Górski i Gmoch o kulisach mundiali - wywiad-rzeka

Dlaczego Kazimierz Górski uciekł z ławki, zanim skończył się horror na Wembley? Czy mecz o finał mistrzostw świata w 1974 roku musieliśmy grać w błocie? Dlaczego w 1978 roku Deyna nie strzelił karnego Argentynie? Jak piłkarzy podzieliła forsa - kulisy mundiali w opowieściach Kazimierza Górskiego i Jacka Gmocha, którzy prowadzili naszą reprezentację na mistrzostwach świata w Niemczech i Argentynie.
17 października 1973 roku graliśmy na Wembley z Anglikami. Domarski strzelił pod brzuchem bramlarza Shiltona, potem Clarke wyrównał z karnego. Anglicy, by pojechać na mistrzostwa do RFN-u, musieli wygrać, więc atakowali non stop. Nie przyglądał się Pan temu do końca. Nagle wstał Pan z ławki i poszedł sobie. Dlaczego?

Patrzyłem na zegarek. Była minuta do końca. Na prawo od nas siedzieli Anglicy - nerwówka, szum, ktoś ma się rozbierać. Pomyślałem sobie: wstanę, pójdę w lewo, w stronę wyjścia. Do chorągiewki w narożniku boiska jest 50 metrów, jak do niej dojdę, to akurat będzie koniec meczu. Tak się jednak nie stało. Sędzia przedłużył grę o dwie czy trzy minuty. Wtedy nie wyświetlano na tablicy, o ile sędzia przedłuża mecz, tak jak to jest dzisiaj. Doszedłem do chorągiewki, a mecz ciągle trwał. Stanąłem więc za bramką Tomaszewskiego. Anglicy, jak tylko mieli okazję, to strzelali. Widziałem, jak Szymanowski wybił piłkę z linii bramkowej.

Nikt na naszej ławce nie zareagował na to Pańskie odejście?

Nikt się nie odezwał. Potem niektórzy mówili, że ja uciekłem. Nie uciekłem. Dlaczego ja wtedy wstałem? Wie pan, nam wtedy nikt nie dawał szans. Angielska prasa pisała o nas bzdury. Tamtejsi Polacy nam to tłumaczyli. Na przykład - "Przyjechały kmiotki znad Wisły". Trener ligowy Brian Clough nazwał Tomaszewskiego błaznem. Nie było pytania, kto wygra, tylko ile Anglicy strzelą nam bramek. Przed meczem z nami grali z Austrią. Było 7:0. Chłopaków to ruszyło. Wiedziałem, że będą walczyć.

Co się z Panem działo po ostatnim gwizdku?

Przyskoczył do mnie Jasiu Ciszewski. Piłkarze poszli wtedy na środek. Odbyło się pożegnanie obu drużyn. Jasiu robił telewizyjną transmisję. Cały nasz zespół ustawił się przed kamerą. Potem, w tunelu, Anglicy obrzucili nas puszkami po piwie. Mieliśmy mieć z nimi wspólną kolację, ale nie przyszli. Jechaliśmy z Wembley wśród śpiewów. Polonia czekała na nas z fetą. Później były długie nocne Polaków rozmowy. Spać poszliśmy nad ranem. Na drugi dzień angielska prasa pisała, że ich przemysł był nastawiony na awans. Mieli już gotowe mundialowe upominki. Pisano, jakie premie stracili angielscy piłkarze, i o odwoływaniu rezerwacji hotelowych w Niemczech, dla kibiców. Z Londynu pojechaliśmy na mecz towarzyski do Irlandii. Przegraliśmy tam 1:0. Przyjął nas irlandzki premier, pokazał nam ich parlament, ładnie do nas mówił. Aż byliśmy zdziwieni. Ale zaraz zrozumieliśmy, o co chodzi - oni nie lubią Anglików.

Czy pamięta Pan dzień, w którym został Pan trenerem reprezentacji Polski?

Ja wszystko pamiętam. U mnie głowa ciągle pracuje, tylko nogi nie chodzą. Lepiej jednak, że jest tak, a nie odwrotnie. To było 1 grudnia 1970 roku. Wcześniej pięć lat prowadziłem reprezentację juniorów i trzy lata młodzieżówkę. Trenerem pierwszej reprezentacji był wtedy Ryszard Koncewicz. Zarzucano mu, że ma słabe wyniki. Pamiętam, że wychodziłem już z pracy do domu - PZPN był wtedy w Alejach Ujazdowskich - gdy zatrzymał mnie prezes Wiesław Ociepka. Spytał: "Panie Kazimierzu, czy pan by poprowadził pierwszą reprezentację". Mnie to zaskoczyło. Powiedziałem, że mogę, pod warunkiem że Zarząd mi pomoże. Ociepka powiedział: "Dziękuję", i wyszedłem. Niczego nie przeczuwałem. Rano przychodzę, a sekretarka mówi mi: "Kaziu, jesteś trenerem reprezentacji". Ona protokołowała posiedzenia Zarządu. "Jak to się stało?" - spytałem. "Była burza na prezydium, podziękowano panu Koncewiczowi i postanowiono, że ty będziesz trenerem". Różne głosy potem do mnie dochodziły - podobno Koncewicz obraził Zarząd.

Podczas mistrzostw świata w 1974 roku polska reprezentacja mieszkała w miejscowości Murrhardt. Dlaczego akurat tam?

Gdy pojechaliśmy na losowanie grup, spytaliśmy Niemców przez naszego tłumacza Henryka Loskę, gdzie wybrać kwaterę. Murrhardt polecił nam były trener niemieckiej reprezentacji Sepp Herberger. Powiedział: "Robiłem tam zgrupowanie przed mistrzostwami w Szwajcarii w 1954 roku". Niemcy zdobyli wtedy mistrzostwo świata. Murrhardt leży dwadzieścia parę kilometrów od Stuttgartu, gdzie graliśmy z Argentyną i Włochami. Nie chciałem mieszkać w Stuttgarcie, na co zdecydowali się Argentyńczycy. Duże miasto rozprasza. W Stuttgarcie było zresztą pełno włoskich kibiców. Gdy graliśmy z Włochami, 2/3 publiczności to byli Włosi, a 1/3 Niemcy.

Murrhardt leży w górach. Dookoła lasy. Mieliśmy świetne warunki - cały hotel Sonne Post do naszej dyspozycji, naprzeciwko restauracja. Jedno i drugie należało do Wilhelma Bofingera. Obok boisko do treningu, w hotelu basen. Można było pójść do lasu, pobiegać.

Wyżywienie było bardzo dobre, ale po pierwszym meczu zgłosiło się do nas kierownictwo ekipy z propozycją, żeby przywieźć żywność z Polski. Wymyślił to ktoś w Warszawie. "Co to za wygłupy?" - mówię. "Tu nam nadskakują, a my nagle robimy im afront, sprowadzając swoją żywność? Nie potrzeba".

Zrobiliście Murrhardt potężną reklamę.

No tak, gdy zaczęliśmy wygrywać, zrobiło się o nim głośno. Niemcy lubią silnego, a zwycięska drużyna jest silna. Gdy wyjeżdżaliśmy na mecze, Bofinger ustawiał w szpaler cały personel. Wożono nas autokarem - prowadziła go policyjna eskorta, a nad nami leciał helikopter. Gdy jechaliśmy przez Murrhardt, przed domy wychodzili Niemcy i nam machali. Jak wracaliśmy, było to samo. Któregoś dnia wstaję rano, mamy iść na śniadanie, a tu mówią mi: "Przyjechał chór z naszego landu. Chciałby wam zaśpiewać". Po cholerę nam jakiś chór? - myślę sobie. Ale co robić, trzeba ich elegancko przyjąć. Zbieram zawodników. Musiałem ich uprzedzić, żeby nie było jakiegoś numeru. Schodzimy, no i śpiewają nam po niemiecku starsze panie i panowie. Stoimy, trzymamy fason.

Po mundialu w 1974 roku zaczęto pisać o "polskiej szkole futbolu".

Po mistrzostwach w Niemczech ukazała się książka opisująca trzy zespoły, które wniosły coś nowego do piłki. Byliśmy wśród nich. Co wnieśliśmy? Styl ofensywny. To był zespół, który zawsze pierwszy strzelał bramki. Zakładaliśmy, że dokąd jest świeży, ma atakować. My mamy grać swoje. Tak grali też Holendrzy. W finale minimalnie przegrali z Niemcami. My z Niemcami, gdyby nie ta woda we Frankfurcie... Teraz możemy sobie tylko pogdybać. Nie wiem, czy byśmy wygrali na suchym boisku, ale mielibyśmy większe szanse. Byliśmy stroną atakującą. Im wystarczał remis, bo mieli lepszy stosunek bramek. Nam woda przeszkadzała, zatrzymywała akcje.

Nie można było przełożyć tego meczu?

O tym decyduje sędzia. On uznał, że można grać. Dlaczego uznał? Przed meczem poszli do niego sir Stanley Rous, przewodniczący FIFA, i prezes niemieckiego związku Hermann Neuberger, organizator mistrzostw. Na stadionie było 70 tys. widzów. Gdyby mecz się nie odbył, trzeba by było zwrócić im za bilety. Jeśli mecz zostałby przełożony na dzień następny, to część z tych 70 tysięcy trzeba by było gdzieś przenocować, bo nie wszyscy byli miejscowi. Transmisję brało ponad 20 zagranicznych stacji telewizyjnych. Gdy nie ma meczu, organizatorzy płacą karę. To po co - pytam - Rous i Neuberger byli u sędziego? Przywitać się?

Największą indywidualnością w Pańskiej reprezentacji był Kazimierz Deyna...

To był wybitny indywidualista. Trochę zamknięty w sobie. Nawet gdy szliśmy na spacer po lasku, Deyna zawsze był na boczku. Nie złościło to innych. Zaakceptowali go takim. Deyna przyjąłby się w południowej Europie. Anglia to nie był jego styl. Koledzy w Manchester City, gdzie trafił w 1978 roku, nie chcieli mu podawać piłki. Jak sobie nie wywalczył, to nie dostał. Poza tym nie znał języka. A co może zrobić piłkarz, który nie jest w stanie odezwać się do trenera, do kolegi?

Czy dla naszego futbolu nie byłoby lepiej, gdyby po 1974 roku najlepszym zawodnikom pozwolono wyjechać na Zachód? Puszczono tylko Gadochę, do FC Nantes.

Gdyby było można, rozkupiliby wtedy cały zespół. Zarobiłyby kluby i sami piłkarze. Deynę wybrano przecież na trzeciego piłkarza świata, Lato był królem strzelców mistrzostw. Wtedy na Zachód mógł wyjechać piłkarz, który miał 30 lat. A polski zespół był najmłodszy na mistrzostwach - przeciętna wieku 24-25 lat. Taki zawodnik mógł najwyżej nielegalnie pozostać za granicą. Gadocha wyjechał, bo decydował towarzysz Gierek, górnik z Francji. Żona Gadochy to załatwiła, płakała przed Gierkiem. Był prikaz z góry, żeby go puścić. W 1975 roku graliśmy towarzyski mecz we Francji, przegraliśmy chyba 2:0. Do hotelu, gdzie mieszkaliśmy, przyjechało siedmiu czy ośmiu menedżerów. Nie mogłem ich wyrzucić. Oni mi zdemobilizowali zespół. Rano Antoni Szymanowski, który mieszkał w pokoju z Deyną, mówi mi: "Panie trenerze, Kazio całą noc nie spał. Obliczał, ile mu dają, na polskie przeliczał". Wtedy wpuszczałem do drużyny Bońka. W tym meczu był najlepszy na boisku. Był młody, nikt go nie znał, nikt z nim nie rozmawiał.

Pana drużyna nie była pierwszą polską reprezentacją na mistrzostwach świata. Pamięta Pan, jak docierały do Pana informacje z mistrzostw w roku 1938, gdy w Strasburgu Polska przegrała z Brazylią 5:6?

Miałem 17 lat. Pamiętam, że szliśmy z kolegami z wycieczki, z lasu. Nagle słyszymy jakieś krzyki. Niedaleko stała nieduża chałupka, okno było otwarte. Okazało się, że nadawano sprawozdanie z meczu Polska - Brazylia. Nie każdy miał wtedy radio. Ja miałem radio na kryształek, ale to musiało być radio lampowe. Stanęliśmy pod oknem i słuchaliśmy relacji Michała Franka. Przegraliśmy w dogrywce. Ernest Wilimowski strzelił cztery gole.Wilimowskiego to ja oglądałem jako mały chłopak. Obok boiska Pogoni Lwów rosły kasztany. Właziliśmy na nie, żeby patrzeć na mecze. Jak grał Ruch, to przychodziło minimum tysiąc osób więcej - na Wilimowskiego. Gdy on dostał piłkę w polu karnym, to była prawie bramka. Ograł obrońcę, bramkarza. Publiczność zamierała, cisza się robiła zupełna, a on nie strzelał. Czekał, aż bramkarz wróci do bramki i dopiero wtedy mu wrzucał. Ludzie przychodzili na ten show.

W dzieciństwie zapowiadał się Pan na dobrego szachistę...

Koło mojego domu we Lwowie był klub szachowy. Najpierw chodziłem się tam przypatrywać. Szczególnie jesienią i zimą. Potem zacząłem z nimi grać. Ogrywałem ich. Miałem 15 lat, oni byli starsi. Wróżono mi wielką przyszłość. Wolałem jednak piłkę, bo to jest ruch, świeże powietrze. Szachy mi się przydały. Zawsze analizowałem w piłce, dlaczego przegrałem. Grałem raz w reprezentacji Polski i przegraliśmy 8:0 z Danią. Dlaczego? Albo mówi się, że Niemcy nam nie leżą. Albo że z Ruskimi nie umiemy grać. Co to znaczy? Jako zawodnik miałem trenerów polskich i zagranicznych. Przyglądałem się, jak się zachowywali po meczu wygranym, a jak po przegranym. Niektórzy wpadali do szatni, nie zostawiali na zawodnikach suchej nitki. Ja miałem zasadę, że po meczu nie mówiłem w szatni nic. Dopiero w poniedziałek, przed treningiem, było omówienie meczu. Tak samo w domu - powiedziałem rodzinie, że jak przekraczam próg, to temat "piłka" nie istnieje. Nawet żona nie mogła się zapytać o wynik. Co? Jak mi mecz nie wyszedł, miałem się wyładować na żonie i dzieciach?! Rok 1972 - finał olimpijski z Węgrami. Przegrywamy do przerwy 1:0. Mecz jest równy. Deyna popełnił błąd, przejęli piłkę i strzelili bramkę. Przyszedłem do szatni. Mogłem mieć pretensje, ale zachowałem spokój: "Najpierw odpoczywamy, a potem ja mówię, proszę słuchać. Jesteśmy równorzędnym przeciwnikiem, musimy szybko złapać kontaktową bramkę". No i Deyna strzelił ją na początku drugiej połowy, potem drugą. Zawodnik wie, że mu nie wyszło. Po co go dobijać. Albo krytykować go przed prasą. On to potem czyta, jego rodzina i koledzy też.

Dlaczego w 1976 roku pożegnał się Pan z polską reprezentacją?

Po olimpiadzie w Montrealu mówiono, że odszedłem, bo zdobyliśmy tylko srebrny medal. To jednak nie ten wynik decydował. Po mistrzostwach w 1974 roku miałem propozycję wyjazdu do Szwajcarii. Idę z tym do PZPN, do prezesa Stanisława Nowosielskiego. Słyszę: "Jak to, Kaziu, my cię tu odznaczamy, a ty chcesz wyjeżdżać za granicę?". "Dobrze, to ja dalej prowadzę zespół, ale tylko do Montrealu". Zbliża się olimpiada, a tu przychodzi propozycja z Kuwejtu. Nie tylko dla mnie - chcą, żebym wytypował jeszcze czterech polskich trenerów: ja jako koordynator, jeden trener od pierwszej drużyny, drugi od drugiej i dwóch od juniorów. Wyjazd załatwiało się przez Polservice, złożyliśmy niezbędne dokumenty. Wracam z Montrealu i nie mam z kim rozmawiać w Głównym Komitecie Kultury Fizycznej i Sportu. Wszyscy wyjechali na urlopy. W Warszawie pojawia się Arab z Kuwejtu. Pyta: "Dlaczego pan do nas nie przyjeżdża?". "Bo nie mam zgody". "A od kogo to zależy?". Wytłumaczyłem mu. "To ja pójdę i załatwię". W Komitecie był tylko jakiś trzeci zastępca. Nie mógł podjąć decyzji. No i spławił faceta. Arab poleciał do Czechosłowacji i zaangażował czterech Czechów.

Czy odchodząc, namaścił Pan kogoś na swego następcę?

Były dwie propozycje. Andrzeja Strejlaua forsował Główny Komitet, ale PZPN chciał Jacka Gmocha. Gdy drużyna Gmocha wygrała z Cyprem na Stadionie Dziesięciolecia 5:0, byłem tam w roli widza. Żegnano mnie. Jacuś mi kwiaty wręczał. Potem pojechałem do Meksyku. Prowadziłem kurs dla trenerów z Ameryki Środkowej. Nagle jest telefon z Ambasady Grecji w Meksyku. Co ja mam wspólnego z Grecją? - myślę sobie. Ambasador mnie zaprasza, więc jadę. Ambasador mówi mi: "Czy pan zna drużyny greckie". "O tyle, o ile". "A Panathinaikos?". "Znam, grał z Polonią Bytom. Przegrał dwa razy". "Tu będzie za pół godziny dzwonił trener Panathinaikosu. Chce z panem rozmawiać". I rzeczywiście, prezes zaproponował mi trenowanie Panathinaikosu. "Niech pan wsiada do samolotu do Aten". "Ja tu jeszcze przez dwa tygodnie prowadzę kurs". "To niech pan przyleci, jak pan skończy". "Ale ja muszę wrócić do Warszawy, żeby dostać zgodę na wyjazd do Grecji". Po dwóch tygodniach ląduję w Warszawie. Prezes Panathinaikosu był tam już od dwóch dni. Pozałatwiał wszystko w Komitecie. Dzwonią do mnie stamtąd: "Czy pan chce jechać do Grecji?". "Mogę". "To niech pan napisze podanie, damy panu zgodę". 1 grudnia wróciłem z Meksyku, a 3 byłem już w Atenach. Gdy wyjeżdżałem z Polski, nikt mnie nie żegnał. Ląduję w Atenach, patrzę, a na lotnisku jest tłum ludzi. Nie wyszedłbym stamtąd, gdyby nie policja. Wsiadam do taksówki, jadę do hotelu, a za mną pędzi mnóstwo taksówkarzy. Klaksony trąbią. Myślę sobie: gdzie ja wpadłem?! Potem długo dochodziłem, skąd się wzięła ta Grecja. Otóż na meczu drużyny Jacka z Cyprem byli greccy dziennikarze. Napisali w relacji, że mnie żegnają, jestem wolny. Jeden z nich był przyjacielem prezesa Panathinaikosu. A ten szukał trenera.

W lutym zeszłego roku odznaczono Pana w Zurychu najwyższym odznaczeniem FIFA - Medalem Zasługi.

Zaprosił mnie tam Joseph Blatter. Było przy tym sporo znanych piłkarzy: Platini, Cruyff, Beckenbauer, sir Bobby Charlton. Akurat tego samego dnia mieli spotkanie komisji FIFA, w której służą radą w ważnych piłkarskich sprawach. Zażartowałem, że gdybym był trenerem tych zawodników, to zdobylibyśmy mistrzostwo świata.

RFN 1974

Po II wojnie światowej mieliśmy wielu dobrych piłkarzy, ale nigdy nie mieliśmy silnej drużyny. Gdy pod koniec 1970 r. trenerem reprezentacji został Kazimierz Górski, nic nie wskazywało na to, że sytuacja się zmieni. Jednak latem 1972 r. w Monachium biało-czerwoni zostali mistrzami olimpijskimi. Dzień triumfu na Olympiastadion oficjalnie wprowadzono do polskiego kalendarza jako "Dzień Piłkarza". Na świecie nikt się tym jednak specjalnie nie przejął. Piłka na igrzyskach to były przede wszystkim zawody dla reprezentacji krajów socjalistycznych. Kraje kapitalistyczne wystawiały drużyny amatorów.

Prawdziwym miernikiem wartości ekipy Górskiego miały się stać eliminacje do mistrzostw świata, w których trafiliśmy na Walię i Anglię. Zaczęło się od porażki z Walijczykami w Cardiff 0:2, ale potem wygraliśmy dwa mecze. Awans Polacy wywalczyli po remisie 1:1 na Wembley - 17 października 1973 r. Bohaterem wieczoru był bramkarz Jan Tomaszewski, zwany odtąd "człowiekiem, który zatrzymał Anglię". Podczas meczu z Anglikami w Chorzowie (2:0) straciliśmy jednak naszą największą gwiazdę - Włodzimierza Lubańskiego. Padł po starciu z McFarlandem.

Na mistrzostwach w 1974 r. Górski zaskoczył wszystkich dwiema śmiałymi decyzjami personalnymi. Za sprawdzonych na Wembley - obrońcę Mirosława Bulzackiego i strzelca bramki Jana Domarskiego - wprowadził do podstawowej jedenastki debiutantów: Władysława Żmudę i Andrzeja Szarmacha.

Polacy zostali rewelacją turnieju - zajęli trzecie miejsce (przyznawano za nie wtedy srebrne medale). Grali ofensywnie - atakowali nawet boczni obrońcy. Strzelili najwięcej, bo aż 16 bramek. Grzegorz Lato z siedmioma golami zdobył tytuł króla strzelców. Tomaszewski obronił dwa rzuty karne - w meczach ze Szwecją i RFN. Deyna, Lato i Gadocha zostali wybrani do jedenastki gwiazd mistrzostw. Po pierwszym meczu - z Argentyną - znany z rozpowszechniania sensacyjnych informacji dziennik "Bild Zeitung" napisał, że jeden z Polaków grał na dopingu. Chodziło o lewego obrońcę Antoniego Szymanowskiego. Na szczęście nie była to prawda.

Na mistrzostwach Górskiemu pomagali asystent Jacek Gmoch, prowadzący tzw. bank informacji o drużynach rywali, i drugi trener Andrzej Strejlau, wcześniej opiekun kadry młodzieżowej. MLN

MECZE POLAKÓW

POLSKA - ARGENTYNA 3:2 (2:0). Bramki: Lato (6., 63.), Szarmach (9.) - Heredia (59.), Babington (71.)

POLSKA - HAITI 7:0 (5:0). Bramki: Lato (17., 87.), Deyna (18.), Szarmach (30., 34., 50.), Gorgoń (31.)

POLSKA - WŁOCHY 2:1 (2:0). Bramki: Szarmach (39.), Deyna (44.) - Capello (86.)

POLSKA - SZWECJA 1:0 (1:0). Bramki: Lato (43.)

POLSKA - JUGOSŁAWIA 2:1 (1:1). Bramki: Deyna (24., karny), Lato (62.) - Karasi (44.)

Mecz o finał

POLSKA - RFN 0:1 (0:0). Bramka: Mueller (76.)

Mecz o III miejsce

POLSKA - BRAZYLIA 1:0 (0:0). Bramka: Lato (76.)

Kazimierz Górski

ur. 2 marca 1921 r. we Lwowie. Jako trener zdobył złoty medal olimpijski w Monachium w 1972 r., srebrny w Montrealu w 1976 r. oraz trzecie miejsce na mistrzostwach świata w RFN w 1974 r. Jako piłkarz przed wojną był zawodnikiem RKS Lwów, podczas wojny - Spartaka Lwów i Dinama Lwów (co być może ocaliło jego rodzinę przed wywózką; jego ojciec był obrońcą Lwowa z 1920 r.), a po wojnie Legii Warszawa (do 1953 r.). Grał na prawym łączniku, pseudonim boiskowy "Sarenka". Rozegrał jeden mecz w reprezentacji Polski - 0:8 z Danią w Kopenhadze (1948). Trenował Marymont, Lubliniankę, Gwardię Warszawa, ŁKS i Legię oraz drużyny greckie: Panathinaikos Ateny (1977-78, 1983-86), Kastorię (1979-80) i Olimpiakos Pireus (1980-81), z którymi pięć razy zdobył mistrzostwo i pięć razy Puchar Grecji. Prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej (1991-95). W 1996 r., w dniu wyjazdu na olimpiadę do Atlanty, ciężko się rozchorował (do dziś ma problemy z chodzeniem). Wydał książki "Z ławki trenera" (1974) i "Pół wieku z piłką" (1985). Po sukcesach jego drużyny w latach 70. proponowano, by nazwę miejscowości Kazimierz Dolny zmienić na Kazimierz Górski.

Jacek Gmoch

Czy Pan tego chce, czy nie, dla kibiców pozostanie Pan na zawsze trenerem, który na spotkaniu z władzami telewizji przed wyjazdem do Argentyny w 1978 roku powiedział: "Będziemy mistrzami świata".

Nie ja to powiedziałem. Ja tylko nie zaprzeczyłem, gdy ktoś to powiedział.

Kto? Prezes telewizji Maciej Szczepański?

Nieważne kto. To wyrażało jego wolę i jego wiarę. Ja, oczywiście w marzeniach, też tego chciałem. Ale naiwny nie byłem. Jechaliśmy na mistrzostwa do Ameryki Południowej, a na takich nigdy nie wygrał nikt z Europy. Władza potrzebowała wtedy sukcesu. Nastroje były triumfalistyczne. Zwłaszcza po olimpijskim zwycięstwie drużyny Wagnera. Jego: "Interesuje mnie tylko złoto". Mnie też porównywano do "Kata".

Ale to nie były Pańskie pierwsze mistrzostwa. Do Niemiec w 1974 roku pojechał Pan jako asystent Górskiego. Na jaki wynik wtedy liczyliście?

Ja liczyłem na bardzo wiele. Zawsze marzyłem, żeby być najlepszy na świecie. Nie mam prawa? Prowadząc tzw. bank informacji, zrobiłem, ile mogłem. Nikt nie wiedział więcej ode mnie o naszych przeciwnikach, o sposobie ich gry. Droga polskiej reprezentacji w latach 70. nawiązywała do dokonań słynnej węgierskiej drużyny Gustava Sebesa. Na olimpiadzie w 1952 roku zdobyli złoty medal, a w 1954 roku w finale mistrzostw świata przegrali z Niemcami. Tadzio Olszański, hungarysta, tłumaczył mi teksty o tej drużynie. Po naszym złocie olimpijskim w 1972 roku w Monachium dziennikarz brytyjski Barry Davis przepowiadał, że z Polską będzie podobnie jak z Węgrami. No, ale przecież byliśmy wtedy piłkarskim Kopciuszkiem.

Na olimpiadzie grywali amatorzy, a na mistrzostwach świata zawodowcy. Nie ma porównania.

Ciągle powtarzałem zawodnikom, że Polacy nie potrafią dojść na szczyt i usiąść na nim na dłużej. Ja zawsze byłem przebojowcem. Pchała mnie też urażona ambicja. Grając jako reprezentacyjny stoper, u trenera Ryszarda Koncewicza, doznałem upokorzenia, którego nigdy nie zapomnę. W Belgii zremisowaliśmy z pewną klubową drużyną europejską. Po meczu dostaliśmy do picia po butelce wody Perrier na głowę. Poszedłem do menedżera, żeby dał nam jeszcze po jednej. Ten menedżer, nie chcę wymieniać nazwiska, siedział akurat z jakąś fajną panienką. Na stole przed nimi stał kawior i chablis. Menedżer popatrzył na mnie i powiedział: "Nawet jednej nie jesteście warci".

Dlaczego polska piłka nie odnosiła sukcesów przed Górskim?

Nie chcę niczego ujmować Górskiemu, ale podstawy do jego sukcesów stworzył Koncewicz, zwany "Fają". "Faja" nie miał dzieci, więc kochał nas jak swoją rodzinę. Nie potrafił jednak okazać nam serca."Faja" bazował na niemieckich wzorach, miał charakter feldfebla. U niego wszystko musiało być pod gwizdek, pod strzałkę. Nie dawał nam luzu. Byliśmy bliscy awansu na mistrzostwa w 1966 roku. Ze Szkocją wygraliśmy w Glasgow 2:1. Finlandię, po porażce 0:2, zlaliśmy u nas 7:0. Z Włochami było w Warszawie 0:0.

Potem przyszła jednak tragedia na Stadio Olimpico w Rzymie -1:6. Na temat tej porażki ma Pan pewną teorię...

To nie teoria. Nie mam dowodów, ale sam przez to przeszedłem. Wyjechaliśmy na ten mecz pod koniec października - w Polsce było chłodno, a tam, jak na nasze warunki, upał. Graliśmy po południu, a koło 12 zjedliśmy w hotelu gorącą zupę z kawałkami kury - bardzo gęstą, z ryżem, można było stawiać łyżkę. Przed meczem mamy rozgrzewkę. Im więcej robię przebieżek, tym mi ciężej. A powinno być odwrotnie. Nogi mam jak z ołowiu. Zaczepiam "Burzę" Szczepańskiego: "Coś jest ze mną nie tak". "Ze mną też" - on na to. "Robię się senny". Dobiegł do nas Ernest Pohl i mówi: "Jo też". Podczas meczu Rivera robił między nami slalom. Nic na to nie mogłem poradzić - serce chciało, ale nogi były pięć metrów z tyłu. Po latach rozmawiałem z trenerem Szkotów Jockiem Steinem. On miał wtedy podobne doświadczenia z Włochami. Zaczął jeździć na mecze z własną kuchnią.

Jak Pan poznał Górskiego?

Górski był na początku lat 60. moim trenerem w Legii. Chciała mnie też Gwardia, ale ojciec powiedział, że połamie mi nogi, jeśli pójdę do klubu milicji i UB. Legia to byli wtedy sami reprezentanci. Do Górskiego odnosili się, mówiąc oględnie, nie najlepiej. Ja robiłem u Kazia za jockera - jak się pokłócił z Jurkiem Woźniakiem, to grałem w obronie, jak darł koty z Marcelem Strzykalskim, to ustawiał mnie w pomocy. Koledzy nie lubili mnie za to. To była jednak świetna szkoła. Kazio przyjechał na mój ślub do Żyrardowa w 1961 roku. Na Świętokrzyskiej byliśmy sąsiadami. Gdy Górski odszedł z Legii do Gwardii, chcieli mu zabrać to mieszkanie. Ale obroniłem go u prezesa Legii gen. Huszczy.

Jesienią 1971 roku Górski wziął Pana do reprezentacji.

To nie Górski wziął mnie do reprezentacji, tylko wiceprezes PZPN Nowosielski, z którym chodziłem na nocne spacery z psem wokół Pałacu Kultury. Najpierw zostałem członkiem Zarządu PZPN. Na zjeździe w 1970 roku prezes Ociepka odmłodził Związek. Przygotowywał grunt dla "Katangi", jak się wtedy mówiło o ekipie ze Śląska. Razem ze mną awansował m.in. Witold Dłużniak, instruktor z KC, znawca jazzu, kiedyś środkowy napastnik Polonii. Dłużniak był zawsze moim sojusznikiem. Wtedy też ze Staszkiem Więckowskim, absolwentem SGPiS-u, i matematykiem Wojtkiem Skoczkiem przygotowaliśmy memoriał na temat dróg poprawy polskiego piłkarstwa. Sugerowaliśmy w nim, że wyż demograficzny przyniesie populację talentów, które zapewnią nam sukcesy. I tak było od roku 1972 aż do 1982 czy nawet 1986.

Staszek Więckowski powiedział mi: "Nie możemy posłać tego do władzy od dołu, bo zginie gdzieś po drodze". Poprosiliśmy więc Włodka Lubańskiego, żeby wręczył nasz memoriał Gierkowi. Gierek grał w piłkę i znał się na niej. Pierwszy w Polsce wyczuł, że na sporcie można zbić kapitał. Gdy rządził na Śląsku, wspierał drużyny ligowe, dlatego m.in. Górnik Zabrze doszedł aż do finału Pucharu Zdobywców Pucharów. Po przenosinach do Warszawy zadbał o reprezentację. Dziś wszyscy politycy kleją się do sportu. Wypromowało mnie też coś innego. Telewizyjny "Ekran z bratkiem" Maćka Zimińskiego szukał zawodnika umiejącego poprawnie mówić po polsku. Przez prawie 15 lat uczyłem tam piłki nożnej. Pierwsze programy, jeszcze na żywo, robiliśmy wPałacu Kultury. Dostawałem od dzieci mnóstwo listów - rozumiały wszystko lepiej niż wielu ludzi ze środowiska.

W jakich okolicznościach został Pan asystentem Górskiego?

Kazio spotkał się ze mną po porażce 1:3 z RFN-em w 1971 roku: "Jacuś, pomóż! Ci z AWF-u chcą mnie udupić. Zarzucają mi, że nie mam dyplomu". Kazio dopiero później, zoacznie, został magistrem AWF we Wrocławiu. To mnie, przed Górskim, Ociepka proponował stanowisko selekcjonera, ale pod warunkiem, że skończę AWF - specjalizację "piłka nożna". Ja, absolwent politechniki, miałem w piłce tylko tytuł starszego instruktora. Po meczu z Anglią w Chorzowie pokazałem w telewizji zaświadczenie od pana Jerzego Talagi, ówczesnego szefa szkolenia, że nie mam szans na eksternistyczny egzamin trenerski. Jacka Snopkiewicza, który realizował ten program, mało nie wyrzucili. Teoretyk Talaga nie chciał mnie na AWF-ie, bo uważał, że trenerzy praktycy hamują postęp. Jednak dla kogoś takiego jak ja, byłego piłkarza reprezentacji, teoretycy nie mogli być autorytetami, bo wielu z nich kopało piłkę na poziomie co najwyżej III ligi. W 1971 roku specjalnie dla mnie wymyślono stanowisko asystenta Górskiego. Założyłem bank informacji. Coś takiego robiłem już dla Legii, gdy doszła do półfinału Pucharu Mistrzów. Kto rozpracowywał styl gry Feyenoordu i Atletico Madryt? Ja.

Na czym polegał fenomen Górskiego?

Górski nie tworzył, on mądrze akceptował. Na początku nasza współpraca była idealna. Spotykaliśmy się nocą u niego w kuchni. Pani Maria, żona Kazia, była świadkiem naszych przekomarzań. Mówiłem mu o moich pomysłach na selekcję, system gry, taktykę. Łamałem stereo-typy w jego myśleniu, on hamował moje nowatorskie zapędy. Kazio, jak większość starszych trenerów, nie używał kartki papieru. Jeśli już miał coś zapisane, to na serwetce. Mówił, że wszystko ma w głowie. Nie twierdzę, że nie. Może nie jestem strasznie zdolny, ale zawsze lubiłem i umiałem się uczyć. Pomagając Kaziowi, studiowałem literaturę fachową po angielsku. Jak było trzeba, ze słownikiem brałem się do tekstów francuskich i hiszpańskich. Był wtedy postęp w nauce. Zaczęła się era analiz meczów na wideo. Centralny Ośrodek Sportu miał pierwszy magnetowid. U Wojtka Skoczka zamawiałem analizy matematyczne - obliczał mi czas posiadania piłki przez poszczególnych piłkarzy itp. Stawiałem sobie różne pytania - np. dlaczego Francuzi dobrze radzą sobie z Argentyńczykami, a Niemcy z Anglikami? - i szukałem na nie odpowiedzi. Dzięki temu podpowiedziałem później Lubańskiemu, jak odebrać piłkę Bobby'emu Moore'owi, i Włodek strzelił Anglikom bramkę. Jedną rzecz robiłem źle. Wiedza jest dla wybranych, a ja, zafascynowany, chciałem się nią podzielić ze wszystkimi. Łatwo było z tego szydzić. Za złoty medal na olimpiadzie dali mi torbę, dres olimpijski i buty Adidasa. A innych odznaczyli. Nowosielski powiedział mi: "Wiesz, nie chcemy, żeby Ruscy dowiedzieli się, jak my tu pracujemy. Że mamy bank informacji...". Gdy dalej nie dostawałem pieniędzy, zacząłem wyliczać działaczom, ile godzin pracuję społecznie, nie mając żadnej satysfakcji. Na odprawie przed Wembley powiedziałem, że z końcem roku odchodzę. Zaczęły się naciski, dziennikarze byli za mną - wróciłem.

Polska grała wtedy piękną piłkę. Skąd mieliście na nią pomysł?

Rok 1974 to jest zmierzch tzw. futbolu totalnego - wszyscy atakują, wszyscy się bronią - z którego słynęła Holandia. Przed Wembley graliśmy z nimi w Rotterdamie. Większość drużyn ze strachu przed Holendrami przyjmowała wariant defensywny, z jednym napastnikiem. Oddawali im pole, a tamci hulali. Ja chciałem zagrać odważnie, Kazio ten pomysł odrzucił. "To jest plan Jacusia" - śmiał się. Gdy zostałem na ławce sam, bo Górski udzielał komuś wywiadu, powiedziałem: "Plan Jacusia? To teraz Jacuś będzie prowadził drużynę". Okazało się, że jak się Holendrów zaatakuje, to ich obrona się gubi. Po 1:0 dla nich zrobiło się 1:1. Graliśmy systemem 4-3-3 (czterech obrońców, trzech pomocników, trzech napastników), a nie 4-4-2, jak większość europejskich drużyn, w tym Anglia. Najważniejsze były boki: boczni obrońcy Szymanowski - Musiał i skrzydłowi Gadocha - Lato. Gadocha i Lato wracali niemal do naszego pola karnego. Niby graliśmy czwórką w obronie, ale cofało się aż dziewięciu. Niby graliśmy tylko trzema pomocnikami, ale ponieważ ani Maszczyk, ani Kasperczak nie musieli zajmować się bokami, to środek pola i tak był nasz. Crossowe piłki przez pół boiska, w kontrataku, rozwalały każdą obronę. Ten sposób grania wziął się z Zagłębia Sosnowiec!

Jak to z Zagłębia Sosnowiec?

Zagłębie, ulubiony klub Gierka, znalazło się na ostatnim miejscu w lidze. Wezwali mnie na pomoc. Wyjeżdżałem do Sosnowca na weekendy. Tam testowałem 4-3-3, z Włodkiem Mazurem na środku napadu i małymi skrzydłowymi Loską i Maleńkim. Bramkarza Władka Grotyńskiego wyciągnąłem z kopalni, gdzie odpracowywał wyrok za przemyt dolarów. Zagłębie uratowało się przed spadkiem.

Ustawienie 4-3-3 wypaliło też na niemieckich mistrzostwach.

Najważniejszy był pierwszy mecz. Argentyńczycy w tunelu zaczęli śpiewać wojenną piosenkę. Więc ja mówię: "Chłopaki, a my co?". Towarzystwo wyszło na boisko i grało jak z nut. To była wielka drużyna. W Sonne Post w Murrhardt, naszej siedzibie, ciężko harowałem. Podpisaliśmy umowę z Grundigiem. Dostaliśmy od nich sprzęt wideo, a do jego obsługi grubasa nazywanego "Mister wideo". Siedziałem do czwartej w nocy, analizując mecze. Nasza gospodyni pani Bofingerowa szykowała mi na te seanse kanapki i herbatę. Z tego brały się potem wytyczne do treningu. Mówi się, że na mistrzostwach Górski miał z jednej strony mnie, a z drugiej Andrzeja Strejlaua, i że od każdego wziął, co chciał. Nie neguję tego. Ja dawałem swoje propozycje na piśmie. W razie wątpliwości Kazio mógł się dopytać.

Między Panem a Strejlauem nie było konfliktu?

Nigdy nie uważałem Andrzeja za swojego wroga. Możemy się czasem o coś pokłócić, ale to świetny fachowiec i wspaniały człowiek. Zawsze jednak będę podkreślał, że na olimpiadzie byłem jedynym asystentem Górskiego. Podstawy sukcesu stworzyliśmy we dwóch. Strejlau przyszedł później. Górski nie zawsze o tym pamiętał. Wiosną 1974 roku na turnieju w Algierze Kazio dostał kolki nerkowej. Powstało pytanie: kto ma za niego prowadzić treningi - Strejlau czy Gmoch? Kazio mówi: "Andrzej będzie prowadził, jako trener, bo ty nie masz papierów". Popatrzyłem na niego: "Tyle dla ciebie zrobiłem, a ty ze mną tak?!".

Czy mogliśmy odmówić grania na wodzie we Frankfurcie?

Jak Rejtan walczyłem, żeby ten mecz się nie odbył. Naciski były ogromne: telewizje, władze FIFA. Powiedziałem Kaziowi: "Nie gramy, bo my musimy wygrać. Niemcom wystarcza remis". Wtedy chodziło jednak też o coś innego. Minister sportu Bolesław Kapitan przekazał nam wątpliwości polskich władz: Czy my czasem za wysoko nie idziemy? Czy nie powiększa się niebezpiecznie odległość między poziomem klubowym a reprezentacyjnym? Czy to nam nie popsuje modelu i czy nie będzie presji, bo zawodnicy będą chcieli wyjeżdżać na Zachód? Górski powiedział: "Grajcie ładnie, chłopcy, możecie nawet mało przegrać". Premia za mecz to było, jeśli dobrze pamiętam, 1000 dolarów, a za wygraną tylko 1200.

By przejąć schedę po Górskim, latem 1976 roku, wrócił Pan ze Stanów. Co tam Pan robił?

Po mistrzostwach w 1974 roku do Stanów zaprosił mnie biznesmen pan Edward Piszek, prezes Fundacji Kopernikowskiej w Filadelfii, którego zaraziłem pomysłem stworzenia w amerykańskiej lidze NASLA polskiej drużyny - Philadelphia Eagles. Jednocześnie chciałem tam zrobić doktorat. Na Pennsylvania University skierował mnie mój promotor prof. Zbigniew Grabowski.

Jan Tomaszewski śmieje się w swojej książeczce "Kulisy reprezentacyjnej piłki", że mówił Pan o karierze naukowej, a tak naprawdę to pracował Pan w Stanach w piekarni.

Wcale się tego nie wstydzę. Studiując, dorabiałem, jak większość moich kolegów. Drużyny Piszka jeszcze nie było, a ja musiałem z czegoś żyć. Byłem też pomocnikiem hydraulika, na uczelni pracowałem w punkcie ksero. W Polsce mieliśmy socjalizm, ale pracą się pogardzało. Ja byłem do niej przyzwyczajony. W każde wakacje przez miesiąc pracowałem w firmie budowlanej ojca. Potem zdobyłem mocną pozycję w firmie Piszka. Przekonał się, jestem dobrym inżynierem. Poza tym jako guest coach byłem zapraszany przez amerykański związek piłkarski na sesje naukowe. W Orlando miałem wykłady o szybkim ataku i stałych fragmentach gry. Byłem nawet wśród kandydatów na trenera reprezentacji USA.

Kadrę objął Pan jednak w Polsce. Dlaczego to Panu zaproponowano ją po Górskim?

* Po moim odejściu Górski, wspomagany przez Strejlaua, nie spełnił oczekiwań - na olimpiadzie w Montrealu zdobyliśmy tylko srebro. Wcześniej Kazio przegrał pięć meczów z rzędu. Zaczęto wątpić, czy z tymi piłkarzami można jeszcze coś zrobić. Na swego następcę Górski wskazał Strejlaua. Ale Andrzej odmówił. Zadzwoniono do mnie. Zgodziłem się. Żonę ogarnęła rozpacz. Mówiła, że źle robię. W Stanach byliśmy już urządzeni. Wróciłem, bo uważałem, że to mój moralny obowiązek. Wiedziałem, że nasi piłkarze nie zapomnieli, jak się gra. Potrzebują tylko odpowiednich warunków i motywacji. Poza tym żaden z piłkarzy, poza Gadochą, nie wyjechał na Zachód. Byli pod ręką. Do pierwszego meczu eliminacji przed mundialem '78 zostało tylko osiem tygodni.

Jak się Pan zabrał do tej roboty?

Najpierw namawiałem ludzi, żeby uwierzyli, że możemy coś osiągnąć. Potem wymogłem, żeby dano mi prawo opiniowania wniosków piłkarzy o wyjazd za granicę. Ci, których wskażę po mistrzostwach, mieli mieć Zachód pewny na bank. W PZPN nie było wtedy prezesa. Stąd zrodził się mit, że to ja sprawowałem rządy, bo chodziłem do sekretarza KC Żandarowskiego. A do kogo miałem chodzić? Sport podlegał Żandarowskiemu. W polityce za dobrze się nie orientowałem. Podczas wydarzeń w Radomiu i Ursusie byłem za granicą.

Czy Jacek Gmoch nie natrafiał nigdzie na opór?

W PZPN była inercja. Niektórzy pojawiali się w pracy o 12, a o 13 mówili, że wychodzą na lunch w Szanghaju. Ustawiłem pracę zadaniowo. Pytałem każdego: "Ile potrzebujesz czasu, żeby zrobić to i to". On mówił, a ja to zapisywałem. Potem na posiedzeniu Zarządu sprawdzaliśmy - kto nie dotrzymał terminu, nie miał premii. Wspierał mnie w tym wiceprezes Loska. Stworzyłem też działającą społecznie sekcję reprezentacyjną. Jak pani w PZPN nie mogła załatwić błyskawicznie 22 paszportów, to zajmował się tym Maciek Górzyński, dyrektor administracyjny szpitala na Oczki. Młodzi ludzie znający języki tłumaczyli dla nas materiały o rywalach, m.in. Tomasz Wołek, specjalista od piłki południowoamerykańskiej. Materiały przywozili mu z rejsów marynarze. Bank informacji prowadził dla mnie trener Bernard Blaut. Stefan Grzegorczyk, naczelny tygodnika "Piłka Nożna", przygotowywał materiały propagandowe. Była sekcja prawników. No i lekarze: Janusz Garlicki, fizjolog Jerzy Sołtysiak. Zatrudniłem też psychologa Barbarę Gosieniecką - dzięki jej badaniom znaliśmy model psychologiczny każdego piłkarza. Jednego tylko nie przewidziałem - że wśród naszych gwiazd będzie się czuła zagubiona. Motywacją dla pracowników sekcji był wyjazd zagraniczny. Na każdy zabieraliśmy z niej dwie osoby. Pracowałem po 14 godzin na dobę. Gdy przychodziłem do domu, nie miałem siły się rozebrać. Przed Portugalią jestem w "Dzienniku telewizyjnym". Mówię: "My ten mecz wygramy". Żona krzyczała na mnie: "Co ty opowiadasz!". A ja byłem spokojny. Wiedziałem, że zrobiłem wszystko, co było możliwe.

Portugalię pokonaliśmy w Porto 2:0.

Ale jak graliśmy! Portugalczycy nie wiedzieli, o co chodzi. Szarmacha ustawiłem jako rozgrywającego, bo oni kryli Deynę. Dwa gole strzelił Lato. Graliśmy w październiku, w Porto wtedy leje. Boisko było miękkie. Wiedziałem, że portugalski trener Pedroto nie pozwoli nam trenować na stadionie, ale specjalnie zawiozłem tam drużynę. Brama była zamknięta. Mówię: "Zobaczcie, jak nas szanują, my ich jutro za to...". Proste, ale skuteczne.

Potem wybrał się Pan z drużyną aż do Ameryki Południowej.

Nim zastąpiłem Górskiego, menedżer zaklepał ten wyjazd na styczeń. Po długich targach przełożyliśmy go na tę porę, w której za rok wArgentynie miał się odbyć mundial. Wtedy u władzy była tam junta generała Videli. Trwała wojna domowa. Argentyński mundial doszedł do skutku, bo obóz socjalizmu zadziałał, żeby partyzanci tupamaros i monteneros zrobili sobie przerwę. Pamiętam, że w prowincji Tucuman spadł ulewny deszcz. Gubernator zaprosił nas i mówi: "Dziś nie będziecie grać". "My musimy, jutro jedziemy dalej". "Gdzie jedziecie? Jak? Ja mam wasz samolot. Ja tu rządzę". Tournee okazało się bardzo pożyteczne. Poznaliśmy mundialowe stadiony - Mendoza jest wysoko, Rosario nisko, Cordoba na płaskowyżu. Mieliśmy ze sobą urządzenie pozwalające mierzyć tętno trzech grających zawodników. Badaliśmy utratę energii i wagi podczas wysiłku. Testowaliśmy, jak uzupełniać poziom płynów. Z Boliwią w La Paz, na wysokości ponad 4 tys. metrów, było 2:1. Tam wcześniej wygrali tylko Ruscy. Argentyńczycy poradzili nam, żebyśmy polecieli do La Paz 24 godziny przed meczem i z butlami tlenowymi. W hotelowej recepcji - pokoje mieliśmy na pierwszym piętrze - kazali nam jechać na górę windą, żeby nie wnosić walizek. Ależ się tam nałykaliśmy proszków! Serce tak łomotało! Lato strzelił bramkę po rajdzie. Dobiegł do ławki i jęczy: "Nic nie widzę, czarna ściana". Od razu dostał tlen.

Z Argentyną i Brazylią przegraliśmy wtedy po 1:3.

Ta wyprawa trwała prawie miesiąc. Nie wytrzymywaliśmy tego. Drużyna mi się buntowała. Potem też niektóre żony miały pretensje. Podczas jednego z lotów wpadliśmy w burzę - samolot spadał nagle o 200 m. Tomaszewski i Gorgoń leżeli i "trzymali podłogę". W 1977 roku za dużo chciałem. Zespół był zmęczony, co było widać jesienią, podczas rewanżu z Portugalią. Remis 1:1 dał nam jednak awans.

Na Stadionie Śląskim Deyna strzelił bramkę bezpośrednio z rzutu rożnego i... został wygwizdany przez publiczność.

Nie umiem sobie tego wytłumaczyć. Powodem była chyba nienawiść do Legii, która zabierała w czasach stalinowskich wszystkim najlepszych piłkarzy do wojska. Pamiętam mecz pucharowy Szombierki - Legia, w którym grałem. Szombierki to byli prawdziwi górnicy z dołu. Rąbali nas równo. Kibice robili sobie proce z drutu "szóstki", żeby nam powybijać oczy. Ta śląska niechęć skupiła się na Deynie.

O przygotowaniach przed mundialem opowiadano różne rzeczy, np. że zgrupowania na stadionie Legii robił Pan o północy.

Robiłem późno, ale nie o północy. Chodziło o to, żeby trening odbywał się przy sztucznym świetle, w warunkach meczowych. Czasem trenowaliśmy z włączonym na maksa nagłośnieniem, co miało przyzwyczajać zawodników do hałasu szalejących kibiców. Siedziałem wysoko, żeby widzieć całe boisko. To był trening taktyczny. Trwał pół godziny. Najpierw gra z cieniem, nauka ruchów. Nikomu jednak nie narzucałem schematów. Trenowaliśmy ustawienie do ataku pozycyjnego, pressing od połowy i na całym boisku, warianty rozpoczęcia akcji z prawej strony, obronę z lewej... Boisko dzieliłem na strefy. Ćwiczyliśmy zdobycie piłki w każdej z nich. Przydały mi się nauki wyniesione z podpatrywania koszykówki. Z granych wtedy meczów towarzyskich najlepiej pamiętam 1:4 z Rosjanami w Wołgogradzie, dawnym Stalingradzie. Tam był karny dla nich, taki nie bardzo. Ale wiadomo było, że jak sędziuje Węgier, to z Ruskimi wygrać nie można. U nas z Rosjanami spotykaliśmy się rzadko. Powodem był mecz z 1961 roku na Stadionie Dziesięciolecia, gdzie Krasnicki kopnął w głowę naszego bramkarza Szymkowiaka. 75 tysięcy ludzi chciało wtedy zejść z trybun i go zlinczować. W Wołgogradzie mówię: "Chłopaki, ubieramy się w dresy i idziemy do mauzoleum ofiar bitwy. Z szacunku dla tych, co oddali tu życie". Nie było prikazu, szedł, kto chciał. W kolejce do mauzoleum stały tysiące ludzi. Jak nas zobaczyli powtarzali z estymą: "Paliaki, Paliaki". Informacja o tym poszła na całą Rosję.

Niecały miesiąc przed mundialem graliśmy z Chemie Halle, Sochaux i Herculesem Alicante, które "udawały" naszych rywali z grupy: RFN, Tunezję i Meksyk. Z Halle po 15 minutach było 4:0. Powiedział Pan wtedy, że graliśmy za dobrze.

To był sygnał, że forma przyszła troszkę za wcześnie. Były też inne problemy. Z Grzegorczykiem pokłóciłem się o folder mundialowy. Napisali w nim, że jako piłkarz byłem "brutal" i "beztalencie". Krzyczałem: "Jak byś się czuł, gdyby o tobie tak napisali. Ty nigdy w życiu nie będziesz trenerem, a ja spokojnie mogę zostać dziennikarzem takim jak ty".To wywołało burzę. Pisano potem, że zatrzymałem druk tego folderu, że wybierałem dziennikarzy, którzy pojadą do Argentyny. Ja chyba rządziłem wtedy tym krajem! Tymczasem przy wyborze mundialowej ekipy musiałem godzić się na ludzi narzucanych przez kolejnego prezesa PZPN Edwarda Sznajdera. We władzy szykowała się zmiana warty - ekipa Stanisława Kani.

Na otwarcie mistrzostw mogliśmy ograć Niemców, ale było 0:0.

Trener Schoen rzucał się po meczu: "To była antypiłka!". A my pobiliśmy Niemców ich bronią - organizacją. Powinniśmy byli to wygrać. Mieliśmy sytuacje, oni nie mieli. Po tym meczu dostaliśmy telegramy od kardynała Króla, generała Bordziłowskiego i od Gierka. Niemców rozpracowaliśmy najlepiej. Na ich towarzyski mecz z Brazylią wysłałem 11 obserwatorów. Każdy obserwował jednego zawodnika - potem ich wnioski konfrontowaliśmy z zapisem wideo i wrzuciliśmy te dane do komputera. Z Tunezją wygraliśmy 1:0. Pod koniec oblegali naszą bramkę. Wtedy w ekipie trwały już kłótnie o pieniądze. Prezes Sznajder wtrącał się, dlaczego nie gra Boniek. A dziennikarze przyjechali chyba tylko po to, żeby zobaczyć naszą porażkę. Po trzech meczach nikt nie chciał wpaść w drugiej rundzie do grupy z Argentyną i Brazylią. Niemcom pomogły chyba pozaboiskowe układy. Z Tunezją grali już po naszym 3:1 z Meksykiem. Specjalnie zremisowali, żeby zająć drugie miejsce i trafić na Włochów, Holandię i Austrię.

Kłótnie o pieniądze przed meczem z Argentyną trwały do późna w nocy. Nie mógł Pan jakoś temu zaradzić?

To nie leżało w mojej gestii, ale i tak Antoś Szymanowski zagadywał mnie: "Trenerku, za ile gramy? Jak to nie ma pieniędzy? Przecież żeśmy zarobili. Działacze wzięli milion pięćset". Chłopcy umieli liczyć. Na pytanie o pieniądze prezes Sznajder odpowiadał: "Tej sprawy nie mam jeszcze dogranej w Białym Domu". Dolary były już potrzebne w Polsce gdzie indziej. Wcześniej Sznajder udawał krezusa. Wezwał mnie do Komisji Planowania, której był szefem. W niedzielę, bo tylko wtedy miał czas na piłkę: "Kolego Gmoch, w czym jeszcze można pomóc chłopakom". "Poza premiami chyba w niczym". "Ale może meble, materiały budowlane, samochody. Zróbcie listę, komu dać talon". Byłem nieufny, więc mówię: "Oni już dostali samochody z klubów". Chłopcy się ucieszyli: "Chcę taki albo taki. Swój dam wujkowi". Jak wróciliśmy z mistrzostw, rozpoczęło się dochodzenie: gdzie się podziały talony?! PZPN powołał specjalną komisję, pisano oświadczenia, podawano do sądu. Ja, żeby zdobyć dolary dla drużyny, na swoje nieszczęście wymyśliłem pana Tyrańskiego. Władze zgodziły się, żebyśmy reklamowali jego firmę Inter Minex, od szkła, cementu i ceramiki. Tak to jednak jest, że polityk akceptuje, ale umowę podpisać musi ktoś inny. Zawodnicy nie mogli, bo straciliby prawa amatorów. Więc ja podpisałem, w przytomności piłkarzy, żeby wiedzieli, o jakie sumy chodzi. Później wybuchła sensacja: Gmoch zdefraudował pieniądze! Trwało to wiele lat. Tropił mnie prokurator Radomski, spec od afer. Z zarzutów oczyściła mnie dopiero pani rzecznik praw obywatelskich Ewa Łętowska. Wielu chłopców było zastraszonych. Pytałem potem Zygmunta Kuklę: "Zyguś, dostałeś pieniądze?". "Dostałem". "A co powiedziałeś, jak cię przesłuchiwali?". "Że nie dostałem". "Dlaczego?". "Bo jak spałem w hotelu Gwardii na Racławickiej, to mnie okradli. To tak jakbym nie wziął tych pieniędzy". Inni zachowali się przyzwoicie. Powiedzieli, jak było. Brat pomocnika Bogdana Masztalera przekazał pieniądze Tomaszewskiemu do Belgii, a ten wypłacił należne sumy Lubańskiemu i Lacie. Masztaler powiedział mi: "Trenerze, niech pan schowa te listy z pokwitowaniami". Zatrzymałem je, ale niepotrzebnie włożyłem do książki w mojej bibliotece. Później, gdy wyjechałem z rodziną za granicę, przyjaciele szukali ich u mnie przez siedem miesięcy. Na szczęście znaleźli.

