Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Mistrzostwa świata 2014. Hiszpanie czerwoni ze wstydu

W meczu ostatniej szansy - z Chile - macie ruszyć do ataku, bo nie zostało już nic do obrony! - grzmi prasa w Hiszpanii. 18 czerwca w Sao Paulo mistrzowie świata rzucą na szalę marne resztki autorytetu, jaki im pozostał po klęsce zadanej przez Arjena Robbena i Robina van Persiego.
Najbogatszy w terminy piłkarskie język hiszpański nie podołał opisowi tego, co stało się z obrońcami tytułu mistrzów świata. Katastrofa, klęska, poniżenie, wstyd - te słowa przewijały się przez media po rozniesieniu Hiszpanów w proch przez grających z polotem i entuzjazmem Holendrów w Salvadorze. Niedoceniony w Realu Madryt Arjen Robben (został sprzedany latem 2009 roku, gdy do klubu wrócił Florentino Pérez) z Robinem van Persiem stworzyli minipluton egzekucyjny dla graczy, którzy trwają na futbolowym olimpie przez sześć lat.

Każda seria ma kres, szczególnie tak imponująca jak Hiszpanów. W historii futbolu nie było mądrego, który wyczułby moment, gdy wielkość staje się wstępem schyłku. Vicente del Bosque miał prawo ufać ślepo Xaviemu Hernadezowi, Andresowi Inieście, Ikerowi Casillasowi. Bez nich bezprecedensowa seria "La Roja" w reprezentacyjnej piłce nigdy by się nie wydarzyła.

Oczywiście Hiszpanie dostrzegli symptomy starzenia się i wypalenia. Nikt jednak nie nawoływał do rewolucji w drużynie, bo to brzmiałoby jak świętokradztwo. - O naszym stylu gry dyskusji nie ma. Jesteśmy gotowi umrzeć za niego na boisku - mówił Xavi. Nie przypuszczał tylko, że "śmierć" nastąpi już na inaugurację kampanii w obronie tytułu. Na razie jest to śmierć kliniczna, pacjent wciąż żyje.

Fani "La Roja" czuli, że Xavi z Iniestą nie tworzą już pary, która myślała i wprawiała piłkę w ruch szybciej, niż rywal zdążył pojąć, o co chodzi. Tiki-taka stawała się wolniejsza, bardziej przewidywalna, lepiej poznana. Przeciwnicy uczyli się gry "La Roja", tak jak po latach dominacji Barcelony rozszyfrowali jej mocne strony. To przecież nieunikniona kolej rzeczy w futbolu na najwyższym poziomie.

Ale Hiszpanie wierzyli, że choć piłka między małymi pomocnikami krąży wolniej, atutem zespołu pozostaje żelazna defensywa. Sergio Ramos wyglądał przed mundialem na gracza w szczycie formy. To on stał się symbolem spełnienia wielkiego snu o "La Décima" Realu Madryt. Gerard Piqué dźwiga na swoich barkach obronę Barcelony. Xabi Alonso i Sergio Busquets to para defensywnych pomocników, o jakiej marzą wszyscy trenerzy. Kreatywni, ale też odpowiedzialni, twardzi, a gdy sytuacja tego wymaga, nawet wredni i brutalni. A przecież za plecami tej czwórki jest jeszcze "święty Iker", którego namagnesowane ręce zdają się zaklinać piłkę.

Wszystkie te argumenty mistrzów Holendrzy rozbili w 40 minut. To, co wyprawiał delikatny jak szklanka Robben z młodszym od siebie Piqué, wołało o pomstę do nieba. Casillas musiał przepraszać kibiców za swoje kiksy, a jeszcze niedawno twardo mówił, że ta drużyna zapracowała na taki kredyt, że nikt nie powinien mieć jej za złe nawet porażki w Brazylii.

To, co się stało na inaugurację, trudno w ogóle nazwać porażką. Porażka spotkała Hiszpanów na starcie mundialu w RPA ze Szwajcarią. Tym razem obrońcy trofeum zostali starci z powierzchni ziemi. Po pierwszym szoku prasa w Hiszpanii nawołuje, by w meczu ostatniej szansy z Chile ruszyć do ataku, bo nie zostało już nic do obrony.

Vicente del Bosque przypomina, że sportowcy się nie poddają. W przypadku Hiszpanów brzmi to jak motto napisane na pocztówce znad krawędzi. Być może już 18 czerwca, czyli za trzy dni, poznamy największych przegranych brazylijskiego mundialu. Hiszpanie zagrają z Chile w obronie swojej dumy. A jak wiadomo, takie mecze zawsze są wyjątkowe. Może wyjść z tego koncert "La Roja", a może spod ręki dyrygenta i jego sławnej orkiestry znów popłynie fałsz i kakofonia jak w meczu z Holandią. Wobec brzydkiej gry zespołu Luiza Felipe Scolariego Hiszpania miała bronić w Brazylii jogo bonito. Nie czas jednak na patos i poezję, gdy trzeba bić się o coś tak prozaicznego jak przetrwanie. Remis z Chile może wyrzucić obrońcę tytułu z mistrzostw po zaledwie dwóch meczach! Takiej katastrofy nikt w Hiszpanii nawet nie brał pod uwagę.

Jeśli ktoś oczekuje, że del Bosque dokona teraz rewolucji w składzie, to nie zna 63-letniego trenera. Po przeprosinach Casillasa za jego grę z Holendrami, Sergio Ramos jakby w kontrze stwierdził, że po takim meczu nie ma nawet sensu szukać winowajców. To byłoby nieludzkie wobec "świętego Ikera" i innych graczy tworzących najlepsze pokolenie w dziejach hiszpańskiej piłki. "La Roja" nie chce spaść ze szczytu, nie chce umierać, ale jeszcze mocniej boi się zakwestionować tych, którzy ten szczyt dla niej zdobyli.

1:7 z Włochami na igrzyskach w 1928 r. i 1:6 z Brazylią na mundialu w 1950 r. - to były dotąd dwie największe klęski Hiszpanii na turniejach mistrzowskich. Holendrzy Louisa van Gaala dopisali do niej trzecią. Tego van Gaala, którego przepędzono na cztery wiatry z Barcelony, mimo iż wprowadził do pierwszego zespołu Xaviego i Iniestę. "Pomarańczowi" mają jednak swoje zmartwienia, im nigdy nie udało się utrzymać formy i entuzjazmu przez cały turniej. Jedyny, który wygrali, Euro 1988, zaczęli od porażki z ZSRR.

Nawet gdy mecz z Chile drużynie del Bosque uda się wygrać, do przedwczesnego finału z Brazylią dojdzie już zapewne na starcie fazy pucharowej. Tak czy owak, dla obrońców tytułu zaczęła się szkoła przetrwania. W tak krytycznej sytuacji ten zespół nie był jeszcze nigdy. Bo też dopiero po raz pierwszy w historii mundiali drużyna mająca prawo nosić mistrzowską gwiazdkę na sercu przegrała aż tak wysoko. W dodatku w chwili, gdy "La Roja" od sześciu lat nie jest już chłopcem do bicia, ale punktem odniesienia.

Na całym mundialu w RPA Hiszpanie stracili dwie bramki. Na Euro 2012 - jedną, na Euro 2008 - trzy. A więc ich bramkarz wyjmował piłkę z siatki zaledwie sześć razy w 19 spotkaniach mistrzowskich turniejów! Nic dziwnego, że po "manicie" z Holandią Casillas i inni wyglądali, jakby wehikuł czasu przeniósł ich do innej epoki.

"Manita" (piątka) to wynik w Hiszpanii symboliczny, wyraża się ją podniesioną dłonią z rozchylonymi palcami. Piąty stracony gol odróżnia porażkę od klęski.

Więcej o: