Racing zamieni Ebiego na Binyę? Piszczek wchodzi z ławki i strzela Kuszczak broni, Manchester gromi Robert Błoński, Michał Pol, Michał Szadkowski: Kilka miesięcy temu mówił pan, że pracę w Polsce podzielił pan na cztery etapy. Zaczynające się za kilka tygodni eliminacje MŚ będą trzecim. Trudniejszym od poprzednich? Leo Beenhakker: - Oczywiście, bo w eliminacjach do Euro graliśmy aż 14 spotkań. Teraz mamy tylko 10. To oznacza, że jeśli popełnimy błąd, trudno będzie stratę odrobić. Mniej szans na wpadkę będą mieć także nasi rywale. Pamiętajcie też, że kiedyś słabe piłkarsko kraje dziś dzięki olbrzymiej pracy niesamowicie się rozwijają. Wspomnicie moje słowa. Obserwujcie Białoruś, Ukrainę, Armenię, Azerbejdżan. Oni mają pieniądze na piłkę nożną i robią z nich świetny użytek. Najlepszym przykładem jest Rosja, która w kilka lat zbudowała futbol od zera. Kiedy dwa lata temu Guus Hiddink zaczynał tam pracę, jego piłkarze nie mieli gdzie trenować. My jesteśmy w takiej samej sytuacji obecnie. Nawet w stolicy Polski. Przed sierpniowym meczem z Ukrainą piłkarze przyjadą do Warszawy w niedzielę. W poniedziałek po południu chcieliśmy urządzić porządny trening. Nie mielibyśmy gdzie, gdyby nie uprzejmość Polonii Warszawa. Dobrze by było, gdyby zamiast po przegranych mistrzostwach zmieniać trenera, ktoś pomyślał o tym, by wybudować kilka boisk treningowych. Na pewno skutki będą lepsze.
Podobnie jak z boiskiem treningowym wygląda sprawa szukania stadionu na eliminacyjny mecz ze Słowenią... - Nie możemy grać w Chorzowie, bo wymieniają płytę. W Poznaniu i Krakowie przebudowują stadiony. W Kielcach nie zgodzili się z powodów bezpieczeństwa. Został nam Wrocław. Nie znam tego obiektu, dopiero się tam wybieram. Wyobrażacie sobie? Reprezentacja nie ma gdzie zacząć eliminacji do mundialu. Musimy rozmawiać o tym, czy trzymać w kadrze Krzynówka i Żurawskiego, ale prawdziwym problemem polskiej piłki nie jest ani jeden, ani drugi. To nie jest śmieszne, tylko smutne. Trudno w takiej sytuacji zachować pewność siebie i entuzjazm do pracy. Na szczęście mam dużo wiary w umiejętności polskich piłkarzy. Oni mnie najbardziej motywują. I oczywiście kibice. Spotykam ich na ulicy, zachowują się fantastycznie.
Beenhakker powołał kadrę Oceniający pana po Euro zarząd PZPN już tak miły nie był... - Wszyscy byli rozczarowani słabą grą na mistrzostwach Europy. Ja także. Możemy to dokładnie przeanalizować, ale na samym końcu dojdziemy do bardzo prostego wniosku: nie byliśmy wystarczająco dobrzy. Trzeba więc się zastanowić, co zrobić, byśmy byli. Jestem gotowy odejść w każdym momencie, pod warunkiem że ktoś mi zagwarantuje, że pomoże to w rozwoju polskiego futbolu. Zwalnianie trenera po każdym przegranym turnieju powtarza się w Polsce od 2002 r. Tylko czy dzięki temu nasz futbol jest lepszy? Czy rozwiązaniem wszystkich problemów ma być wymiana jednego człowieka? Niech chodzi o mnie, tylko o zasadę, jaką kierowano się w ostatnich latach. Powtarzam, jeśli jutro na Okęciu wyląduje José Mourinho i powie, że wie co zrobić, by w polskim futbolu działo się lepiej, serdecznie go przywitam i wyjadę.
A jak pan zareagował, gdy zarząd zarzucił panu nieuczciwość. Przy powołaniach do kadry miał pan stawiać na graczy związanych z kierownikiem reprezentacji Janem De Zeeuwem? - Trener musi wybierać. Kadrę, szesnastkę meczową, taktykę, ustawienie, zmiany itp. Każdy może mieć swoje zdanie na temat moich wyborów. Jak wystawię Jakuba Wawrzyniaka, możecie uznać, że powinienem postawić na Pawła Golańskiego. Ja to rozumiem, bo futbol jest dla wszystkich. Tak jest w każdym kraju. Kiedy Luis Aragones nie zabrał na Euro Raula, w Hiszpanii każdy miał zdanie na ten temat. We Francji dyskutowano o Trezeguecie, a w Holandii o Seedorfie i van Bommelu. Oczywiście dyskusja ustaje po zwycięstwach, a wybucha po porażkach. To część futbolu, mojej i waszej pracy. Kłopot zaczyna się, gdy ktoś zarzuca ci, że twoje wybory wynikały z osobistych interesów. Powiedziałem działaczom, że nie mają prawa podważać mojej uczciwości. Przez całe życie dostawałem pieniądze wynikające z zapisów w kontrakcie. Nigdy nie zarobiłem nawet złotówki na lewo, a miałem mnóstwo ofert. Za rozegranie meczu towarzyskiego z Realem, wystawianie piłkarzy poleconych przez agentów. Nigdy nawet o tym nie pomyślałem.
A o odejściu? - Nie, ale przyznaję, że był moment, kiedy zacząłem tracić wiarę w sens tej pracy. Wytłumaczę wam to. Jestem człowiekiem, który nie boi się konfrontacji, można ze mną dyskutować o każdym aspekcie pracy. Pod warunkiem że nie robi się tego za moimi placami. Tego nienawidzę. Najgorsze, co cię może w życiu spotkać, to ludzie, którzy kiedy cię potrzebują, są mili, udają przyjaciół, a kiedy się odwrócisz, wbijają nóż w plecy. Dlatego, gdy okazało się, że działacze PZPN bezpodstawnie zarzucali mi różne rzeczy bez mojego udziału, wpadłem w szał. Mogłem przed nimi stać i pięć godzin i walczyć twarzą w twarz.
A jak pan zareagował, gdy zarząd domagał się usunięcia ze sztabu wszystkich Holendrów? - To było bardzo głupie. Nikt nie zastanawiał się, jakie kwalifikacje ma Frans Hoek. Chcieli go wyrzucić tylko dlatego, że jest Holendrem. Co to za powód? To nie jest mój przyjaciel, nie zapraszamy się na Wigilię. Łączy nas praca. To facet szanowany na całym świecie. Uważają go za jednego z najlepszych trenerów bramkarzy. W Anglii za nim szaleją. Zapytajcie Artura Boruca, co myśli o Fransie. Łukasz Fabiański przywiózł na zgrupowanie swoje mecze z Arsenalu, by razem z nim je przeanalizować. Przy każdej akcji pytał, co zrobił dobrze, a co źle. Doprowadzali mnie do szału, bo jedna sesja trwała nawet pięć godzin. A ci siedzieli z nosem w laptopie.
Andrzej Dawidziuk, któremu Hoek pomaga, nazywa go swoim profesorem. - Widać, że dużo się od niego uczy. Tym bardziej nie rozumiem pomysłu zarządu. Frans będzie do nas dojeżdżał tylko na spotkania eliminacji.
Tomasz Kuszczak oskarżył Hoeka o spowodowanie kontuzji, która wyeliminowała go z Euro. - Tomek przyjechał do nas dwa dni po finale Ligi Mistrzów, w piątek. Powiedział, że czuje się zmęczony. Spytałem, czy chce za trzy dni zagrać z Macedonią. Odparł, że tak. Nie zająknął się o kontuzji. W weekend daliśmy mu odpocząć. Po poniedziałkowym meczu powiedział, że grał z urazem. Zabraliśmy go do doktora i daliśmy trzy dni odpoczynku. Nie robił nic. Dopiero wtedy zaczął trenować. Nie robił nic ponad to, co Boruc i Fabiański. Zarzuty w stosunku do Fransa są idiotyczne. Wiem, że nie potrafili się dogadać. Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że Tomek każdą dyskusję kończył zdaniem: "Jestem bramkarzem Manchesteru United". Odpowiadałem: "No i co???".