Sport.pl

Mistrzostwa świata w piłce nożnej 2014, półfinały. Klęska Brazylii

W 19 minut runęły marzenia Canarinhos o tytule mistrza świata
W ciągu niespełna 20 minut Niemcy strzelili pięć goli, które mogą wstrząsnąć gotującym się od emocji wielkim krajem.

Zaczął Thomas Müller już w 11. minucie tego strasznego dla gospodarzy meczu. Potem gola dołożył Miroslav Klose - został numerem 1 w historii mundiali z 16 bramkami, o jedną więcej niż Brazylijczyk Ronaldo. Potem dwa razy Toni Kroos, potem Sami Khedira. Wydawało się, że tej bezlitosnej kanonadzie nie będzie końca. I nie było - kolejne dwa gole strzelił André Schürrle.

Prawie 60 tysięcy ludzi na Estadio Mineirao zamilkło, zupełnie jak w 1950 r., kiedy Brazylia przegrała złoto z Urugwajem i pogrążyła się na wiele miesięcy w żałobie. To nie przesada, w żałobie, o której przez 64 lata się mówiło w Brazylii. I do dziś się mówi. Historyczna porażka ma nawet w brazylijskim słowniku swoją nazwę - "Maracanaço" - od miejsca tamtego wydarzenia, 200-tysięcznego wówczas stadionu Maracana.

Brazylijczycy po przerwie wyszli z głębokiego szoku. Było piekielnie trudno, bo od początku byli osłabieni - w meczu nie zagrała ich największa gwiazda Neymar, brutalnie sfaulowany w poprzednim meczu z Kolumbią, oraz filar obrony Thiago Silva zawieszony za kartki. Atakowali, ale wszystkie strzały odbijał fantastyczny, najlepszy w turnieju bramkarz Manuel Neuer. Dał mu radę dopiero w ostatniej minucie Oscar.

Już w tym samym czasie w Recife - 2 tys. kilometrów od miejsca meczu - wybuchły zamieszki, policja użyła gazu łzawiącego, poturbowano kilka osób. Strefa kibica na Copacabanie w Rio zaczęła pustoszeć już w przerwie; w Sao Paulo ktoś podpalił brazylijską flagę.

Noc po klęsce z Niemcami zapowiadała się na bardzo długą. Wprawdzie nadzieje na tytuł mistrza świata były dużo mniejsze niż w 1950 r. - wtedy to nie były właściwie nadzieje, to była pewność - ale klęska 1:7 była jak siedem strzałów w serce.



Kraj wielki jak kontynent i z równie wielkimi aspiracjami dostał prawo do organizacji turnieju siedem lat temu, w okresie boomu, gdy powszechny był optymizm związany z prospołeczną prezydenturą Inacio Luli, z odkryciem złóż ropy i gazu w szelfie u wybrzeży Brazylii. Świat leży u naszych stóp - myśleli Brazylijczycy. Teraz wzrost gospodarczy jest minimalny, ale państwo nie rezygnowało z kolejnych sportowych inwestycji. Zgłosiło się do wyścigu o organizację igrzysk olimpijskich i wygrało - olimpiada za dwa lata w Rio. W nią też trzeba było i będzie trzeba zainwestować miliardy.

Gdy brakowało pieniędzy na plany związane z mundialem, rząd federalny i rządy stanowe raczej rezygnowały z projektów społecznych - tu odpuszczono budowę autostrady, tam odcinków metra lub kolei dojazdowej. Brazylia wydała na mundial 15 mld dol., wybudowała lub odnowiła 12 stadionów, modernizowała drogi, lotniska. Aż ludzie zaczęli protestować i głośno pytać: po co nam 12 stadionów, skoro wystarczy osiem, dlaczego nie inwestujemy w edukację, w służbę zdrowia, w programy społeczne, dlaczego trzeba płacić FIFA 4,5 mld dol. za łaskę zorganizowania turnieju? Symbolem stał się stadion w Manaus, na który weszliby wszyscy kibice piłkarscy stanu Amazonia z poprzedniego sezonu piłkarskiego i jeszcze zostałyby wolne miejsca.

Popularność następczyni Luli - Dilmy Rouseff - gwałtownie spadała, podobnie jak ochota Brazylijczyków na mundial. Ale pierwsze protesty - największe - przetoczyły się jeszcze w zeszłym roku, tuż przed Pucharem Konfederacji. Przed mundialem ludzie też protestowali, choć skala nie była już tak duża jak w 2013 r. To się może teraz zmienić.

Nowe wybory prezydenckie 5 października, prezydent Rouseff już dostała wsparcie rządzącej Partii Pracujących na reelekcję. Ale tym razem nowy rząd i prezydenta wybiorą kibice.

Więcej o: