Sport.pl

MŚ 2014. Kolumbia - Urugwaj. James Rodriguez - doskonała dziesiątka

Odszedł bohater, narodził się bohater: w meczu, który mógł należeć do Luisa Suareza, zachwycił James Rodriguez. Piłkarz godzien wielkiej literatury - pisze Michał Okoński, dziennikarz "Tygodnika Powszechnego" i autor bloga "Futbol jest okrutny".
"Luis Suarez powiedział, że będzie wojna, a we wszystko, co mówił Luis - wierzyłem". Tak, nie mylicie się, już to kiedyś czytaliście. Pierwsze zdanie "Wojny futbolowej" Ryszarda Kapuścińskiego przypomniało mi się, kiedy słuchałem dwunastominutowego monologu Oscara Tabareza na konferencji prasowej poprzedzającej mecz Kolumbia - Urugwaj. A potem zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie jest tak, że awantura o Suareza może Urugwajowi... pomóc.

Tabarez, czyli w teatrze Mourinho

Spektakl, jaki Tabarez odegrał - łącznie z dramatycznym wyjściem, uniemożliwiającym odpowiedź na jakiekolwiek pytania - był godny najwybitniejszych aktorów występujących w tej kategorii, i nic dziwnego, że dziennikarze urugwajscy zdecydowali się bić mu brawo. "Byłem kiedyś nauczycielem, znam teorię kozła ofiarnego w psychologii zarządzania grupą" - mówił z emfazą Tabarez, ale z pewnością zna również teorię motywowania zespołu przez wznoszenie wokół murów oblężonej twierdzy. Kłania się inny były nauczyciel, Jose Mourinho: "Rozmowa z mediami jest częścią gry - mówił swego czasu trener Chelsea. - Kiedy idę na konferencję prasową przed meczem, w mojej głowie on już się rozpoczął. Zaszczepienie w zawodnikach poczucia zagrożenia, niepokoju i osaczenia, a nawet bycia ofiarą establishmentu (mimo iż grają w jednym z największych klubów świata), to - jak zwrócił uwagę biograf Mourinho Patrick Barclay - jedno z kluczowych narzędzi jego warsztatu szkoleniowego. Już nie mówię o tym, że w takich sytuacjach nigdy się meczu nie przegrywa - zawsze pada się ofiarą.



Taberez przemawiał na konferencji do samego Luisa Suareza, "człowieka, z którym dzieliliśmy życie, i którego znamy lepiej niż ktokolwiek inny": "Musisz jeszcze raz przejść tę samą drogę, próbując stawać się lepszym, ale pamiętaj, że nie musisz tego wysiłku dokonywać sam". Mówił też do urugwajskich kibiców, którzy "są tak samo zszokowani jak my rozmiarem tej kary": "tak, jesteśmy zranieni, ale też niezwykle silni, pełni buntu". Niewątpliwie jednak prawdziwymi adresatami jego przemówienia byli piłkarze - zwłaszcza ci, którzy mieli Suareza zastąpić, czyli zmęczony sezonem Cavani i zmęczony długą karierą Forlan.

Rodriguez, czyli idol

Ironia losu polega na tym, że jeśli ktokolwiek z zawodników występujących na tym mundialu mógł się pokusić o strzelenie podobnej bramki jak ta Jamesa Rodrigueza, to właśnie Luis Suarez. Ci, którzy widzieli jego grudniowy wyczyn z Norwich, gdzie wśród czterech bramek strzelił i tę z ponad 30 metrów, przerzucając piłkę nad bramkarzem, wiedzą dlaczego.

Samo opisanie gola Kolumbijczyka sprawia przyjemność, a co dopiero patrzenie na niego wciąż i wciąż od nowa. Podziwianie, jak rozgrywający Monaco wynajduje sobie przestrzeń przed polem karnym Urugwaju, jak w trakcie gdy frunie do niego piłka od Abela Aguilara odwraca na moment głowę, by sprawdzić, gdzie jest bramka, potem przyjmuje futbolówkę na pierś w taki sposób, że nadaje jej nowy kierunek, piłka spada w stronę jego lewej nogi, Rodriguez uderza ją z woleja, ona zaś unosi się w powietrze, leci po łuku, by w końcu opaść tuż ponad rękawicą Muslery, odbić się od poprzeczki i znaleźć swoje miejsce w siatce.

"Przychodzi taki dzień, gdy bogini wiatru muska ustami umęczoną i poniżoną stopę człowieka, a z tego pocałunku rodzi się piłkarski idol" - pisał Eduardo Galeano w książce "Blaski i cienie futbolu". I dalej: "Piłka go szuka, rozpoznaje, potrzebuje. Na podeszwie jego stopy odpoczywa, kołysze się do snu. Idol wydobywa z niej blask, sprawia, że przemawia, a w tej ich rozmowie uczestniczą miliony oniemiałych". Trudno uwierzyć, że Galeano nie pisał o Rodriguezie (inna sprawa, że druga bramka Kolumbijczyka w meczu z Urugwajem nie była już błyskiem indywidualnego geniuszu, tylko efektem pracy całej drużyny - zaryzykujmy tezę, że o ile pierwsza była najpiękniejszym golem mundialu, to druga najpiękniejszym zespołowym golem mundialu).



Pekerman, czyli szczęście do dziesiątki

Michał Zachodny zwrócił po zakończeniu fazy grupowej uwagę, że mamy do czynienia ze zmierzchem piłkarzy grających na pozycji klasycznej "dziesiątki". Dobrze, że uczynił wyjątek dla Rodrigueza, wokół którego skupia się wszystko, co najlepsze w grze Kolumbii. Do wywodów Zachodnego warto dodać, że trener Pekerman do "dziesiątek" miał zawsze dobrą rękę, choć do dziś trwają spory, czy zastępując (przy stanie 1:0 dla Argentyny) Juana Romana Riquelme Estebanem Cambiasso w 72. minucie ćwierćfinału z Niemcami podczas mundialu 2006, nie przesądził o odpadnięciu swojej drużyny z mistrzostw.

O talencie 22-letniego Rodrigueza Kolumbijczycy wiedzą od lat dziesięciu: w 2004 r. uczestniczył w transmitowanym przez telewizję turnieju dla dzieciaków, podczas którego strzelił bramkę bezpośrednio z rzutu rożnego. W tamtejszej lidze debiutował jako piętnastolatek, po czym szybko przeniósł się do Argentyny, zdobył mistrzostwo kraju z Banfield, zagrał w Copa Libertadores, ale już jako dziewiętnastolatek stał się piłkarzem FC Porto, sprowadzony do Europy przez Andre Villas-Boasa. Początków nie miał łatwych, podobnie jak w swoim kolejnym klubie, Monaco, ale w obu ostatecznie stał się kluczowym zawodnikiem. Strach pomyśleć, gdzie mogłaby jeszcze zajść Kolumbia, gdyby w Brazylii mógł grać z Rodriguezem jego kolega klubowy Falcao.

Jako rozgrywający imponuje przede wszystkim zdolnością odnajdywania wolnej przestrzeni na boisku, głównie przed polem karnym rywala - oglądając powtórki jego cudownej bramki z meczu z Urugwajem, można narysować wokół piłkarza koło o kilkumetrowej średnicy, w którym nie będzie żadnego innego zawodnika. Szukając gry, potrafi jednak się cofnąć, a przy okazji powalczyć o odbiór piłki. W meczu z Wybrzeżem Kości Słoniowej to jego wślizg pozwolił Kolumbijczykom rozpocząć kontratak i strzelić drugą bramkę; wcześniej filigranowy Rodriguez przeskoczył Drogbę i zdobył gola głową. W sumie na mundialu miał udział już przy dziewięciu bramkach, strzelił pięć - jest murowanym kandydatem do miana najlepszego piłkarza turnieju.

Suarez, czyli pustka pod maską

Pod nieobecność Suareza Urugwaj mógł w tym meczu liczyć tylko na jedno: jak najdłuższe wkładanie kija w szprychy kolumbijskiego roweru. A nuż rywal w tym czasie zmęczy się i sfrustruje. A nuż poczuje siłę urugwajskich mięśni (początek meczu zdawał się zapowiadać, że piłkarze Oscara Tabareza nie skończą tego spotkania w komplecie), a potem popełni błąd, zagapi się np. przy stałym fragmencie gry, który raz jeszcze zdoła wykorzystać Diego Godin.

Ta strategia działała przez 28 minut. Później zobaczyliśmy, jak mury oblężonej twierdzy padają od jednego wystrzału, a jej dowódca nie jest już w stanie zareagować. Oscar Tabarez stoi przy ławce rezerwowych, przyglądając się biernie rozwojowi wydarzeń. Owszem: wprowadza kolejnych ofensywnych zawodników, ale wyraźnie bez wiary, że cokolwiek to zmieni. I nic dziwnego: Ospina broni strzały Cristiana Rodrigueza, Maxi Pereiry, Edinsona Cavaniego, tak jak będzie bronił w ćwierćfinale strzały Neymara, Freda czy Hulka. Symbolem klęski staje się porzucona broń "buntowników": po zakończeniu meczu na betonowych korytarzach Maracany walają się papierowe maski Luisa Suareza, którymi fani Urugwaju wcześniej zasłaniali sobie twarze. Tyrada Tabareza nie była w stanie tego przesłonić: w starciu z Kolumbią oblicze jego drużyny okazało się zmęczone i szare.

Tu zobaczysz najnowsze wyniki, tabele i terminarz mundialu



Więcej o: