Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Misja Brazylia. Pentacampeoes, czyli Rodzina Scolariego: 12 lat minęło

Rivaldo buduje dynastię, Ronaldinho nadal gra, Edmilson komentuje. Ronaldo został biznesmenem, Roberto Carlos trenerem, Gilberto Silva związkowcem, a Cafu dobroczyńcą. Z pokolenia 2002, ostatnich brazylijskich mistrzów świata, pogubił się na dobre tylko Edilson. Ale koledzy pewnie zadbają, żeby mundialu nie oglądał w więzieniu.
Tu są Twoje bilety na mundial! Weź udział w konkursie i pojedź na Misję Brazylia! »

Wyjazd dziennikarzy do Brazylii możliwy dzięki Visa

Klub Mogi Mirim EC jeszcze nie nazywa się Mogi Mirim Ferreira, ale kto wie. Jeśli Rivaldo porządzi tutaj jeszcze trochę, i to może się zmienić. Prezesem klubu Rivaldo jest od pięciu lat i niedawno został wybrany przez aklamację na kolejne trzy. Wiceprezesem mianował Elizę Kaminski Ferreirę, swoją drugą żonę. Doradcą zarządu zrobił Daniela Ferreirę, bardziej znanego jako Rivaldinho. Czyli swojego 19-letniego syna z pierwszego małżeństwa, najstarszego z pięciorga dzieci.

Rivaldinho nie jest tylko doradcą, jest też piłkarzem Mogi Mirim. Próbował robić karierę w młodzieżowych drużynach Corinthians Sao Paulo - Mogi Mirim jest o dwie godziny jazdy na Północ od Sao Paulo - ale szybko wrócił. Dzięki temu syn i ojciec mogli dwa miesiące temu zagrać razem w Mogi Mirim. 41-letni Rivaldo wszedł jako rezerwowy, po meczu ogłosił, że wreszcie spełnił marzenie i teraz może kończyć karierę. Czyli przestać być grającym prezesem i skupić się tylko na prezesowaniu. Jest co robić. Klub jest w trzeciej lidze, na utrzymanie go potrzeba podczas sezonu jakieś 600 tys. reali miesięcznie (czyli ponad 700 tys. zł), a nikt nie chce pomóc. Rivaldo pozostaje jedynym inwestorem. Do tego chyba nie wszyscy w klubie ciągną wózek w jedną stronę, Rivaldo ciągle grozi, że z Mogi Mirim odejdzie, jeśli nie dostanie wsparcia. Więc jak najwięcej klubowych spraw postanowił zostawić w rodzinie.

W imię ojca, syna i dziadka

Wspomniany wspólny mecz w barwach Mogi Mirim ojciec i syn rozgrywali na stadionie imienia dziadka, Romildo Ferreiry. Gdy Rivaldo, czyli Rivaldo Vitor Borba Ferreira, obejmował rządy w Mogi Mirim, stadion był jeszcze imienia Jana Pawła II. Ale jako właściciel poprosił o zmianę. Ojciec był najważniejszą osobą w jego życiu. A przedwczesna śmierć ojca - kolejnym dowodem, że cały świat sprzysiągł się przeciw Rivaldo. Romildo Ferreira pracował w prefekturze w Recife, zginął potrącony przez autobus, gdy syn miał 16 lat.

Dzieciństwo w Recife, nawet gdy jeszcze żył ojciec, mijało w nędzy. Futbol długo nie wydawał się żadnym ratunkiem, bo wychudzonego Rivaldo, z krzywymi nogami, tracącego zęby z niedożywienia, nie chcieli w żadnym klubie. Dopiero wyjazd na Południe był odmianą losu, jak dla wielu innych Nordestinos, mieszkańców zapóźnionej północno-wschodniej Brazylii. Rivaldo trafił właśnie do Mogi Mirim. Miał 20 lat, musiał znosić kpiny ze swojego akcentu i dziwnych zwyczajów. Ale przynajmniej wreszcie złapał windę do kariery: Corinthians, Palmeiras, przenosiny do Europy. Po pięciu latach od wyjazdu z Recife był już w Barcelonie, po siedmiu był zdobywcą Złotej Piłki i piłkarzem roku FIFA, po dziesięciu - mistrzem świata. Zanim wrócił na stałe do Brazylii, grał jeszcze we Włoszech, w Grecji, za ciężkie pieniądze w Uzbekistanie, a nawet w Angoli. Ponad rok temu już na dobre osiadł pod Sao Paulo. A miesiąc temu zakończył karierę. Niedługo przed 42. urodzinami.

Ja tego reklamował nie będę

Pozostał wielkim odludkiem brazylijskiego futbolu. Zawsze to przypominał: ja nie jestem brazylijski, mnie nie zobaczysz jak baluję w środku nocy, uganiam się za dziewczynami, spóźniam się z urlopów w Brazylii. Plaża tak, ale z rodziną. A to było jeszcze przed nawróceniem (za sprawą drugiej żony, którą poznał w 2004 roku w Kurytybie - to najbardziej polskie miasto w Brazylii, więc nazwisko Kaminski nie dziwi - Rivaldo został ewangelikiem). On po prostu zawsze był przekonany, że musi wszystko poświęcić pracy, bo nikt nie ma w życiu tak pod górę jak on. Jest Nordestino, takim jak on nikt nigdy nie dał nic za darmo. Gdyby się urodził w Sao Paulo albo Rio - mówił - ludzie by go bardziej doceniali. I tak dalej. Rivaldo zawsze marudził, uciekał od wywiadów, nienawidził samochwalstwa, nawet niektóre propozycje reklam go obrażały. Niech sobie Ronaldo czy Cafu reklamują piwo, Rivaldo ich nie potępia, ale sam tego nie będzie robił, bo nie wypada. Do niego by się zaraz ktoś o to przyczepił, jak zwykle.

Ta nieufność rodziła inną nieufność. Brazylijczycy patrzą na swoje gwiazdy z lig europejskich z podziwem, ale i pewną rezerwą. To są jednak estrangeiros, obcokrajowcy, posmakowali innego życia i trochę im się w głowach musiało przewrócić. Jeśli reprezentacja rozczarowuje, to wiadomo: zagranicznym się nie chce pocić w koszulce kadry. Rivaldo długo bywał kozłem ofiarnym. Do dziś wielu zapomina, że gdy Brazylia zdobywała mistrzostwo świata w 2002, Rivaldo był dla niej równie ważny jak Ronaldo. A nawet chwilami ważniejszy. Nie lubili się z Ronaldo, to żadna tajemnica. Dziś, gdy Ronaldo, jak to już opisywaliśmy, robi karierę w biznesie i wyrasta na jedną z głównych postaci przygotowań do mundialu, Rivaldo pozostaje wobec turnieju krytyczny. Ronaldo brał propozycje jak leci, Rivaldo grymasił.

Rodzina na ekranie

Tym bardziej można dziś docenić to, co 12 lat temu zrobił Luiz Felipe Scolari. Pokolenie 2002, pentacampeoes, czyli ci, którzy dali Brazylii piąty i ostatni jak dotąd tytuł mistrza świata, byli nazywani Rodziną Scolariego. Trener zbudował kadrę na mundial w Korei i Japonii tak mądrze, że swoje miejsce znalazł tam każdy: i odludek Rivaldo, i grupa baletowa, i piłkarze Jezusa, czyli Kaka, Lucio, Edmilson. Mało tego, niemal każdy z tych 23 z Rodziny Scolariego dobrze sobie ułożył życie po karierze.

Wielu z nich będzie można zobaczyć podczas turnieju w telewizyjnych studiach. Defensywny pomocnik Gilberto Silva, piłkarz związkowiec (o tym, co teraz robi przeczytacie tutaj) będzie komentował mundial w ESPN u boku Michaela Ballacka i Ruuda van Nistelrooya. Ronaldo i Roberto Carlos, trener tureckiego Sivassporu - i jak zapowiada, może kiedyś trener kadry - będą na gościnnych występach jako eksperci. Juliano Belletti jest etatowym komentatorem w SporTV, kanale telewizji Globo, wydawał też magazyn "Soccer", dwumiesięcznik o piłce dla czytelnika z wyższych klas. Edmilson jest współprowadzącym w programie "Arena SBT" i ekspertem w piłkarskim reality show o poszukiwaniu talentów, Menino de Ouro. A Denilson, jeden z najbardziej przypadkowych transferowych rekordzistów świata, pierwszy rezerwowy w Korei i Japonii, siedzi w studiu TV Bandeirantes, dobre 10 kilogramów cięższy niż kiedyś. Jest też prezenterem radia Band. Edmilson, od dawna zaangażowany w działalność charytatywną, patrzy na brazylijską rzeczywistość dość krytycznie. Denilson raczej bierze ją z rozpędu.

Będzie też podczas turnieju pełno Cafu, rekordzisty w liczbie meczów rozegranych w brazylijskiej kadrze (drugi na tej liście jest wahadłowiec z przeciwnej strony boiska, Roberto Carlos) i jedyny piłkarz, który zagrał w trzech finałach mundiali. Cafu to dziś przede wszystkim filantrop, prowadzący od 10 lat Fundację Cafu, objeżdżający Brazylię jako ambasador charytatywnych projektów. Wtedy, w 2002, Cafu wypisał sobie na koszulce "100 procent Jardim Irene". To nazwa faweli w Sao Paulo, w której się wychował. Dziś walczy o to, żeby kolejne pokolenia młodych piłkarzy - ale nie tylko piłkarzy - z faweli miały łatwiej niż on.

Obserwator Roque Junior

Mocno zaangażowany w działalność charytatywną i w fundację swojego imienia jest też Edmilson. A niedawno, po dwóch lata studiów z zarządzania futbolem, Edmilson dołączył też do tej frakcji pentacampeoes, która buduje klubowy futbol w Sao Paulo i okolicach. Od pół roku jest wiceprezesem klubu Gremio Barueri. Klubowymi działaczami są oprócz niego i Rivaldo jeszcze Juninho i Vampeta. Juninho (grał w finale 2002 jako rezerwowy) to jeden z bohaterów ostatnich tygodni. Ituano, klub którego jest właścicielem, zdobył mistrzostwo stanu po finałowych meczach z Santosem. A gdy w 2009 Juninho wracał tam jako grający prezes, po latach bałaganu zastał klub, który miał tylko stadion i trzech zarejestrowanych piłkarzy.

Vampeta, kiedyś sprzedany do PSV razem z Ronaldo, ale nigdy tak zdolny, nie jest właścicielem, a prezesem - klubu Audax, który wypączkował z akademii piłkarskiej o tej samej nazwie. Uczniem Audaxu jest m.in. Paulinho, dziś gwiazda kadry, pomocnik Tottenhamu, a kiedyś prawy obrońca w ŁKS-ie.

Roque Junior, wtedy jeden z aż trzech środkowych obrońców wystawianych przez Scolariego obok Edmilsona i Lucio, też jest działaczem, dyrektorem sportowym w Parana Clube, ale na mundial ma ważniejszą misję. Scolari, którego był ulubieńcem, prawą ręką, i z którym przegadali godziny o taktyce, wziął go do sztabu kadry na obserwatora rywali Brazylii. Roque Junior, były piłkarz m.in. Milanu i Bayeru Leverkusen, skończył we Włoszech kurs trenerski. Może się kiedyś będzie ścigał o posadę w kadrze z Roberto Carlosem. Trenerem został też Ricardinho, ale bez sukcesów. A ostatnio i bez pracy.

Lucio: nie było mnie na Atari

Z tych, którzy zagrali w finale, najspokojniejsze życie wybrał bramkarz Marcos. Czyli Święty Marcos, idol kibiców Palmeiras. Choć karierę skończył w 2011 roku, nadal jest najbardziej rozpoznawalnym bramkarzem w Brazylii, bardziej nawet niż broniący obecnie w kadrze Julio Cesar. Bardziej niż rezerwowy z tamtego turnieju Dida, który nadal gra, teraz w Internacionalu Porto Alegre. I bardziej niż drugi rezerwowy Rogerio Ceni, czyli bohater FC Sao Paulo, bramkarz, który strzelił w całej karierze 112 bramek (więcej niż Jose Luis Chilavert i Rene Higuita razem wzięci) rozegrał w FC Sao Paulo więcej meczów niż Pele w Santosie, i to większość z opaską kapitana. Rogerio Ceni ciągle gra, karierę ma zakończyć w grudniu. Ale Marcos to Marcos. Jest teraz ambasadorem Palmeiras: uświetnia, otwiera, zdobywa nowych kibiców.

Aż trzech piłkarzy z finałowego meczu z Niemcami jeszcze nie skończyło kariery: Ronaldinho, Lucio i Kleberson (a oprócz nich z mundialowej kadry jeszcze wspomniani Dida, Rogerio Ceni, Ze Roberto, Kaka w Milanie, klubu szuka Anderson Polga, nie poddaje się też Gilberto Silva). Kleberson, który może na Old Trafford kiepsko się kojarzy, ale jednak zagrał w dwóch mundialach, a w finale 2002 nawet wypracował gola, teraz jest w północnoamerykańskiej NASL, w zespole Indy Eleven. Lucio wrócił z Europy do FC Sao Paulo, ale tu się skłócił z trenerem i działaczami, został odsunięty od drużyny i w tym roku przeszedł do Palmeiras. Gra teraz w mistrzostwach Brazylii po 14 latach przerwy. Gdy przyszedł do Palmeiras, młodzi się śmiali, że pamiętają, jak grali Lucio w piłkarskich grach na Atari i SuperNintendo. Lucio odpowiedział, że to plotki, pojawił się dopiero w czasach Playstation.

Klub nocny wita Ronaldinho

I na deser: Ronaldinho. Wciąż największa medialna atrakcja ligi brazylijskiej, choć teraz zupełnie bez formy. Po jednym z niedawnych meczów w Copa Libertadores piłkarz, który w ubiegłym sezonie był bohaterem Atletico Mineiro, został nazwany turystą. Ale dla kibiców Atletico Ronaldinho, choćby za zasługi w poprzednim Copa Libertadores, jest nietykalny. Większość z nich dalej zakłada na mecz koszulki z jego nazwiskiem i numerem 49. Ronaldinho, już w czasach gry w Barcelonie odsyłany do Brazylii na leczenie uzależnienia od alkoholu, musiał się po powrocie do ojczyzny rozstać z Flamengo, bo zaniedbywał obowiązki. W Belo Horizonte dostał kolejną szansę i znalazł spokój. Nie ma tu tylu paparazzi co w Rio czy Sao Paulo. Ronaldino mieszka w zamkniętej willowej dzielnicy w Lagoa Santa, kilkanaście minut jazdy i od ośrodka treningowego, i od lotniska. Na mundial, za jego radą, dom w tej okolicy dla rodziny i przyjaciół wynajmie przyjaciel Ronaldinho, Leo Messi, bo Argentyna zamieszka w Cidade do Galo, ośrodku Atletico.

O imprezach w willi Ronaldinho krążą w Belo Horizonte legendy, ale piłkarz stara się przynajmniej dotrzymywać niepisanej umowy z klubem, że jeśli się bawi, to w domu, a nie w mieście. A gdy przechodził do Atletico, jeden z najsłynniejszych klubów nocnych witał go specjalnym bannerem i zapraszał do siebie.

Ale to właśnie Ronaldinho, który musi się bawić, żeby grać, jako jeden z pierwszych ruszył na pomoc, gdy na zakręcie znalazł się niedawno jeden z 23 pentacampeoes. Edilson, napastnik, który w tamtej kadrze miał taką konkurencję, że był skazany na ławkę rezerwowych, trafił niedawno do aresztu, bo nie płacił alimentów. Kaucji też nie mógł zapłacić, bo konta ma zablokowane w innych sprawach przed sądem. Spraw jest aż 16, wszystkie wytoczyła żona Edilsona. Równowartość ponad 100 tys. zł musieli wpłacić przyjaciele z boiska i okolic. Z mistrzów świata 2002 zrzutkę organizowali Vampeta i właśnie Ronaldino. Wyciągnęli go z aresztu. Kłopoty Edilsona jeszcze długo się nie skończą. Ale rodzina czuwa.

Więcej o: