Piotr Jawor: Jak wygląda dzień sędziego ekstraklasowego? Tomasz Musiał, sędzia ekstraklasy, syn byłego obrońcy Wisły: Pobudka o siódmej, godzina biegania, lekkie
śniadanie, prysznic i na 10 do pracy. Kończę o 19 i wtedy mam czas dla rodziny. Tak przez pięć dni w tygodniu, w sobotę tylko praca.
Trenuje Pan niewiele mniej od piłkarzy, a do tego musi pracować? - Najbardziej przeszkadza mi wstawanie. Brakuje też czasu na regenerację. Do tego za cztery miesiące mam zostać ojcem, więc będę musiał znaleźć czas dla dziecka. Ale jestem młody, daję radę.
Miałby Pan problemy, gdyby spod koszulki zaczął wystawać brzuch? - Telewizja, by to od razu wychwyciła, a to niezbyt fajnie wygląda (śmiech). Na szczęście nie mam takich problemów.
Musi Pan pracować? Z sędziowania nie da się utrzymać rodziny? - Nie ma szans. Jak jest sezon, to nie narzekam, ale przecież w Polsce nie gra się ok. pięć miesięcy i wtedy nie zarabiamy. Dostajemy pieniądze za mecz, ale nie zawsze są to cztery spotkania w miesiącu. Czasem możesz dostać np. dwa. Dobrze, że mój szef jest fanem piłki i puszcza mnie na spotkania.
Ile dostaje Pan za mecz? - Niecałe trzy tysiące złotych na rękę.
Nie znam nikogo, kto jako dziecko chciałby zostać sędzią. - Też nie znam nikogo, kto chciałby zostać np. Tomkiem Musiałem. Chyba wolą Cristiano Ronaldo (śmiech). Bycie piłkarzem to moje niespełnione marzenie. Zabrakło zdrowia. Gdy miałem 15 lat, lekarze nie wiedzieli co mi jest. Po roku wykryto nadczynność tarczycy i przed dwa lata nie wróciłem na boisko. Miałem zwolnienie z WF-u, ale nie mogłem wysiedzieć i mimo tego ćwiczyłem. Ale o poważniejszym graniu nie było mowy. W liceum koledzy zapisali się na kurs sędziowski. Nie kręciło mnie to, ale poszedłem z ciekawości i zostałem. Czuć atmosferę stadionu, nawet niewielkiego, to już było coś niesamowitego.
I może dobrze się stało? Jako piłkarz mógłby Pan nie mieć szans na ekstraklasę. - Jak nie dostałem się drzwiami, to spróbowałem oknem.
Jak wyglądał Pana pierwszy mecz? - Jako główny zadebiutowałem w C klasie, skończyło się wysokim wynikiem - 7:3 lub 8:2. TKKF Kliny grał wówczas przeciwko... Kiedyś powiedziałem, że nie pamiętam, z kim ten TKKF grał. Któregoś dnia podszedł do mnie jakiś człowiek i powiedział: "występowałem w tym meczu, reprezentowałem Zwierzynieckiego". To było przyjemne, teraz już nie zapomnę.
W C klasie piłkarze czasem na boisko wychodzą prosto z dyskoteki. Ciężko prowadzi się takie spotkania? - Lekko nie jest. Na stadionie nie ma ochrony, i nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Do tego gracze mają dużo mniejsze umiejętności i przy wślizgu mogą np. złamać nogę. Do tego czasem rzeczywiście może dojść alkohol.
A Panu zdarzało się posiedzieć do późna i pojechać na mecz? - Może na początku przygody z sędziowaniem... Jak każdy młody człowiek popełniałem błędy. Ale jak zobaczyłem, że mam szansę się przebić, to mocno się dyscyplinowałem. Sędziowałem czasem niewyspany, ale nigdy po alkoholu.