Sport.pl

Brazylia - Niemcy. Niesłychany Miro Klose

Jeśli zaufać statystykom i na futbol patrzeć przez pryzmat liczb, w niedzielę w finale mistrzostw świata zagra najlepszy napastnik w historii.
Rzućcie na niego czary - radził brazylijskim kibicom przed mundialem Ronaldo, niby z dystansem i przymrużeniem oka. Jeśli Brazylijczycy rzeczywiście 36-letniego Miroslava Klosego zaczarować próbowali, to bez skutku.

Na mistrzostwach świata przechodzi do historii: i w Niemczech, i na świecie. Dołączył do Pele, Karla-Heinza Rummeniggego i Uwe Seelera, którzy - jak dotychczas jedyni - zdobywali bramki na czterech finałach MŚ, ustanawiał własne rekordy, jak w Japonii i Korei w 2002 roku, gdzie zdobył wszystkie pięć goli głową. Tuż przed turniejem w Brazylii pobił rekord bramek dla reprezentacji należący do Egona Müllera. Ale najważniejszy jest rekord świata odebrany Ronaldo. Ten, którego strzec miały czary rzucane z brazylijskich trybun.

Wielkie chwile Klose na mundialu przeżywał już wtedy, gdy wykonał salto w Salvadorze, znak firmowy, w meczu z Ghaną - niespełna dwie minuty po wejściu na boisko uratował golem remis dla Niemiec w dramatycznym meczu. 15. bramka w mistrzostwach świata oznaczała wyrównanie rekordu Brazylijczyka. Klose skwitował to swoim uśmiechem tak, jakby nie było nic szczególnego ani w jego wyniku, ani w tym, że bramki zdobywa już na czwartym mundialu.

Gdy już rekord Ronaldo pobił - strzelając gola Brazylii w kluczowym momencie meczu, na 2:0, po nim gospodarze poczuli, że grunt im ucieka spod nóg - też bynajmniej nie świętował. Nie wyglądał na piłkarza, który chełpi się swym sukcesem. Był raczej jak zdyscyplinowany żołnierz, który zdaje sobie sprawę ze swojego snajperskiego talentu, ale wszystko podporządkowuje wydarzeniom na froncie. Nawet nie wykonał salta (później tłumaczył, że obawiał się odnowienia kontuzji).

Kiedy niemieccy dziennikarze pytają Klosego o to, gdzie jest jego miejsce w hierarchii światowej piłki nożnej, urodzony w Opolu napastnik patrzy na nich nieco tak, jakby przylecieli z innej planety. Oni są z krainy rekordów, cyfr, porównań, takich jakie uwielbia "Bild", wieszczący, iż oto nadszedł bóg piłki nożnej. A on jest częścią Mannschaftu, niemieckiego kolektywu, gdzie na analizy indywidualnych osiągnięć miejsca nie ma. Przyznał, że - owszem - trudno nie zwrócić uwagi na to, że przeszedł do historii, ale ważniejsze są losy zespołu. - Gol ma dać przewagę nad rywalem. A radość to tylko dodatek - mówi.

- Może grywać mniej i być najstarszy w drużynie, ale wiem, że kiedy drużyna będzie naprawdę potrzebowała ważnej akcji, on ją wykona - mówił o Klosem Joachim Löw. Trener Niemców nie zwątpił w niego, gdy jako 33-latek wyjechał do Włoch. "Staruszek" - kwitowali wiek Klosego niemieccy dziennikarze. Löw nie reagował. Klose - zawsze oszczędny w słowach - mówił tylko, że będzie do dyspozycji kadry tak długo, jak długo trener będzie zdania, że się jej przyda.

W Lazio miał być już piłkarskim emerytem inkasującym tysiące euro dzięki wyrobionej przez lata marce. Emeryturą Klose zadowolić się nie chciał - grał porywająco. A Niemcy uznali, że wiek to tylko liczba.

Wnosząc z jego wypowiedzi, wszystkie swoje rekordy Klose zamieniłby na jeden tytuł mistrza świata. Ma srebro z 2002 r., dwa brązowe medale z 2006 i 2010 r. - Możecie mnie nazywać napastnikiem wszech czasów. Ale nie jestem spełniony. Będę, gdy wygramy finał - mówi.

Tym, że w drużynie Niemiec jest bramkostrzelny Thomas Müller, Klose się nie przejmuje. 24-latek zdobył w finałach mistrzostw świata już 10 bramek - o sześć mniej niż Klose. Być może jego rekord nie przetrwa długo. - Nie myślę o tym. Najważniejsza jest drużyna, a nie czyjeś historyczne osiągnięcia - mówi.

Więcej o: