Sport.pl

Okoński: Wyczarują: Brazylia, Argentyna Niemcy. Rozczarują: Hiszpania, Belgia, Anglia

Losowanie miłe dla Argentyny i niemiłe dla Anglii. Dla nieszkodliwych maniaków - grupa C. Jak to się skończy, prorokuje Michał Okoński, dziennikarz "Tygodnika Powszechnego" i autor bloga "Futbol jest okrutny".
Żeby to było takie proste: losowanie, grupa śmierci, faworyci i czarne konie... A wszystkie te czynniki niedające się ująć w statystyki i matematyczne wzory? Zespół na papierze arcysilny, ale trawiony wewnętrznym konfliktem, dającym o sobie znać przy pierwszym potknięciu (Holandia na Euro 2012, Francja na mundialu w RPA)? Zawodnicy wypaleni i zmęczeni trwającym ponad dziesięć miesięcy sezonem (rozgromiona ostatecznie przez Brazylijczyków Hiszpania na ubiegłorocznym Pucharze Konfederacji)? Megagwiazdy, które same wszystkiego nie załatwią (oto, dlaczego Walia Giggsa, a potem Bale'a, wciąż nie może awansować na mundial)? Ekipa śmiertelnie znudzona zbyt długim odizolowaniem od świata (Anglia w RPA w 2010) i ekipa nadmiernie rozproszona medialnym cyrkiem (Anglia w Niemczech w 2006)? Ekipa młodych, głodnych sukcesu geniuszy, którzy wszakże nigdy dotąd nie grali na wielkiej imprezie (hmm, Belgia w 2014)? Oto subiektywny przewodnik po faworytach i kandydatach na rozczarowanie przyszłorocznych mistrzostw świata.

Wyczarują: Brazylia, Argentyna, Niemcy

Faworyci turnieju? Pierwsza, oczywista także po losowaniu grup odpowiedź: Brazylia. Bo są gospodarzami, bo wiedzą, jak to robić. Bo ich trener, Luis Felipe Scolari, sięgnął już raz po ten tytuł. Bo zwycięstwo w Pucharze Konfederacji, a rok wcześniej awans do finału igrzysk olimpijskich, pokazało, że radzą sobie na turniejach, do których przystępują w roli faworyta, zaś brak regularnych meczów o stawkę (jako gospodarz nie musieli przechodzić przez eliminacje) niczego w przygotowaniach nie komplikuje. Bo kiedy ogrywali Hiszpanów, a wcześniej np. Urugwaj, imponowali nie tylko siłą ofensywy (Fred, Neymar, Hulk czy zwłaszcza ustawiany za ich plecami znakomity Oscar), ale także solidnością z tyłu (Paulinho, Thiago Silva, do których wypada doliczyć przecież Luiza Gustavo, Lucasa Leivę, Dantego czy Davida Luiza). Owszem, warunki w grupie od początku postawiono im trudne, może najtrudniejsze wśród najpoważniejszych rywali, ale... kiedyś trzeba zacząć udowadniać mistrzowską klasę.

W losowaniu grup zdecydowanie bardziej poszczęściło się Argentynie, którą widzę wśród faworytów z identycznych, w gruncie rzeczy powodów, co Brazylię. To przecież drużyna, o której obliczu stanowi nie tylko Messi i pozostali członkowie niewiarygodnego kwartetu ofensywnego (Di Maria, Higuain i Aguero; dodajmy jeszcze Lavezziego), ale także ci, którzy biegają za nimi: Mascherano i Gago. Trener Ajendro Saballo potrafił znaleźć równowagę między atakiem a obroną, Leo Messi - pamiętany z fenomenalnego hat tricka w ubiegłorocznym meczu z Brazylią, zakończonym wygraną Argentyny 4:3, ale trapiony kontuzjami - nie stanowi już o jej być albo nie być. Bezproblemowo przebrnięte eliminacje (porażka z Urugwajem przyszła, kiedy drużyna była już pewna awansu i mogła zagrać w eksperymentalnym składzie) oraz doskonałe wyniki w sparingach pokazują, że Argentyny należy się bać. Grupę mają wyjątkowo łatwą - w sam raz na rezerwowy skład w trzecim meczu.

I, jeszcze raz na podobnej zasadzie, Niemcy. Kolejni turniejowi wyjadacze i byli mistrzowie, ekipa doświadczona, zgrana, a przecież sobą niezmęczona, ekipa w tym składzie jeszcze bez międzynarodowego sukcesu i sukcesu wygłodniała - ekipa na ewidentnej fali wznoszącej. Özil, Khedira, Müller czy Schweinsteiger nie są gorsi niż przed dwoma laty (Schweinsteiger ma dopiero 29 lat, a ile już lat go oglądamy grającego w piłkę na najwyższym poziomie?), Götze, Reus czy Kroos są z pewnością lepsi, a szkolą się przecież nie tylko pod okiem Joachima Löwa, ale - w klubach - prowadzeni przez najlepszych fachowców w futbolowym świecie: Pepa Guardiolę (już nazwał kapitana tej drużyny, Philipa Lahma, najinteligentniejszym piłkarzem, z którym kiedykolwiek pracował) i Jürgena Kloppa. Są silni i zdyscyplinowani zarazem - tak jak zawsze byli, ale mają też fantazję, technikę, zabójczy kontratak i dobrego bramkarza, potrafią grać w różnych systemach (Löw eksperymentował nawet z grą bez napastnika, co przy wieku Klosego i nierównej formie Gomeza nie dziwi), słowem: tak mocni jeszcze nie byli. Grupa z podtekstami (trenowane przez Klinsmanna Stany Zjednoczone i Portugalia gdzie Ronaldo spotka się z dawnym kolegą z klubu, Ozilem) fantastycznie ich rozgrzeje.

Rozczarują: Hiszpania, Belgia, Anglia

Rozczarowania? Jeśli Hiszpania nie dokona w porę (choćby w ostatniej chwili, w trakcie turnieju) wymiany pokoleniowej, obawiam się, że powtórzy się historia z ubiegłorocznych półfinałów Champions League. Bohaterowie są zmęczeni, bohaterowie osiągnęli swój szczyt dwa i cztery lata temu. Bohaterowie, owszem, mają młodszych i może zdolniejszych następców (Thiago, Isco), pytanie tylko, czy prowadzący ich Vicente del Bosque będzie potrafił wykazać się równą bezwzględnością co Jose Mourinho i Carlo Ancelotti i posadzić na ławce ikony: nie tylko Casillasa, ale - strach pomyśleć - Xaviego czy Iniestę. Niby wszystkie papiery mają te same, co drużyny uważane przeze mnie za faworytów, z drugiej strony jednak, mając w pamięci to, z iloma meczami na koncie ci starsi niż w przypadku rywali zawodnicy będą kończyć bieżący sezon, widząc, że nie przekonywali w eliminacjach i rozczarowywali w meczach towarzyskich (Gwinea Równikowa?!) oraz że ich obrona do najpewniejszych nie należy, z żalem dopuszczam możliwość, że mundial w Brazylii oznaczać będzie o jeden turniej za daleko. Zwłaszcza że w grupie zmierzą się nie tylko z żądną rewanżu za poprzednie mistrzostwa świata i pragnącą odzyskać twarz po Euro, odbudowaną przez duet van Gaal-Kluijvert Holandią, ale także z wciąż kultywującą idee Marcelo Bielsy reprezentacją Chile. Będzie się trzeba męczyć od pierwszego meczu.

Kibice anglocentryczni, świadomi, że dzisiejszą Premier League zdominowali świetni młodzi Belgowie, wśród faworytów turnieju umieszczają podopiecznych Marka Wilmotsa. Staram się rozeznać w tym hałasie i... mam wątpliwości. Trudno oczywiście nie lękać się siły i snajperskiego instynktu Lukaku albo fenomenalnego dryblingu Hazarda, ale już zachwyty nad grą defensywną Vertonghena czy Vermaelena są stanowczo przesadzone, a Kompany jakoś zbyt często boryka się z kontuzjami. Za bardzo ten balon nadmuchaliśmy, za dużo te chłopaki o sobie czytają, zbyt młodzi są jeszcze - poza van Buytenem, i za bardzo trenerowi Wilmotsowi brakuje doświadczenia w prowadzeniu drużyny na wielkim turnieju, by spodziewać się nie wiadomo jakich cudów. Korea Południowa i Rosja nie brzmią wprawdzie tak przerażająco, ale na wielkich turniejach występowały (i one, i ich trenerzy) wystarczająco często, by nie wystraszyć się Belgów.

Anglia pożegna się z mundialem tak, jak przeszła przez eliminacje: z wysiłkiem, blado i bez wyrazu, bardzo prawdopodobne, że nawet nie wychodząc z grupy. Litania problemów Roya Hodgsona jest wyjątkowo długa: zaczyna się od bramkarza, który stał się ostatnio pośmiewiskiem całego kraju i grzeje ławę w Manchesterze City, przez niepewną obronę i zatrzymanych w rozwoju, zbyt wcześnie ogłoszonych piłkarzami światowego formatu zawodników drugiej linii (Wilshere, Cleverley). Po eliminacyjnym meczu z Ukrainą, w którym Hodgson zdecydował się posadzić na ławce Michaela Carricka, jednego z nielicznych w tej kadrze piłkarzy, który potrafi kontrolować grę, zobaczyliśmy dawno nieoglądany horror długiej piłki. Niedawne sparingi - zakończone porażkami na Wembley i z Chile, i z grającymi w rezerwowym składzie Niemcami, odarły nas z resztek złudzeń. Tylko w ataku Anglicy mają zawodnika naprawdę wartego mundialu - Wayne'a Rooneya, ale na Włochy i Urugwaj nawet trzech Rooneyów nie wystarczy.

Oczarują: w grupie C

Mam oczywiście swoją ulubioną grupę i nie jest to, rzecz jasna, żadna z grup śmierci. Ogarnąć w jedne rozgrywki zabójczą w kontrataku Kolumbię z Falcao, przerażająco zdyscyplinowaną Grecję (niemal nie traciła bramek w meczach eliminacyjnych), dogasające złote pokolenie z Wybrzeża Kości Słoniowej i prowadzonych przez Alberto Zaccheroniego błyskotliwych kamikadze: Kagawę i Hondę - to się domaga pióra lepszego niż moje.

Jak to napisał Jerzy Pilch w "Dzienniku" pod datą 19 czerwca 2010 roku: "Jak się ogląda mundial, trzeba oglądać wszystko. Tylko frajerzy oglądają wybrane mecze, tylko oni wiedzą, które wybrać. Dziecinada czysta - na mundialu nie ma meczów mniej ważnych. Ileż to razy, gdy byłem młody i naiwny, opuszczałem jakieś spotkania na oko bezbarwne i na rozum bez znaczenia i zawsze się okazywało, że na tych trzeciorzędnych sparingach działy się rzeczy wstrząsające i niepoczytalne: jakieś monstrualne wyniki, jakieś niebywałe ekscesy, jakieś krwawe porażki stuprocentowych faworytów, jacyś kuwejccy szejkowie na płycie".

Lepsza zabawa chyba tylko w Pucharze Narodów Afryki.

Wytypuj wyniki mundialu i sprawdź kto zdobędzie mistrzostwo świata!



Relacje z najważniejszych zawodów w aplikacji Sport.pl Live na iOS, na Androida i Windows Phone

Więcej o: