Sport.pl

Brazylia - Niemcy. Okoński: To był mecz, nie bitwa

W naszym opisywaniu piłki nożnej II wojna światowa wciąż się nie skończyła. O reprezentacji Niemiec pisze Michał Okoński, autor bloga i książki "Futbol jest okrutny", dziennikarz "Tygodnika Powszechnego", współpracownik Sport.pl
To będzie dygresja, wynurzenie się na chwilę z otchłani jeziora rozważań o bramkarzu libero, fałszywej dziewiątce i całkiem prawdziwym bałaganie wśród brazylijskich obrońców. Wynurzenie spowodowane dziwną gęstością języka, którym komentowaliśmy wtorkowy mecz w Belo Horizonte. Nadmierną reprezentacją słów "Blitzkrieg" czy "Stalingrad". Ogrywanymi świadomie lub pojawiającymi się mimochodem, z czeluści podświadomości, związkami frazeologicznymi kręcącymi się wokół rozstrzeliwania. Niemcy nie biorą jeńców. Niemcy jako nadludzie. Niemcy jako czołg, walec, bezwzględna maszyna miażdżąca po drodze wszystko, co napotka. A w tle nie do końca określona (lub formułowana wprost - poczytajcie Twittera, zajrzyjcie na fora pod naszymi tekstami) niechęć do piłkarzy z tego kraju. Niechęć mająca swoje źródło we wciąż nieprzepracowanej historii II wojny światowej. Co ciekawe, ujawniająca się często wśród komentatorów, którzy rodzili się pół wieku albo więcej po tamtych wydarzeniach i nawet z propagandą peerelowską nie mieli zbyt wiele do czynienia.

Nie jest to zresztą pierwszy raz. Pamiętam, że kiedy na swoim blogu skomentowałem mecz Niemcy - Turcja, rozgrywany w trakcie Euro 2008, po pojawieniu się tekstu na stronie głównej dużego portalu nie nadążałem z moderacją komentarzy - niemal wyłącznie znieważających piłkarzy Joachima Löwa przez reductio ad hitlerum . Było to zresztą niedługo po tym, gdy jeden z polskich tabloidów krzyczał z okładki tytułem "Wojna polsko-niemiecka", podtytułem "Dobry Niemiec to " i fotomontażem przedstawiającym polskiego szkoleniowca trzymającego obcięte głowy trenera i kapitana drużyny przeciwników. Problem wydaje się powracać - nawet jeśli już nie przez manifestacje niechęci na trybunach podczas meczów międzypaństwowych, to właśnie w języku, którym mówimy o tych kilkunastu Bogu ducha winnych ludziach biegających po murawie Estádio Mineirao w czerwono-czarnych koszulkach.

Temat jest być może szerszy: ślady wojny i wojennej propagandy w naszym opisywaniu piłki, wychodzące nawet poza kwestię stosunku do Niemców. Simon Kuper w znakomitej książce "Futbol w cieniu Holokaustu" zwraca uwagę m.in. na związek pomiędzy kultem żołnierza - dzielnego, zdeterminowanego, poświęcającego swe ciało dla dobra ogółu - i pogardą, którą obdarza się zawodników uciekających z nogami przed ostrym wejściem rywala albo udających sfaulowanego. Ale pisze też o wpływie, jaki na ewolucję niemieckiego futbolu miało dojście do władzy Hitlera: wcześniej ich reprezentacja grała miękko i finezyjnie, jednak 12 lat retoryki, w której dominowały męstwo i Kampf (walka), zmieniło styl drużyny na dziesięciolecia. Właściwie dopiero w ostatnich latach, wraz z otwarciem kadry na urodzonych w Niemczech imigrantów, przestała się ona kojarzyć z agresją i siłą. "Konstytucja Republiki Federalnej nie zawiera ani jednego artykułu, który by mówił, że należy grać jak Brazylia" - ironizuje Kuper, ale wcześniej zauważa: całe pokolenia niemieckich piłkarzy wychowano w stylu stworzonym pod władzą Hitlera.

Paradoks polega więc także na współczesnym odwróceniu stereotypów: nawet bez zmiany konstytucji Niemcy dziś grają tak, jak odruchowo opisywaliśmy grę Brazylii. Świat jednak się zmienił, najwyższy czas na zmianę opisującego go języka. Jak napisał najstarszy i najmądrzejszy z nas wszystkich Stefan Szczepłek, "kiedy patrzę na niemiecką reprezentację, zapominam o wojnie".

Więcej o: