich lat.

Słabości też jest wiele. Na przykład rotacje trenerów. Najdłużej pracowaliśmy z Franciszkiem Smudą, bo trzy lata. Zawsze mówiliśmy, ze chcemy z trenerami pracować jak najdłużej, a z tym, wobec którego snuliśmy najbardziej długofalowe plany - Maciejem Skorżą - pracowaliśmy najkrócej. To znaczy, że pewne rzeczy u nas nie funkcjonują. Miała to być nasza siła - jest słabość

Duże wyzwanie to frekwencja. Teraz mamy chyba o połowę mniej kibiców niż na wiosnę. W Niemczech czy Anglii nawet w kryzysie ludzie na stadion przychodzą, dlatego trzeba jeszcze lepiej współpracować z kibicami, komunikować się z nimi, reagować na potrzeby.

Znasz przepisy piłki nożnej? Oj, zdziwisz się. Rzut z autu do bramki i gol? A może rożny?[QUIZ]






Więcej o:
Komentarze (6)
Ekstraklasa w Sport.pl. Piotr Rutkowski, wiceprezes Lecha Poznań: Trudniej jest zarządzać sukcesem niż kryzysem
Zaloguj się
  • plendz

    Oceniono 1 raz 1

    Będzie dobrze. Frekwencja to kwestia zbyt częstych gier i za wysokich cen - nawet na Zachodzie trudno byłoby kibicom wytrzymać takie tempo, a u nas jednak ludzie są ubożsi (ja nie wyrabiam nawet z kibicowaniem przed telewizorem w piątki, soboty, niedziele, poniedziałki, środy i czwartki - mam taką pracę, że "nie wydolę" a jeszcze przecież rodzina, dzieci i ich szkoły, spotkania z przyjaciółmi, nie da się wszystkiego zaplanować pod Lecha).

  • hens

    Oceniono 1 raz 1

    O czym marzy ? Aby nie łączono go z tym panem bez licencji na zabijanie.

  • gmk38

    Oceniono 4 razy 0

    paixao sciagnac! leonardo z lecznej, mraza,i napastnika

  • zostawciemniewspokoju

    Oceniono 3 razy -1

    Denis Thomalla. Made in Poznań. Hi-Q.

  • kalbaro74

    Oceniono 6 razy -4

    Tylko że z tym Nicoliciem Lech szykował by się teraz do powtórnej koronacji z wielką przewagą nad pozostałymi.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX