Sport.pl

Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej 2014. To może być ostatnie takie święto futbolu na lata

Od dziś na miesiąc świat staje w miejscu. Zaczyna się mundial w Brazylii. Może ostatni na długie lata tak ważny mundial.
Pierwszy mecz mundialu Brazylia - Chorwacja już dziś o 22 - Relacja Z Czuba i Na Żywo na Sport.pl oraz w aplikacji Sport.pl LIVE na smartfony >>

Jest ich w orkiestrze czterech, więcej by zresztą nie pomieścił ich dom na kółkach. Stary volkswagen, jak z hipisowskich legend, tylko wymalowany w barwy Brazylii, z półkami na instrumenty, a nawet małą umywalką przytwierdzoną do wewnętrznej strony drzwi. Zaparkowali go przy Itaquerao, stadionie na którym dziś meczem Brazylia - Chorwacja zacznie się mundial. I grają. Sambę, bossa novę, wszystko, przy czym można zaśpiewać, że dobrze jest być Brazylijczykiem i że nie ma lepszych piłkarzy na świecie niż ci w kanarkowych koszulkach. Dowodzą Nene i Willian, obaj w średnim wieku, jak wszyscy w orkiestrze.

Nene daleko nie miał, jest ze stanu Sao Paulo. Willian pochodzi z Goianii, w głębi kraju, ale teraz mieszka w San Francisco. Przyleciał specjalnie na mundial, jeździć za kadrą i muzykować. Jak zwykle, to już jego ósme mistrzostwa. Zaczynali razem z Nene w Meksyku, w 1986 roku. I od tego czasu nie opuścili żadnego turnieju. Tego busa - poprawiają nas, że w Brazylii nie mówi się na takie bus, tylko kombi - kupili na 1994 rok. Najważniejszy w najnowszej historii Brazylii. Rok śmierci Ayrtona Senny, rok zamiany cruzeiro na reala, wreszcie - rok brazylijskiego triumfu w mundialu. Mistrzostwa już czwartego dla Brazylii, ale najbardziej wyczekanego, bo od poprzedniego minęły 24 lata.



1950, mundial z innego świata

Oni tam byli, w Pasadenie, gdy Roberto Baggio strzelił w serii karnych nad poprzeczką i tak się rozstrzygnęło, że to Brazylia została mistrzem, a nie Włochy. Pamiętają tamte nerwy i tamten upał jakby to było wczoraj. Bus ma rejestrację CUP 0094, z Sao Vicente, czyli miasta w którym się wychował Neymar. Na masce Nene, William i ich załoga wymalowała pamiątki ze wszystkich mistrzostw, które volkswagen widział. Nene i Willian przy Brazylii triumfującej w mundialu byli potem jeszcze raz, w 2002 w Japonii. Ale nawet wtedy nie marzyli, że doczekają finałów u siebie. - To było coś niewyobrażalnego. A teraz nam się to wszystko spełnia - mówi Willian.

Ten mundial był dla nich niewyobrażalny, choć przecież jest drugim w Brazylii. Ale ten pierwszy był w innym świecie, w innym futbolu. 64 lata temu, w czasach, gdy niektóre reprezentacje czuły się jeszcze większe od mundiali i na mistrzostwa po sąsiedzku nie przyjechała m.in. Argentyna, bo była z Brazylią pogniewana. W czasach, gdy FIFA była jeszcze dość uczciwa i dość biedna. Gdy nie było dla organizatora żadnych kosztownych "standardów FIFA", na które dziś tak narzekają protestujący na ulicach Brazylii. Dlatego gospodarz mógł sobie ustalić nawet swój własny dziwaczny system rozgrywek, bez finału. Maracanazo, ten słynny nokautujący cios Urugwaju, który uciszył największy stadion świata, a dla Brazylijczyków pozostał jedną z największych traum, zdarzył się nie w finale, tylko w decydującym meczu grupy finałowej.



Tamten mundial w pewnym sensie przyszedł dla Brazylii nie w porę, za wcześnie. Oni się dopiero poznawali na dobre z futbolem, sami sobie wmówili, że nie dadzą nikomu szans, choć Urugwaj nie był wcale słabszy od nich. Jeszcze nie wiedzieli, że nie wystarcza marzyć, by wygrywać. Jeszcze stolicą było Rio, a Brasilii nie było nawet na deskach kreślarskich. Jeszcze zostało kilka lat do rządów prezydenta Juscelino Kubitschka i jego planu nadrobienia w pięć lat pół wieku opóźnień.

Pieniądze były, nie było planu

Mundial, który zaczyna się dziś, w brazylijskie walentynki, nietypowo w czwartek, przychodzi dużo bardziej na czas. Może trudno w to uwierzyć wśród protestów i strajków, ale one też są dowodem na to, jak wielki skok Brazylia zrobiła. To o czym kiedyś marzyła, dziś ma, ale to jej przestało wystarczać.

Łatwo mówić, że kraju na ten mundial nie stać, że turniej jest absurdalnie rozciągnięty aż na 12 miast, że to obraza dla ludzi biednych. Ale mundial jest w Brazylii, i wygląda tak jak wygląda, również dlatego, że tutaj wreszcie ktoś się nad losem biednych pochylił. Że chciał te kilkadziesiąt milionów przeciągnąć w ostatnich latach z biedoty do klasy średniej. Nawet jeśli to nazwa uproszczona, może lepiej byłoby mówić klasa kupująca, bo za awansem materialnym nie poszedł jeszcze awans edukacyjny. Ale awans jest. A stadionów powstało aż tyle, by tę północno-wschodnią część kraju, która na rządach Luli i Dilmy Rousseff zyskała najwięcej, pokazać światu, wypromować, dać kolejną szansę. Dać ją również Manaus i Cuiabie, mimo że nie ma tam wielkiego futbolu.



Można mówić, że pieniędzy utopionych w modernizację Maracany wystarczyłoby na 200 szkół i bić po oczach kolejnymi takimi zestawieniami. Ale można też, że Brazylia wydaje na ochronę zdrowia tyle ile na mundial i igrzyska razem wzięte. Wydaje co roku. Tyle ile na całe przygotowania do mundialu i igrzysk przez wszystkie lata. Nawet Romario, najgłośniejszy krytyk mistrzostw, przyznaje: jesteśmy bogatym krajem, to nie brak pieniędzy jest największym problemem, tylko brak dobrego planowania, zgody politycznej, często również brak umiarkowania w napychaniu sobie kieszeni.

Gaz łzawiący i zwycięstwa

Trzeba słuchać protestujących, bo w wielu sprawach mają rację. Ale trzeba też słuchać Williana i Nene. Kiedy jechali na swój pierwszy mundial w Meksyku, Brazylia była gospodarczym i politycznym bankrutem, który dopiero zrzucił z siebie wieloletnie rządy generałów. To była Brazylia skazana na to, by swoich najlepszych piłkarzy oglądać z daleka, w Europie, bo już nie było jej stać na ich zatrzymanie. Gdy oglądali Brazylię zdobywającą mistrzostwo w Pasadenie, właśnie się dokonywał polityczny i gospodarczy zwrot w stronę stabilizacji. Ale na efekty trzeba było czekać bardzo długo, jeszcze gdy Brazylijczycy zostawali mistrzem po raz ostatni, w 2002 roku, mundial u nich był mrzonką. Dziś jest za progiem.

Czy powtórzą się takie protesty jak rok temu podczas Pucharu Konfederacji, podczas tego gorącego czerwca, o którym już powstały filmy, nikt dziś nie jest w stanie przewidzieć. To jest rzadko wspominany wątek, ale protestujący i piłkarze byli wtedy po tej samej stronie. David Luiz, nauczycielskie dziecko, jako pierwszy solidaryzował się z protestującymi. Może nawet powtórzyłby za tymi demonstrującymi ostatnio, że nauczyciel jest wart więcej od Neymara. Neymar też wsparł wtedy demonstrantów, a Brazylia po hymnach odśpiewywanych przez kibiców tak, że ciarki przechodziły, i nieraz przy zapachu gazu łzawiącego przedostającego się na trybuny, wygrała turniej.



Kto wymyślił miłość

Dlatego dobrze, że mundial wreszcie tu wrócił. Nie tylko do Brazylii, do Ameryki Południowej. Mówią, że Anglicy wymyślili futbol, ale Argentyńczycy miłość do futbolu, i to uczucie się rozlało na cały kontynent. Było tutaj często sposobem na to, by jeden młody niepodległy kraj mógł się czymś odróżnić od drugiego. Było często zawłaszczane przez polityków, ale przecież i Europa święta pod tym względem nie jest. Dobrze jest tutaj teraz być, dobrze będzie się wreszcie lepiej poznać. Bo Brazylia była dla nas zawsze krajem, w którym trawa jest bardziej zielona. A okazuje się, że oni to samo myśleli o nas.

Brazylijczycy za dużo dziś wiedzą o futbolu, by się powtórzyło Maracanazo, jako tak wielki szok dla narodu, że dramaturg Nelson Rodriguez nazwał go z wielką przesadą "naszą Hiroszimą". Brazylia jest wśród faworytów, ale tym razem wytypować tych, którzy mundial zapamiętają dobrze i tych, którzy szybko wrócą do domu jest wyjątkowo trudno. Nie dość, że turniej trafił do kraju wielkość kontynentu, w różne strefy klimatyczne, to jeszcze turniejową drabinkę rozpisano tak, że każdego czekają dalekie podróże. Gra raz w upale północnej Brazylii, raz w deszczu i zimnie w południowej. Dla kibiców to też wyzwanie jakiego nie było. Żeby w pierwszych pięciu dniach turnieju obejrzeć najatrakcyjniejsze mecze: Brazylia - Chorwacja, Hiszpania - Holandia, Włochy - Anglia, Argentyna - Bośnia i Hercegowina i Niemcy - Portugalia, trzeba przelecieć ponad 11 tysięcy kilometrów. Samochodem zdążyć się nie da, choćby się jechało od meczu do meczu bez przerwy. Mundial będzie szalony, męczący, nieprzewidywalny, może znów z protestami i gazem łzawiącym. Ale gdy za cztery lata przyjdzie jechać do Rosji, a za osiem do Kataru, zatęsknimy.

Peruwiańscy szamani zaklinają nam udany mundial [KLIKNIJ]


Więcej o: