24-letni piłkarz trafił do Bełchatowa przed rundą wiosenną z MKS Kluczbork. W przeszłości występował też w Holandii, w Sparcie Rotterdam i S.C. Heerenveen. Wilusz zadebiutował w PGE GKS (i w ekstraklasie) w wygranym 1:0 meczu z Lechem
Poznań.
Rozmowa z Maciejem Wiluszem Damian Bąbol: Znakomicie rozpoczęliście tegoroczne rozgrywki. Mało kto się spodziewał, że w Poznaniu wywalczycie trzy punkty... Maciej Wilusz: Zgadza się. Większość ekspertów przed tym pojedynkiem nie dawało nam większych szans. Przed rozpoczęciem rundy niektórzy obstawiali, że jesteśmy głównym kandydatem do spadku, a tymczasem pokazaliśmy, że potrafimy grać w piłkę i możemy być groźni dla faworytów ekstraklasy.
W Poznaniu zaprezentowaliście bardzo ofensywny styl gry. Taka była właśnie wasza taktyka, żeby od początku "usiąść" na rywalu? - Przede wszystkim pojechaliśmy do Poznania po komplet punktów. Mówiliśmy o tym przed meczem, ale być może mało kto wierzył w te słowa. Nie baliśmy się przeciwnika i nawiązaliśmy z Lechem równorzędną walkę. Może w pierwszych minutach graliśmy ostrożniej, ale później zaczęliśmy atakować śmielej, z każdą minutą byliśmy coraz bardziej odważni. Na pewno też należały nam się dwa rzuty karne m.in. po zagraniu ręką Manuela Arboledy.
Wygrywając z Lechem pozbawiliście go chyba marzeń o mistrzostwie Polski... - Na to wygląda. Ale my patrzymy przede wszystkim na siebie. Zależy nam na zdobywaniu punktów, bo mimo tej efektownej wygranej wciąż są nam bardzo potrzebne.
Pan też zebrał bardzo dobre oceny po tym meczu. Jest pan zadowolony ze swojego debiutu w PGE GKS? - Było całkiem nieźle, ale oprócz dobrych zagrań, zdarzyło mi się kilka niepewnych interwencji. Dobre momenty przeplatałem z gorszymi, ale wydaję mi się, że już niedługo tych błędów będę popełniał mniej. Podobnie jak cała drużyna, pierwsze minuty zacząłem z dystansem, wolałem nie podejmować ryzyka. Z biegiem czasu jednak adrenalina odpuściła, trochę się uspokoiłem i nabrałem większej pewności siebie. Z meczu na mecz powinno być coraz lepiej.
Kiedy dowiedział się pan, że zagra w pierwszym składzie? - Na zajęciach trener próbuje różnych ustawień, więc mogłem się czegoś domyślać, ale mimo to nawet na ostatnim treningu przed mecze starałem robić swoje i prezentować jak najlepiej. Kiedy dowiedziałem się, że zagram w podstawowym składzie, to bardzo się ucieszyłem. Po to właśnie pracowałem. Przeżyłem trudne chwile po kontuzjach, jakie doznałem grając w Holandii. Od tamtej pory ciężko pracowałem, żeby osiągnąć odpowiedni poziom i rytm gry. Oby było tak dalej.
Jak wspomina pan pobyt w dwóch holenderskich klubach: Sparcie Rotterdam i S.C. Heerenveen? - Gdyby nie pech związany z kontuzjami, to byłoby wspaniale. Na pewno jednak poziom treningów, nacisk na szkolenie, czy świetni zawodnicy, z którymi grałem lub miałem możliwość rywalizować, bardzo dużo mi dały. Zyskałem cenne doświadczenie i z pewnością nie żałuję tego wyjazdu. Szkoda tylko tych kontuzji, ale podniosłem się po nich. W Kluczborku zacząłem odzyskiwać formę, a teraz cieszę się, że jestem w Bełchatowie.
Jak to się stało, że w ogóle trafił pan do Holandii? - Występowałem w reprezentacji Polski do lat 15. Wyjechaliśmy na turniej do Belgii, gdzie oprócz gospodarzy zmierzyliśmy się z Turcją i Serbią. Na trybunach było wielu skautów z zagranicznych klubów. Po powrocie do Polski do Śląska przyszło zaproszenie dla mnie do Heerenveen. Niestety, z powodu kontuzji, nie udało mi się zadebiutować w Eredivisie.
To prawda, że zimą jedną nogą był pan już w Widzewie? - Nie wiem, czy już jedną nogą, ale... rzeczywiście słyszałem o zainteresowaniu z łódzkiego klubu. O możliwości gry w Widzewie rozmawiałem też z trenerem Radosławem Mroczkowskim. Sprawami transferowymi zajmowali się jednak moi menadżerowie i nie wiem na ile rozmowy z Widzewem były zaawansowane.