Z Argentyną dostaliśmy 2:0. Przy stanie 1:0 Deyna nie strzelił karnego.

Karny był po ręce. Kazio był typowany do strzelania. Boniek jako drugi.

Podobno Boniek powiedział Deynie, że on chce strzelać, ale Deyna odmówił.

Takiego proszenia nie ma. Rozumiem, że Zbyszek chciał zaistnieć. Ja dzień przede meczem robię eliminacje - strzelanie 50 karnych. Są trzy kategorie strzelców karnych. Ci z pierwszej żegnają się i walą, gdzie poleci, jak Netzer. Z drugiej wybierają róg. Z trzeciej do końca patrzą na bramkarza i reagują na jego ruch. Tak robił Kazio. Doprowadzał bramkarzy do płaczu. Kamieniami w niego rzucali. Może w Rosario wpłynęło na niego to, że grał setny mecz w reprezentacji. Niedawno ktoś odkrył, że wiele lat wcześniej, gdy byłem w szpitalu, po kontuzji, Deyna też nie strzelił karnego Argentyńczykom. Nawet gdybym o tym wiedział, niczego by to nie zmieniło. To był inny Deyna. Młody chłopak. Na mundialu strzelił źle - lekko, czytelnie. Fillol złapał piłkę. W tym momencie cały stadion stał.

Przeciwko Argentynie nie wystawił Pan w obronie Gorgonia, tylko Kasperczaka, i Mario Kempes, król strzelców tych mistrzostw, strzelił nam dwa gole.

Kempesa miał kryć Żmuda. Ustawienie z Kasperczakiem jako libero sprawdziło się w Porto. Gdy przegrywaliśmy, wychodził przed linię obrony i rozgrywał. Przy pierwszej bramce Tomaszewski mógł złapać piłkę, nim Kempes uderzył ją głową. Byliśmy wtedy lepsi. Gdyby Kazio strzelił karnego, mecz potoczyłby się inaczej. Po prawej stronie Lato rozprawiał się z obrońcą Tarrantinim. Na lewej nam nie szło. Jeśli ktoś nas rozrobił w tym meczu, to skrzydłowy Bertoni. Po przegranej byliśmy zszokowani. Wszyscy sobie dogadywali, łażąc nago na basenie. Nagle wpada oficer FIFA i kawalkada ludzi: generał Videla przyszedł bez zaproszenia! "Stawać w szeregu" - mówię. Videla nam gratuluje: "Wspaniale walczyliście". Każdy z chłopaków zasłania przyrodzenie lewą ręką, a prawą wita się z generałem. Nad Videlą nachylają się Tomaszewski i Gorgoń, wspaniałe torsy. Istna tragikomedia.

Po 1:0 z Peru graliśmy z Brazylią o wejście do czwórki. Było 1:3.

W drugiej połowie urządzili nam takie pięć minut, jakby tajfun przeszedł. Na naszej lewej stronie działy się dantejskie sceny. Słupek, poprzeczka, Kukla w bramce nie widział, gdzie lata piłka. Potem wysłałem Gorgonia na środek napadu. Miał dwie świetne okazje, żeby strzelić gola. Nie szukam wytłumaczeń, ale wydawało nam się, że Brazylijczycy używali eteru jako środka pobudzającego. Wychodzimy po przerwie i Antek Szymanowski mówi w tunelu: "Ale tu śmierdzi". Brazylijczycy psikali sobie eter na klaty. Wdychając go, dostawali kopa. A potem eter wyparowywał.Nie wiem, czy to było wtedy dozwolone.

Przegrał Pan, wrogowie mogli się wreszcie na Pana rzucić.

* O, najpierw sam wygłosiłem expose. Powiedziałem piłkarzom, że mają kompleks. Nie walczą do końca. To jest kompleks małych narodów. Dostałem za to po kościach - jak śmiałem tak powiedzieć o piłkarzach, w ogóle o Polakach! Rzucono się na mnie pod hasłem: temu skurwysynowi wreszcie podwinęła się noga! Zaczęło się w ambasadzie polskiej w Argentynie. Ambasador zaprosił na obiad bratnich ambasadorów. Prezes Sznajder przewodził w krytyce: "Skandal! Tyle wydaliśmy i co osiągnęliśmy?! Tylko o pieniądze się kłócili!". Wtedy odezwał się ambasador radziecki: "Czego wy krzyczycie. Powinniście się radować. My tu w ogóle nie graliśmy. Jesteście drugą drużyną z Europy. Videla musiał wydać wagon złota, żeby zdobyć mistrzostwo. To mu przedłuży rządy". Byłem zaskoczony. Ale Jasio Ciszewski i Ryszard Dyja już szykowali wywiady z niezadowolonymi, m.in. z Włodkiem Lubańskim. Nieładne, odpowiednio obrabiane. W dokumencie FIFA byliśmy na piątym miejscu. Wynik nie był na miarę moich ambicji. Można było jednak podejść do tego spokojnie. Po powrocie wezwano mnie na naradę na ostatnim piętrze KC, gdzie wyciągnięto mi wszystkie grzechy. Pierwszy w sekowaniu był Bohdan Tomaszewski. Mówiono nawet, że przychodziłem na mecze w kurtce armii amerykańskiej z naszywkami spadochroniarza. Że na Legii miałem śmiałość siadać w tym przy generałach Ludowego Wojska Polskiego. Powtarzam to dziś bez pretensji. Z drugiej strony prosili nas do GKKFiS, gdzie Babiuch, ówczesny nr 2, nam dziękował i dawał jakieś złote odznaki. To było dziwne, bo wtedy, gdy był nakaz z KC, by o kimś źle pisać, to wszyscy tak pisali. A tu był podział. Cóż, zbliżał się rok 1980.

Po mundialu wygrał Pan jeszcze na wyjeździe z Finlandią i Islandią.

Prezes Sznajder hołubił już wtedy mojego asystenta Ryszarda Kuleszę, którego nie zabrałem do Argentyny. Raz zatrzymał autobus reprezentacji koło Stadionu Dziesięciolecia, żeby wysiąść, bo tam się przechadzał Kulesza. Potem Sznajder sprokurował list, który podpisali trenerzy Kulesza, Blaut, Zientara i Obrębski. Nie Andrzej Strejlau. Panowie mówili w tym liście, że nie mogą dłużej ze mną współpracować. Oni tego listu nie zainicjowali. To Sznajder prowadził swoją grę. Zorganizował spotkanie u Mariana Renke, szefa GKKFiS. Renke to był uroczy człowiek, erudyta. Świetnie mówił po hiszpańsku. Gdy był ambasadorem na Kubie, polował pod wodą z Fidelem Castro. Sznajder pokazuje mu list: "Proszę, to jest kontrowersyjny człowiek. Wrogów sobie narobił". Ja na to: "Mogę z nimi jutro porozmawiać i przyniosę list, że chcą ze mną współpracować. No, może nie wszyscy". Sznajder się zezłościł: "Co pan mi tu będzie jakąś politykę uprawiał. Za młody pan jest. Mógłby pan być moim synem". Ja wtedy: "Pan może sobie tak myśleć, ale pan nie mógłby być moim ojcem!". Zrobiła się awantura. Renke mówi do mnie: "Chciałby pan to ciągnąć dalej?". "Oczywiście, ale mam warunek". "Jaki?". "Prezes musi odejść". Zrobiłem to specjalnie. Rozstaliśmy się. Żandarowski obiecał mi, że będę mógł wrócić do Stanów. Nie dotrzymał słowa.

W branżowym tygodniku "Piłka Nożna" notka o Pana dymisji została wydrukowana petitem w górnym rogu na pierwszej stronie. Nie ma ani słowa więcej - żadnego komentarza, wywiadu.

Popadłem w niełaskę. Grzegorczyk, z którym pożarłem się o ten nieszczęsny folder, miał chyba do mnie żal, że książkę "Alchemia futbolu" napisałem przed mundialem z Tadziem Olszańskim. Tadzio to jest pracoholik. Gwałcił mnie: przychodził o dwunastej w nocy, rozmawialiśmy do trzeciej. Następnego dnia miał ten materiał spisany. Ja to poprawiałem i dawaj dalej.

W Pana kontaktach z prasą w ogóle było coś dziwnego. W całym mundialowym roczniku "Trybuny Ludu", która słynęła przecież ze świetnej kolumny sportowej, znalazłem ledwie krótką rozmowę z Panem. Dlaczego? Pan nie chciał rozmawiać? A może z Panem nie chciano? Do dziś wielu dziennikarzy powtarza, że nie wolno było wtedy źle o Panu pisać, że kontrolowano to w cenzurze na Mysiej, że miał Pan obrońców w KC...

Obrońcy z KC! Kto? Może w KC był Waldemar Łysiak, skoro dobrze o mnie pisał?! Skąd wzięło się przekonanie, że jestem pod kloszem? Stąd, że działałem szybko i ekspansywnie. Miałem mało czasu, a rywale byli poważni. Tonąłem w biurokratyzmie. Jak mogłem sobie z tym poradzić? Wykonując telefon, gdzie trzeba. Więc dzwoniłem. Póki nie było prezesa PZPN, mogłem tak działać, i były wyniki. Gdybym dostał tamtą szansę jeszcze raz, wziąłbym napastnika Kazia Kmiecika, poprawiłbym ustawienie defensywy w meczu z Argentyną, ale resztę zrobiłbym tak samo. Moją słabością było to, że nie znałem się na propagandzie. Popełniłem błędy w pracy z dziennikarzami. Nie pojmowałem ich roli. Nie lubiano mnie. Jak mi chciano dokuczyć, mówiono, że byłem pierwowzorem postaci granej przez Jerzego Stuhra w "Wodzireju".

Zaraz po mundialu w "Piłce Nożnej" ukazał się wywiad z ważną osobą, która tak oceniła występ Pańskiej drużyny: "za dużo banku informacji, za dużo psychologii, w 1974 roku graliśmy ofensywnie, teraz obrońcy rzadko włączali się do ataku, władze stworzyły warunki, o jakich inni mogli tylko marzyć, a efekty są znacznie mniejsze od tych, które były możliwe do osiągnięcia". Wie Pan, kto to powiedział?

Nie

Kazimierz Górski. Nie dziwi to Pana?

Zdziwiłbym się, gdyby Kazio tak nie powiedział. Od czasu do czasu każdy z nas wrzuca kamyczek do ogródka drugiego. Za dużo banku informacji, za dużo psychologii - no cóż, Kazio, nasz kochany pomnik, nie musiał się nigdy interesować tymi sprawami. Co nie znaczy wcale, że był pozbawiony piłkarskiego instynktu. Ja się demokracji nauczyłem późno, ale dobrze. 20 lat spędzonych w Grecji uświadomiło mi, że trzeba szanować cudze poglądy i nie reagować na nie tak gwałtownie, jak reagowałem kiedyś. Więc teraz nie zareaguję.

Jacek Gmoch

ur. 13 stycznia 1939 r. w Pruszkowie. Piłkarz i trener. Absolwent (1967), a potem asystent na Politechnice Warszawskiej. Reprezentację prowadził między sierpniem 1976 r. a wrześniem 1978 r. Na mundialu w Argentynie wywalczył 5. miejsce. W latach 1971-74 był asystentem selekcjonera Kazimierza Górskiego. Napastnik, potem pomocnik i stoper. Pseudonim boiskowy "Szczęka". Zawodnik Znicza Pruszków i Legii (1959-68). Reprezentant Polski (wg różnych źródeł 31- lub 29-krotny). Jego karierę piłkarską przerwało złamanie nogi podczas meczu kadry z zespołem wybranym przez czytelników "Expressu Wieczornego" (17 sierpnia 1968 r.). Za granicą prowadził Skeid Oslo, drużyny greckie: Yaninnę, Apollon, Larisę (mistrzostwo), Panathinaikos (mistrzostwo, Puchar Grecji i półfinał Pucharu Mistrzów), Olimpiakos, Aris i Ethnikos oraz cypryjski APOEL Nikozja. Wydał "Alchemię futbolu" (1978)i "Moje 6 lat w Grecji" (1985). Mieszka w Grecji i w Polsce. Jest polskim attache na olimpiadę Ateny 2004

JAN TOMASZEWSKI

Bramkarz. Rocznik 1948. Zwany „Tomkiem”. W reprezentacji rozegrał 65 spotkań. „Będę pluł krwią, a do kadry wrócę” - mówił po rozegranym w 1971 r. na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie meczu z RFN, w eliminacjach mistrzostw Europy (1:3), gdy uznano go za winnego porażki. Górski uważa, że tamto spotkanie zawalił Gorgoń, który nie upilnował strzelca dwóch bramek - Gerda Muellera. „Tomaszewski to był typ nerwowy, stale podminowany - powiada Górski. - Ale może tak być musi: jest przecież takie powiedzenie, że każdy bramkarz i skrzydłowy ma szajbę”. „ »Tomek « miał świetne warunki fizyczne i był tytanem pracy - mówi Gmoch. - Nadawał się idealnie na drużyny angielskie. Wyłapywał każde dośrodkowanie”.

KAZIMIERZ DEYNA

Środkowy pomocnik. Urodził się w roku 1947 r., zginął 1 września 1989 r. w wypadku samochodowym w USA. Pseudonim „Kaka”. W reprezentacji rozegrał 102 spotkania, strzelił 45 goli. Uznawany za najlepszego zawodnika w historii polskiego futbolu. Kapitan reprezentacji na igrzyskach w 1972 (był tu królem strzelców, z 9 golami na koncie) i 1976 r. oraz na MŚ w 1974 i 1978 r. Po MŚ w 1974 r. trzeci piłkarz świata - za Holendrem Johanem Cruyffem i Niemcem Franzem Beckenbauerem. „ »Kaka « nie lubił gry kontaktowej - wspomina Gmoch. - On jednak przewidywał wydarzenia na boisku. Oczka tu, oczka tam, i już miał piłeczkę bez walki, już była akcja. Miewał po 10 takich przechwytów w meczu”. Z Legią Warszawa Deyna nie tylko dwukrotnie sięgał po mistrzostwo kraju, ale też awansował do półfinału Pucharu Europy. Po mundialu w Argentynie wyjechał do angielskiego Manchesteru City. Nie był to szczęśliwy wybór. Lepiej czuł się, występując w USA, także w rozgrywkach halowych.

WŁADYSŁAW ŻMUDA

Stoper. Rocznik 1954. W reprezentacji Polski rozegrał 91 spotkań, strzelił 1 gola. „Nazywaliśmy go »Ściana « - mówi Gmoch. - Jeden z najlepszych obrońców do krycia indywidualnego. Nie reagował na żadne kiwki. Czyścił idealnie. Jak wsadził swoją długą nogę, to był koniec akcji rywala”. Za granicą zawodnik włoskich klubów: Hellas Verona i Cremonese, oraz Cosmosu Nowy Jork. Grał na czterech mistrzostwach świata (1974-78-82-86), w sumie aż 21 razy. Teraz pojedzie na piąty mundial - do Korei i Japonii - jako asystent trenera Jerzego Engela.

GRZEGORZ LATO

Prawoskrzydłowy. Rocznik 1950. W reprezentacji rozegrał 104 spotkania (rekord), strzelił 45 goli. Pseudonim "Bolek". Na igrzyskach w 1972 r. był rezerwowym. O tym, że grał w 1973 r. w eliminacjach mistrzostw świata, zadecydował mecz towarzyski w Burgas z Bułgarią (2:0). Strzelił w nim obie bramki. W Polsce był wierny nieistniejącej już mieleckiej Stali. W Mielcu mieszka także dzisiaj. Dwukrotny król strzelców polskiej ligi. Występował także w belgijskim Lokeren, a pod koniec kariery grał w Meksyku. Obecnie senator z ramienia SLD.

ARGENTYNA 1978

Po odejściu Górskiego trenerem kadry został Jacek Gmoch. Były asystent selekcjonera wprowadził nowy styl pracy oparty na naukowych metodach. Sympatię kibiców zyskał, przywróciwszy do składu Lubańskiego. W eliminacjach Polacy wygrali po dwa mecze z Cyprem i z Danią, i jeden z Portugalią. Remis z Portugalczykami z Chorzowie dał nam awans do Argentyny. Gmoch jechał na mistrzostwa z silnym poparciem władz. Zawodnicy podczas spotkań prezentowali przyczepione do rękawów koszulek logo Centrum Zdrowia Dziecka. Zespół z 1978 r. miał być silniejszy od tego z 1974 r. Medaliści z Monachium byli teraz bardziej doświadczeni, poza tym miała ich wesprzeć zdolna młodzież, czyli Zbigniew Boniek, Adam Nawałka i Andrzej Iwan. Gmochowi zabrakło tylko skrzydłowego Stanisława Terleckiego, który doznał kontuzji tuż przed mundialem. Skończyło się jednak na piątym miejscu, ocenianym wtedy jako porażka. Gmoch często zmieniał skład (Lubański i Tomaszewski wylądowali na ławce). Atmosfera w zespole nie była najlepsza - Boniek kłócił się z Deyną o przywództwo ("Ja tym konfliktem troszeczkę sterowałem. Chciałem ich pobudzić, żeby była konkurencja" - mówi dziś Gmoch). Spierano się także o premie.

MECZE POLAKÓW

POLSKA - RFN 0:0

POLSKA - TUNEZJA 1:0 (1:0). Bramka: Lato (43.)

POLSKA - MEKSYK 3:1 (1:0).

Bramki: Boniek (43., 56.), Deyna (84.), Rangel (52.)

Druga runda

POLSKA - ARGENTYNA 0:2 (0:1).

Bramki: Kempes (16., 71.)

POLSKA - PERU 1:0 (0:0). Bramka: Szarmach (65.)

POLSKA - BRAZYLIA 1:3 (1:1).

Bramki: Lato (45.), Nelinho (13.), Roberto (57., 63.)

WŁODZIMIERZ LUBAŃSKI

Środkowy napastnik. Rocznik 1947. W reprezentacji rozegrał 80 spotkań, strzelił 50 goli. Wielki piłkarz i wielki pechowiec. Kontuzjowany w 1973 r., nie zagrał rok później na mundialu w RFN. Do kadry wrócił w październiku 1976 r., na mecz z Cyprem na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie. "Jak on to przeżywał - wspomina Gmoch. - Dałem mu polopirynę, mówiąc, że to na uspokojenie. Pamiętam dośrodkowanie z prawej strony. Włodek robi szczupaka. Mocno trze głową po murawie. Po przerwie wychodzimy z tunelu na słońce. O rany - krzyczy Włodek. - Nic nie pamiętam, jaki jest wynik?". Po jego dwóch bramkach wygraliśmy mecz eliminacyjny z Danią w Kopenhadze 2:1. Na mundialu w Argentynie grał jednak niewiele. Gmoch wolał wystawiać młodszego Bońka.

Najnowsze informacje