Sport.pl

Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej 2014. Dlaczego po 24 latach Niemcy zasłużyli na tytuł?

Niemiecka kadra przerwała swoje długie oczekiwanie na triumf w wielkiej imprezie - dzięki pokonaniu w niedzielnym finale Argentyny zdobyła pierwszy tytuł od szesnastu lat, gdy triumfowała na Mistrzostwach Europy. Jeszcze dłużej nasi zachodni sąsiedzi musieli czekać na wygranie mundialu, bo aż 24 lata. W Brazylii tak naprawdę żadna z drużyn nie zachwyciła na tyle, by móc stwierdzić, że była pewniakiem do tytułu, ale najbardziej zasłużył na niego właśnie 'Die Mannschaft'. Dlaczego? Oto 5 powodów.
Rezerwowy Mario Goetze dał Niemcom zwycięstwo Rezerwowy Mario Goetze dał Niemcom zwycięstwo Fot. Victor R. Caivano

Szkolenie młodzieży

Ostatnim wielkim triumfem dla Niemiec było wygranie Euro 96 jednak po tym turnieju zabrakło piłkarzy, którzy byliby w stanie kontynuować sukcesy zapoczątkowane przez Andreasa Koepkego, Andreasa Moellera, Juergena Klinsmanna, Matthiasa Sammera i innych. Po katastrofalnych dla Niemiec turniejach - Mistrzostwach Świata w 1998 (ćwierćfinał) Euro 2000 (brak wyjścia z grupy) władze Bundesligi postanowiły przyjść z pomocą "Mannschaftowi".

Aby już nigdy nie powtórzyły się takie wyniki, wprowadzono surowe przepisy dotyczące prowadzenia szkółek piłkarskich przez wszystkie zespoły pierwszej i drugiej ligi. Tylko pomiędzy 2002, a 2010 rokiem kluby, które musiały mieć akademię by otrzymać licencję, wydały na system szkolenia młodzieży łącznie ponad pół miliarda euro. Ośrodki takie muszą spełniać wyśrubowane normy, takie jak liczba oświetlonych boisk i zespołów z określoną ilością zawodników.

Efektem tego było stałe zwiększanie się liczby młodych wychowanków akademii w Bundeslidze oraz ukształtowanie takich piłkarzy jak Goetze, Bender, Gomez, Gundogan, Hummels, Khedira, Mertesacker, Mueller, Oezil, Reus, czy Neuer. Wszyscy oni trafili do kadry po 2002 roku, gdy w Korei i Japonii Niemcy przegrali finał mundialu z Brazylią. Ta klątwa została zdjęta w pogromie, jaki drużyna Loewa urządziła gospodarzom w półfinale. Finał nie był już dla "złotej niemieckiej generacji" takim spacerkiem, ale skład, która był typowany do wygrania kilku poprzednich turniejów, w końcu spełnił oczekiwania. Pozbył się dzięki temu opinii wiecznie drugiego i trzeciego na wielkich turniejów. Smaczku tej historii dodaje fakt, że gola na wagę triumfu strzelił piłkarz, który już po swoim pierwszym tytule mistrzowskim zdobytym z Borussią Dortmund w 2011 został okrzyknięty złotym dzieckiem niemieckiego futbolu i wielką nadzieją kadry.

Niemieccy kadrowicze podczas treningu Niemieccy kadrowicze podczas treningu Fot.

Multinarodowa harmonia

W kadrze Niemców na mundial znalazło się sześciu piłkarzy, których korzenie sięgają gdzie indziej niż ziemie pomiędzy Odrą i Renem. Lukas Podolski i Miroslav Klose pochodzą z Polski, ojciec Jerome'a Boatenga jest Ghańczykiem, Skhodran Mustafi ma pochodzenie albańskie, Sami Khedira tunezyjskie, a rodzice Mesuta Oezila są z Turcji. Czy jednak jest jakiś powód, by twierdzić, że którykolwiek z tych piłkarzy nie jest "niemiecki"?

Oprócz Klosego i Podolskiego wszyscy urodzeni w Niemczech, wychowani przez niemiecki system szkoleniowy, od początku grali w niemieckich klubach, a co najważniejsze nie musieli specjalnie dostawać paszportów by grać w kadrze, co doskonale znamy chociażby z naszej reprezentacji. Z resztą były na tym mundialu drużyny, w których odsetek graczy o innych korzeniach jest większy niż w teamie Loewa. Wspomnieć wystarczy choćby Francję i Anglię, jednak np obecność sześciu piłkarzy o ciemniejszej karnacji w kadrze Roya Hodgsona nie jest dla wieku tak rażąca jak to, że w ekipie mistrzów świata grają piłkarze, których rodzice nie urodzili się w Niemczech.

Reprezentację Niemiec zawsze oskarżano o brzydką grę i mimo, że często wygrywała, to nie była tak powszechnie lubiana na świecie jak np. efektownie grające Brazylia, czy Hiszpania. Obecność graczy takich jak Oezil, czy Khedira lub nieobecnych na mundialu Ilkaya Gundogana czy Mario Gomeza, wniosła do gry Niemców sporo ożywienia, fantazji i boiskowego polotu. Mający korzenie w innych krajach piłkarze idealnie wkomponowali się w słynący z żelaznej dyscypliny taktycznej niemiecki system. I kto wie, czy to właśnie nie tego brakowało Niemcom przez ostatnie 24 lata, by odnieść sukces w nowoczesnym futbolu.

Loew mimo braku triumfów

Joachim Loew, w swoim kraju często traktowany był pobłażliwie przez tabloidy, które naśmiewając się z niego publikowały zdjęcia z kariery piłkarskiej, gdy prezentował charakterystyczny wąsik. Gazety czasem twierdziły, że selekcjonerem został trochę na wyrost, mając za sobą jedynie trenerskie doświadczenie w przeciętnych klubach. Władze DFB postanowiły jednak w 2006 zachować ciągłość myśli szkoleniowej i postawić na asystenta Juergena Klinsmanna. W sztabie swojego poprzednika "Jogi" odpowiadał za taktykę oraz treningi i na to też postawił obejmując już kadrę samodzielnie.

Za Loewa Niemcy lotów nie obniżyli, ale wciąż brakowało tej kropki nad "i", czyli wygrania finału. Federacja wytrwale stawiała jednak na trenera, który wywalczył brąz w 2010 i srebro w 2008. Wyrazem zaufania do szkoleniowca było przedłużenie kontraktu w październiku ubiegłego roku, już po tym jak Niemcy zapewniły sobie udział w mistrzostwach świata. Obecna umowa obowiązuje do 2016 i ciężko przypuszczać, by którakolwiek ze stron chciała po wygraniu Pucharu Świata, od niej odstąpić.

Niemcy dzięki Loewowi dokończyli przemiany, jaka zaczęła się jeszcze pod rządami Klinsmanna. Obaj młodzi szkoleniowcy postanowili zerwać z taktycznymi tradycjami, które sprawiały, że ich futbol był nudnawy i nieprzyjemny dla oka. Aby znów aktualne mogło stać się pamiętne hasło Gary'ego Linekera "Dwudziestu dwóch biega za piłką, a na końcu i tak wygrywają Niemcy", Loew musiał skonstruować swoją własną wersję tiki-taki. Wersję tę wprowadzał jednak z charakterystyczną dla siebie dokładnością i dbałością o szczegóły. Dzięki niemu "Mannschaft" zaczął prezentować "hurra-futbol", a gra Niemców nareszcie zaczęła się podobać. Gdy jednak na Euro 2012 Niemcy kolejny już raz "odbili się" od włoskiej ściany, zaczęły się pojawiać głosy, że może czas, by Loewa zastąpił np. Juergen Klopp. Autor sukcesów Borussii nie palił się jednak do pracy z kadrą, a selekcjonerowi życzył w Brazylii sukcesów. Jak widać poskutkowało, gdyż obaj panowie pozostaną w najbliższym czasie na swoich stanowiskach.

Bundesliga rośnie w siłę

Na sukces kadry składa się też oczywiście rosnący potencjał niemieckiej ligi, która jeszcze dziesięć lat temu była w sporym kryzysie. Dominacja Bayernu, który kolekcjonował kolejne tytuły, nie wpływała zbyt dobrze na poziom, a do Niemiec ciężko było ściągnąć naprawdę wielkie gwiazdy światowego futbolu. Gdy w 2007 roku Franck Ribery przechodził z Olympique Marsylia do Bawarczyków, wielu dziwiło się, że wschodząca gwiazda francuskiego futbolu nie obrała np. kierunku na wyspy lub Półwysep Iberyjski. Bundesliga była ubogim kuzynem wielkiej trójki, czyli Premier League, Primera Division i Serie A. Z biegiem czasu to Serie A zaczęła się pogrążać w coraz większym kryzysie, a Niemcy "wskoczyły na podium". La Liga, jak pokazała ostatnia edycja Ligi Mistrzów jest jak na razie poza zasięgiem, ale jeśli spojrzeć na współczynnik UEFA, który decyduje o rozstawieniu klubów w europejskich pucharach, to Bundesliga jest już o włos za ligą angielską.

Świadczą o tym głównie dokonania zespołów na arenie międzynarodowej - jeszcze pół roku temu wielu obstawiało, że hegemonia rosnącego w siłę Bayernu Monachium może potrwać latami, a Bawarczycy będą pierwszą drużyną w historii Ligi Mistrzów, która obroni puchar. Do "Milionerów" dołączyła jednak także Borussia Dortmund, która przypomniała sobie, że pod koniec lat dziewięćdziesiątych potrafiła wygrywać najważniejsze klubowe rozgrywki na świecie i finał w 2013 roku był już wyłącznie wewnątrzniemieckim pojedynkiem.

Jeśli spojrzeć na pięć ostatnich edycji Ligi Mistrzów to do półfinałów aż dziewięć razy docierały hiszpańskie drużyny, a niemieckie kluby znajdowały się w najlepszej czwórce Europy aż sześć razy. Blado na tym tle wypadają angielskie zespoły, które dokonały tego tylko trzykrotnie, a raz udało się to Włochom i Francuzom. Jak widać niemieckie kluby są teraz bezsprzecznie drugą siłą w Europie i jeśli do Bayernu i Borussii dołączy także Schalke Gelsenkirchen, to hegemonia La Liga może być zagrożona.

Niemcy - mistrzowie świata 2014 Niemcy - mistrzowie świata 2014 Fot. Natacha Pisarenko

Wyrzekli się niemieckości by pięknie wygrywać

Kto pamięta jeszcze triumfy reprezentacji Niemiec w 1990 i 1996, z pewnością nie może powiedzieć o nich, że grały piękną piłkę. Wygrana 1:0 z Argentyną po golu Andreasa Brehmego w finale włoskiego mundialu, gdy o Pucharze Świata zadecydował rzut karny w 85 minucie. Czy też pokonanie czarnego konia angielskiego Euro - Czechów, których dwoma golami pogrążył Olivier Bierhoff - to z pewnością nie były "Mannschafty", które porywały kibiców swoim polotem, czy efektowną grą. Niemcy zawsze wygrywali solidnością w obronie, taktycznymi schematami, ale przede wszystkim mistrzowską realizacją tych założeń do ostatnich minut.

Dzisiejsi mistrzowie świata nie grają już jak ci Niemcy znani młodszym kibicom głównie ze słabszej jakości powtórek TVP. Oezil, Schweinsteiger, czy Khedira nie przetrzymują już piłki w środku boiska jak kiedyś Andreas Moeller lub Lothar Matthaeus, czekając aż któryś z kolegów pokaże się wolny na pozycji zapamiętanej z odprawy taktycznej. Dzisiaj Niemcy "idą na żywioł", improwizują w ataku podając sobie piłkę w najmniej przewidywalny sposób. Tak właśnie drużyna Joachima Loewa rozniosła Portugalię i Brazylię, która sama kiedyś potrafiła "zakręcić" rywalami, tak że nie wiedzieli gdzie jest piłka.

Styl Niemców to dziś połączenie tiki-taki z nieustępliwością i wyobraźnią, dzięki czemu nowych mistrzów globu możemy podziwiać nie tylko ze względu na skuteczność, ale też zachwycając się ich grą. A jeśli dodać do tego drobiazgowość i wytrwałość "Jogiego", to mamy mieszankę, która po 24 latach dała Niemcom upragniony czwarty tytuł najlepszej drużyny na świecie.

Więcej o: