Już trzeci z podstawowych piłkarzy w przerwie zimowej ogłosił, że odchodzi z Widzewa. Pierwszym był Nika Dzalamidze, któremu skończyło się wypożyczenie i przeszedł do Jagiellonii
Białystok (klub nie chciał płacić 300 tys. euro za transfer definitywny). Drugim - Adrian Budka, któremu - tak jak Grzelczakowi - 30 czerwca kończy się kontrakt. Na początku stycznia podpisał umowę z pierwszoligową Pogonią
Szczecin, która zapłaciła łódzkiemu klubowi za wcześniejszy transfer. Trenerzy drużyny z al. Piłsudskiego nie protestowali, bo już wtedy rozmawiali z Marcinem Kaczmarkiem z ŁKS-u.
Grzelczak długo negocjował z szefami Widzewa przedłużenie kontraktu. W międzyczasie jednak dostał propozycję z Lechii, której trenerem został w przerwie zimowej Paweł Janas. Były selekcjoner zawsze dobrze mówił o 23-letnim wychowanku Widzewa. Kiedy prowadził drużynę, Grzelczak miał pewne miejsce w podstawowym składzie. Dlatego teraz nalegał na jego sprowadzenie.
Według naszych informacji, Widzew proponował swojemu zawodnikowi 15 tys. zł miesięcznej pensji. Grzelczak uważał, że to za mało, tym bardziej że miał zdecydowanie korzystniejszą propozycję z Lechii. Nieoficjalnie mówiło się o 25 tys. zł.
Grzelczak najlepiej grał w poprzednim sezonie, kiedy ośmiokrotnie pokonał bramkarzy. M.in. strzelił gola Lechii. W tym zdobył bramki w spotkaniach z Jagiellonią Białystok i
Ruchem Chorzów, a także z OKS 1945
Olsztyn w Pucharze Polski.
Dowiedzieliśmy się, że Janas nalegał na porozumienie Lechii z Widzewem, a dopiero później na podpisanie kontraktu z zawodnikiem. Tłumaczył to dobrymi układami z łódzkim klubem i jego właścicielem. Tak się też stało i transfer Grzelczaka do Gdańska był bliski sfinalizowania. Ale sprzeciwił się trener Radosław Mroczkowski, który od niedawna jest w klubie z al. Piłsudskiego odpowiedzialny za transfery.
Jeszcze w niedzielę, zarówno w Widzewie, jak i w Lechii twierdzili, że nic nie wydarzy się przed powrotem łódzkiej drużyny z Tunezji. Dzień później gdański klub ogłosił, że Grzelczak podpisał trzyletni kontrakt, obowiązujący od 1 lipca. Nasi rozmówcy podkreślają jednak, że to mało prawdopodobne, choć piłkarz ustalił już wszystkie warunki. - To może być forma nacisku na Widzew, żeby zgodził się na wcześniejsze odejście zawodnika - usłyszeliśmy od jednego z piłkarskich menedżerów. - Bo to ostatnia szansa zarobienia pieniędzy na Grzelczaku.
Problem w tym, że odstępne za strzelca dwóch goli w tym sezonie jest wysokie. Widzew chce ok. 100 tys. euro. I raczej dużo nie opuści, bo brakuje mu napastników. Gdyby odszedł Grzelczak, w kadrze zostaliby Pricewill Okachi (jeden gol jesienią), Przemysław Oziębała (trzy gole) i 17-letni Mariusz Stępiński. Jest jeszcze testowany Czarnogórzec Luka Rotković, lecz na razie nie zachwyca. Z drugiej strony, 400 tys. zł to duża kwota dla Lechii, która nie zdecydowała się zapłacić podobnej sumy za wykupienie z Górnika Zabrze Aleksandra Kwieka.
- Chcemy, żeby Piotrek wypełnił kontrakt z Widzewem do końca - powiedział trener Mroczkowski. - A jeśli już będzie musiał odejść, to chcemy za niego dostać takie pieniądze, żeby pozyskać w jego miejsce wartościowego napastnika.
W klubie z al. Piłsudskiego podkreślają, że nie ma mowy o przesuwaniu Grzelczaka do drużyny Młodej Ekstraklasy. - Piotrek sam chce zostać do końca umowy - twierdzi Michał Kulesza, rzecznik prasowy Widzewa.
W Widzewie twierdzą, że ostateczne decyzje zapadną po 10 lutego, kiedy zespół wróci ze zgrupowania w Tunezji.