Na ten dzień kibice i piłkarze ŁKS czekali od ponad dwóch lat. Ostatni mecz w ekstraklasie na stadionie przy al. Unii ełkaesiacy rozegrali w maju 2009 r. Później - nie za swoje winy - zostali zdegradowani do pierwszej ligi, a gdy już wywalczyli awans do ekstraklasy - także nie ze swojej winy - mecze w roli gospodarzy musieli rozgrywać w Bełchatowie, bo łódzki stadion nie spełniał wymogów licencji. Aż do piątku.
Nic dziwnego, że zanim zabrzmiał pierwszy gwizdek sędziego, przy al. Unii fetowano powrót do domu. Edward Potok, prezes Łódzkiego Związku Piłki Nożnej, wręczył piłkarzom puchar za awans do ekstraklasy, a kibiców pozdrawiali
Marcin Gortat i
Tomasz Adamek. Wiadomo, okazja była specjalna, więc i goście byli specjalni...
Atmosfera wielkiego święta tak udzieliła się piłkarzom ŁKS, że chyba nie usłyszeli gwizdka sędziego. Chwilę po nim, sam na sam z Pavle Velimiroviciem znalazł się bowiem Adam Cieśliński. Napastnik Podbeskidzia kopnął piłkę nad bramkarzem gospodarzy, ale ta przeleciała minimalnie obok słupka. Ełkaesiacy powinni podziękować Cieślińskiemu, za to, że ich obudził. Chociaż chyba nie wszystkich, bo niedługo potem w polu karnym Marcina Mięciela przeskoczył Bartłomiej Konieczny, ale na szczęście dla gospodarzy, on też uderzył niecelnie. To musiało przebudzić już wszystkich w ŁKS.
Nie zmienia to jednak faktu, że to goście z Bielska-Białej wciąż mieli przewagę - byli szybsi i lepiej zorganizowani od gospodarzy. I atakowali. W 19. min Velimirović obronił strzał Sylwestra Patejuka, a niedługo potem Adrian Sikora strzelił obok bramki. Trener
Michał Probierz, który debiutował w roli gospodarza przy al. Unii, denerwował się przy ławce coraz bardziej i trudno mu się dziwić.
Pierwszą akcję, za którą można pochwalić piłkarzy ŁKS, kibice obejrzeli dopiero po pół godzinie gry. Ładną kontrę wyprowadzoną przez Mladena Kaszczelana, niestety niecelnym strzałem zakończył Cezary Stefańczyk, którego Probierz przesunął z obrony do drugiej linii.
Wyobraźmy sobie stojącego z piłką metr od kosza Marcina Gortata, albo Tomasza Adamka szykującego się do zadania ciosu rywalowi, który opuścił ręce. Prawdopodobieństwo, że będą dwa punkty, a przeciwnik padnie na deski, jest bardzo duże. W 35. min swoją szansę - podobną do tych Gortata i Adamka - miał Marcin Kaczmarek. Po podaniu Marka Saganowskiego obrońca ŁKS był w polu karnym sam przed bramkarzem Podbeskidzia, ale strzelił źle i Mateusz Bąk odbił piłkę na rzut rożny. Jedyną korzyścią z tej akcji dla łódzkiej drużyny był więc tylko rzut rożny.
ŁKS nie zyskał za to nic w dwóch akcjach z końcówki pierwszej połowy. Dwa strzały głową Kaszczelana były bowiem i za słabe i niecelne, jak ciosy Adamka w walce z Witalijem Kliczko.
Precyzyjny, chociaż niezbyt silny, był za to strzał Roberta Demjana, który po przerwie wszedł na boisko zmieniając Lirana Cohena. Chwilę po wznowieniu gry rezerwowy Podbeskidzia z bliska pokonał Velimirovicia. Błędy w tej akcji popełnili kolejno Marcin Kaczmarek, Michał Łabędzki i Antoni Łukasiewicz, a Kaszczelan tylko się przyglądał. Gorszego początku drugiej połowy trudno sobie wyobrazić.
Na szczęście ełkaesiacy szybko się otrząsnęli, chociaż niedługo po golu, Demjan znów uderzył na bramkę gospodarzy. Tym razem jednak Velimirović odbił piłkę. Wyrównujący gol padł w 55. min. Tomasz Nowak (w przerwie zastąpił Pawła Golańskiego) podał do Sebastiana Szałachowskiego, a ten wbiegł z piłką w pole karne. W ostatniej fazie akcji skrzydłowy ŁKS mógł zostawić ją Mięcielowi, ale sam strzelił z ostrego kąta i pokonał bramkarza Podbeskidzia. Piłka przeleciała Bąkowi między nogami. To trzeci gol Szałachowskiego w tym sezonie.
Dziesięć minut później kibice zaczęli śpiewać: "Sagan, Sagan, Sagan, gol". Powód mógł być tylko jeden... Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Szałachowskiego Saganowski strzałem głową zdobył drugiego gola dla gospodarzy. Było 2:1!
Piłkarze Podbeskidzia ruszyli do ataku, ale poważnie zagrozić bramce łodzian nie potrafili. Lepszą okazję mieli w 83. min ełkaesiacy, a dokładnie Nowak, który - gdyby tylko dobrze przyjął piłkę - byłby sam przed bramkarzem rywali. Na szczęście ten błąd nie kosztował ŁKS straty punktów. Gospodarze wygrali drugi mecz w tym sezonie, a pierwszy w roli gospodarzy, naprawdę u siebie...
ŁKS - Podbeskidzie 2:1 (0:0)
Gole: Szałachowski (55.), Saganowski (65.) - Demjan (48.)
ŁKS: Velimirović - Golański (46. Nowak), Łabędzki, Klepczarek, Kaczmarek - Stefańczyk (64. Bykowski), Kaszczelan Ż, Łukasiewicz, Szałachowski (78. Pruchnik) - Mięciel, Saganowski.
Podbeskidzie: Bąk - Cienciała, Dancik, Konieczny, Król - Sikora (66. Sacha), Koman (38. Metelka), Łatka, Cohen (46. Demjan), Patejuk - Cieśliński
Sędziował: Marcin Szrek z Kielc
Widzów: 3550