Piłka nożna. Tam, gdzie telewizory zasłaniają stadiony

Reklama Manchesteru United w Kuala Lumpur

Reklama Manchesteru United w Kuala Lumpur (Fot. ZAINAL ABD HALIM REUTERS)

Rozmnożyli się do blisko 49 milionów mieszkańców; stosunkowo niedawno organizowali mundial; fani podczas tamtych mistrzostw kompletnie zbzikowali, a piłkarze (przy wydatnej pomocy sędziów) wywołali sensację nie z tej ziemi; rozgrywki ligowe toczą się w znaczącej części w przyjemnej letniej ciepłocie; kluby kwitną finansowo i we cztery wdarły się do ćwierćfinału azjatyckiej Champions League. Znalazłoby się mnóstwo powodów, by południowi Koreańczycy wdzierali się na stadiony razem z bramami i dopingowali z pasją. A przede wszystkim - schodzili się gromadnie.
Sport.pl na Facebooku! Sprawdź nas »

Niestety, ostatnio raczej z trybun się wynoszą. Dwa lata wstecz z bliska ligowy mecz oglądało średnio 12,9 tys. ludzi. W przedostatnim sezonie - 11,5 tys. W ostatnim - 10,9 tys. W krzyczącej pustce kopią przede wszystkim piłkarze z ludniejszego od Łodzi miasta Seognam, którzy w listopadzie triumfowali w Lidze Mistrzów. Najmocniejszą drużynę na kontynencie oklaskuje 4 tys. widzów! To frekwencja na poziomie Polonii Bytom. W czołowej setce najtłumniej odwiedzanych stadionów w Europie znajdziemy wyłącznie takie, na które przychodzi co najmniej 20 tys. ludzi. A to nie u nas gniecie się niemal jedna trzecia ludności świata.

Koreańczycy próbują negatywny trend odwrócić lub co najmniej zahamować, w Seulu kuszą np. promocyjnymi cenami biletów zamieszkujących metropolię cudzoziemców. Ale konkurencji z angielską Premier League nie wytrzymują. I fani lokalni, i fani importowani fascynują się Chelsea, Manchesterem United albo Arsenalem - nawet jeśli dla transmisji muszą zarwać noc.

Chińczycy reagują jak Koreańczycy, tylko bardziej. Też futbolowo powariowali, też lokują kibicowskie uczucia w klubach europejskich, też piłkarzami z sąsiedztwa gardzą. Drużyny z miast większych od Madrytu przyciągają tam po kilkuset widzów, a nazwisk ich gwiazd nikt nie zna, weekend z Premier League przyciąga dziesiątki milionów telewidzów, a nazwiska także jej poślednich graczy znają wszyscy. Zahipnotyzować pozwala się Chińczyk nawet czerwieni koszulek Energie Cottbus, o ile rzecz jasna w Cottbus akurat podpisze kontrakt ich rodak, reprezentacyjny napastnik Shao Jiayi.

Brzydszą twarz futbolowej globalizacji widać w niemal całej Azji, na Bliskim Wschodzie, w zachodniej cywilizacji dostrzegającym głównie rysy diabła, też łatwiej wyłowić z ulicznej ciżby godło Liverpoolu albo Barcelony niż lokalnego klubiku. Dynamicznie przybywa fanów widzących w piłce nożnej nadawany, jak nakazują najlepsze amerykańskie wzorce, sezon po sezonie serial z życia wyższych sfer, które zwykłym śmiertelnikom pozostaną niedostępne, ale telewizor - coraz większy telewizor - podarowuje złudzenie, że można ich przynajmniej dotknąć. Kiedy wiosną minionego roku wypytywałem mieszkańców Kapsztadu, jakiej drużynie sprzyjają, żaden - uwaga, podaję precyzyjne dane: żaden - nie wskazał drużyny z RPA. Tam też dreszcze wywołuje tylko Premier League.

Ameryka Południowa przez globalizację traci bezpośredni kontakt z wybitnymi piłkarzami, którzy uciekają tym prędzej, im piękniej grają i zjawisko się nasila od dekad - Pele nie wyjechał do Europy nigdy, Maradona jako 22-latek, a Messi jako 13-latek. Ale tam przynajmniej legendy klubów nie upadają. Powstały (najsłynniejsze zakładali nierzadko brytyjscy żeglarze) w futbolowej starożytności, więc zdążyły wrosnąć w lokalną tożsamość, dzieci przywiązanie do barw dziedziczą po rodzicach i dziadkach.

Uczestnicy ligi koreańskiej istnieją przeważnie od lat 80. lub 90. - najstarszy (Pohang Steelers) urodził się w roku 1973, najmłodszy (Gwangju) to zaledwie kilkumiesięczny niemowlak. Popyt na oferowane widowiska usiłują wzbudzić w pokoleniu, dla którego coraz znaczniejszą część rzeczywistości stanowi rzeczywistość wirtualna. Przeżywać przez ekran nie znaczy przeżywać mniej naturalnie albo mniej intensywnie. Zwłaszcza w jednym z najbardziej rozinternetyzowanych państw świata.

Chińscy pierwszoligowcy są tylko trochę starsi od koreańskich, ale nawet imponująco utytułowany, z miasta Dalian, z przyczyn finansowych musiał u schyłku minionego stulecia zmienić nazwę. Wyobrażacie sobie, że pewien turyński klub zamienia słowo "Juventus" na inne? Albo pewien łódzki rezygnuje dla sponsora z "Widzewa"?

Chińskie stadiony dewastują afery korupcyjne o skali niepojętej nawet dla nas, wychowanych na micie "Fryzjera", ale w Birmie, Malezji czy Tajlandii biznes też rozkręcić potwornie trudno, pomimo wszechogarniającego wymienione kraje futbolowego maniactwa, skoro potencjalne przychody ze sprzedaży garderoby i innych bibelotów z klubowymi herbami przejmują modniejsze korporacje brytyjskie. Tę kliszę znamy zresztą doskonale, od lat słyszymy o osiedlowych sklepikach padających na wojnie z handlowymi hangarami należącymi do ogólnoplanetarnych sieci. Słyszymy też o małych, ruchliwych rączkach chińskich dziewczynek szyjących koszulki. Dziewczynek mających, jak powszechnie wiadomo, tę bezcenną zaletę, że zarabiają mniej niż zero, pomieszkują w fabryce i chętnie dzielą pryczę z koleżanką - bo przecież kiedy jedna śpi, to druga pracuje. No i mieszczą się w klitkach nieco tylko większych niż szafka w piłkarskiej szatni.

Neokolonializm ultranowoczesny, bo zdalny? Nie całkiem. Azjata zostaje wynagrodzony każdego lata, kiedy nadlatują odrzutowce i ekranowe bożyszcza zniebazstępują. Odłączamy się od kabli, czas na doświadczenie prawdziwie mistyczne, pooddychamy tym samym powietrzem co Leo Messi, bo Barcelonę związaliśmy kontraktem, więc Leo Messiego wypuścić na nasze murawy musi. Wtedy nawet trybuny koreańskie pod gawiedzią się uginają. Nawiasem mówiąc, azjatycką odświętność takich chwil odczuliśmy podczas minionych wakacji i my, gdy szefowie Legii odwołali ligową inaugurację, byle nowy stadion przy Łazienkowskiej zechciał wspólnym sparingiem pobłogosławić Arsenal.

Tak, miejscami azjatyzuje się również futbolowa Europa, którą zagarnia dla siebie wąziutka elita megakorporacji. Utytułowanych krajowo piłkarzy z klubów dublińskich dopinguje niekiedy zaledwie kilkaset osób, ale kilkanaście tysięcy Irlandczyków wyjeżdża co weekend podziwiać ligowców angielskich. A gdyby w ćwierćfinale Champions League los skojarzył ze sobą Barcelonę z Realem Madryt, gdyby w kwietniu na dystansie dwóch tygodni misterium zwane monumentalnie El Clásico zostało odprawione czterokrotnie (także w Primera Division i Copa del Rey), pod względem marketingowym hiszpańscy giganci na długo przysłoniliby resztę kontynentu.

Alterglobaliści oczywiście musieli się pojawić. Na dole buntują się kibice, podpisujący się pod ruchem Against Modern Football, na górze rewolucyjne nastroje usiłuje wcielić w czyn Michel Platini, który chciał uderzyć w interesy korporacji zmianami w Lidze Mistrzów. Szef UEFA przygotowuje jednak zarazem finansowe fair play - jeśli zdoła je wprowadzić, kluby zostaną odcięte od datków bogatych właścicieli lub sponsorów i będą mogły wydawać tylko tyle, ile zarobią na bieżącej działalności. Dlatego zyski z, przepraszam za słowo, merchandisingu oraz praw telewizyjnych staną się jeszcze ważniejsze. Barcelony i Manchestery zaczną latać na Daleki Wschód jeszcze częściej? Przybędzie w Europie meczów rozgrywanych w południe lub wczesne popołudnie, by Azjaci nie musieli ślęczeć przed telewizorami do świtu? Borussia Dortmund wzleci finansowo nie tyle dzięki talentowi Shinjiego Kagawy, ile jego japońskiemu pochodzeniu?

Pewne jest jedynie, że w ojczyźnie będzie Kagawa bóstwem. Dla sporej rzeszy Chińczyków półświętym został swego czasu niejaki Zhang Enhua. Uzdolniony średnio, lecz kanonizowany przez Grimsby Town. Prowincjonalny angielski drugoligowiec go wypożyczył. Na trzy miesiące.

Premier Ukrainy o groźbach FIFA i UEFA: » Nie straszcie nas


Zobacz także
  • Piłka nożna Mecz w Paragwaju przerwany przez kiboli
  • Kuriozalny sparing Legii. Cztery nieuznane gole

Sport.pl na wideo

Najnowsze informacje