Już premierowy mecz w 1956 roku z reprezentacją bratniej Niemieckiej Republiki Demokratycznej zakończył się klapą. Po porażce 0:2 kibice wygwizdali piłkarzy, a organizatorzy mieli kłopot z przyznaniem specjalnej nagrody, bo pierwszego gola na chorzowskim gigancie zdobył... samobójczym strzałem polski obrońca. To zdecydowanie numer jeden na mojej liście największych koszmarów na Śląskim. A jakie jeszcze znalazłyby się w finałowej piątce?
Mecz z Węgrami w 1958 roku. Przepaść w umiejętnościach obu drużyn była ogromna, stąd wynik 1:3. Poseł i przewodniczący Wojewódzkiego Komitetu Kultury Fizycznej Roman Stachoń pieklił się: "Przy najbliższej okazji, na pierwszej naradzie czynników sportowych, będę w imieniu własnym i wszystkich sportowców Śląska domagał się radykalnych posunięć zmierzających do wyprowadzenia naszego futbolu na czyste wody".
Mecz ze Szwecją w 1989 roku. Rywale grali o awans na mundial, my o nic. Na trybunach 15 tys. zziębniętych widzów i aktualne do dziś pytanie: dlaczego Polacy oddali ten mecz prawie bez walki?
Mecz z Anglią w 1993 roku. W protokole był remis, ale zapamiętano głównie gigantyczne zamieszki na stadionie, z którymi nie potrafiła sobie poradzić policja. W efekcie FIFA zamknęła Śląski na cztery lata.
Mecz z Kolumbią w 2006 roku. Słaba gra reprezentacji i głupio stracone bramki (Kuszczak - wpuszczak!) zdenerwowały widzów. Gwizdali na polskich piłkarzy i głośno wypominali trenerowi Pawłowi Janasowi, że nie powołał do kadry na MŚ Jerzego Dudka i Tomasza Frankowskiego. - Odstawili lekką wieś - mówił o kibicach bramkarz Artur Boruc.
Czy środowa gra ze Słowacją zastąpi w mojej klasyfikacji któryś z tych meczów? Niestety, są na to duże szanse. I to niezależnie od tego, czy bojkot kibiców dojdzie do skutku.
Polecamy: Bunt kibiców. Mają w nosie mecz ze Słowakami | PZPN wierzy w polskich kibiców