Sport.pl

Paweł Trela: Polska jest driftingową potęgą

Kiedy nasi zawodnicy przyjeżdżają na międzynarodowe zawody, to często bardzo szybko eliminują zagranicznych rywali i w kolejnych przejazdach walczą już głównie między sobą' - mówi o Paweł Trela, dwukrotny driftingowy mistrz Polski, jednen z najbardziej rozpoznawalnych zawodników w Europie i konstruktor samochodów sportowych.
Paweł Trela Paweł Trela mat. prasowe

Michał Owczarek: Jak to wszystko się zaczęło? Dlaczego jesteś drifterem

Paweł Trela: Mój ojciec przez wiele lat startował w rajdach terenowych. Jeździłem z nim na zawody i pomagałem w warsztacie, więc zainteresowanie motoryzacją kiełkowało we mnie gdy byłem jeszcze dzieckiem. Kiedy zrobiłem prawo jazdy sam zacząłem startować - na początku były KJS-y, ale już rok po debiucie zdobyłem Puchar Polski Automobilklubów i Klubów, a nieco później zacząłem jeździć w Rajdowych Samochodowych Mistrzostwach Polski. Z czasem starty w rajdach na najwyższym poziomie stały się zbyt drogie, a jeżdżenie dla samego jeżdżenia nie miało dla mnie sensu. A na dodatek na odcinkach zawsze lubiłem trochę polatać bokiem. Więc kiedy mój kolega Tomek Marciniak w 2006 roku powiedział mi, że w Poznaniu Maciek Polody, człowiek, który w zasadzie sprowadził drifting do Polski, organizuje trening driftingowy, stwierdziłem - dlaczego nie? I właśnie tak to się zaczęło.

Jak zmienił się drifting w Polsce od tamtego czasu?

Zmiany widać przede wszystkim w sprzęcie. Kiedyś mieliśmy dużo słabsze technicznie samochody. Trzeba było się mocno nagimnastykować, żeby wycisnąć z auta jak najwięcej i mimo stosunkowo małej liczby koni móc nim latać bokiem. Jeździliśmy na używanych oponach, pompowaliśmy je na maksa żeby łatwiej było zerwać przyczepność, utwardzaliśmy zawieszenie jak się dało i jakoś te samochody się ślizgały. Z biegiem lat dostępność części i nasze doświadczenie rosły, więc konstrukcje stawały się coraz lepsze. Teraz zbudowanie auta o mocy ponad 400 KM wcale nie jest trudne. Pojawiło się za to inne wyzwanie - walka o dobrą trakcję. Mój Opel GT może mieć nawet 900 koni mechanicznych mocy i wytwarzać ponad 1000 Nm momentu obrotowego. To naprawdę sporo do opanowania, często więcej, niż potrzeba. Ale trzeba to jakoś przenieść na asfalt. W driftingu przyczepność jest wbrew pozorom również bardzo ważna, a jej utrata musi być pod pełną kontrolą. Dodatkowo w ligach wprowadzono ograniczenia dotyczące rodzajów opon i ich szerokości. Dlatego modyfikujemy zawieszenie, jego geometrię, regulujemy ciśnienie w oponach i wybieramy odpowiednie ich modele, żeby samochód prowadził się jak najlepiej. Bez wątpienia poziom aut driftingowych w Polsce i na świecie bardzo wzrósł. Najlepsze z nich praktycznie nie odstają technologicznie od rajdówek z WRC. Mamy o tyle lepiej, że w tej dyscyplinie sportu wymagania nie są aż tak restrykcyjne. Dla przykładu do BMW można włożyć silnik z Toyoty, dodać mu wtrysk podtlenku azotu i dużą turbosprężarkę, i takie auto będzie mogło wystartować praktycznie w każdych zawodach. To upraszcza sprawę i obniża koszty, które w motorsporcie zawsze są ograniczeniem. A te, przy rywalizacji na takim poziomie nie są już wcale niskie. Kiedyś braliśmy zużyte opony od znajomych wulkanizatorów, dzisiaj jeździmy tylko na nowych i to takich z górnej półki. I w ciągu jednego sezonu potrafimy ich zużyć kilkaset. No cóż, takie są uroki rozwoju każdej dyscypliny sportu.

Czy tak samo jak auta, zmieniły się umiejętności naszych drifterów? Jak wypadamy na tle Europy i reszty Świata??

Poziom w Polsce jest naprawdę wysoki. Jesteśmy chyba jednym krajem, w którym mamy kilku, a nawet kilkunastu kierowców z totalnej europejskiej czołówki. W prawie każdym państwie znajdziemy jednego lub dwóch drifterów na takim poziomie. Ale kiedy nasi zawodnicy przyjeżdżają na międzynarodowe zawody, to często bardzo szybko eliminują zagranicznych rywali i w kolejnych przejazdach walczą już głównie między sobą. Tak było na przykład na ubiegłorocznych zawodach na legendarnym Nürburgringu, które dzięki wygranej wspominam bardzo miło. Eliminacje przeszło dziewięciu Polaków i 23 zawodników z innych państw. A w najlepszej 16 znalazło się już tylko ośmiu kolegów z zagranicy i tyle samo naszych zawodników. Wydaje mi się, że nazwanie Polski driftingową potęgą wcale nie będzie przesadą. Również organizacja zawodów jest u nas na wysokim poziomie. Nie mamy się czego wstydzić. Oczywiście, zawsze można coś zrobić lepiej, ale widać, że organizatorzy lig nie spoczywają na laurach i co roku starają się o wyższy poziom. 

Paweł Trela Paweł Trela mat. prasowe

A jak ocenisz popularność driftingu w naszym kraju??

To ciekawa kwestia. Z jednej strony z roku na rok popularność tego sportu rośnie i tak naprawdę nie ma teraz imprezy motoryzacyjnej, na której nie byłoby pokazów driftingu albo chociaż stoiska z autami tego typu. Widać, że to zjawiskowy sport, który przyciąga uwagę. Zauważyłem jednak, że w takich krajach jak Litwa, Łotwa, Białoruś czy Ukraina frekwencja kibiców i ich zaangażowanie w rywalizację są większe. Dopingują każdego, nie tylko swoich. To jest super. Wydaje mi się, że w Polsce trochę nie ma pomysłu, jak wykorzystać potencjał driftingu. Brakuje odpowiedniej promocji, więc i funduszy. Mam prosty przykład. W Stanach Zjednoczonych każdy zespół ma swojego sponsora oponiarskiego. W Polsce żadna firma z tej branży nie chce wchodzić w drifting. Wszystkim wydaje się, że ludzie będą łączyć ich opony z poślizgiem, a przecież przyczepność jest najważniejsza. Nikt nie rozumie, że i w tym sporcie jest ona bardzo ważna. Z drugiej strony Polacy bardziej przykładają się do kwestii organizacyjnych i to jest u nas na wyższym poziomie, niż na Wschodzie. 

W driftingu królują Nissany, BMW i Toyoty. Ty masz Opla GT. Skąd taki szalony pomysł?

Nie powielam schematów. Chciałem zbudować coś nowego. Auto, które na driftingowej scenie naprawdę będzie się wyróżniać. Dlatego wybrałem właśnie Opla GT. Samochód praktycznie niespotykany w tym sporcie. Co prawda podobnym autem jeździł wcześniej w amerykańskiej lidze Formula Drift Darren McNamara, ale nie trwało to zbyt długo - rozbił i nie zdecydował się na odbudowę. Nie kierowałem się jedynie kryterium oryginalności. Ten samochód dał mi większe możliwości techniczne. Przede wszystkim bez specjalnych modyfikacji mieści się w nim motor, z którego w driftingu chętnie korzystamy, czyli rzędowy, 6-cylindrowy 2JZ-GT od Toyoty. Ponadto auto daje się spokojnie wyważyć w proporcjach 50/50. Na dodatek fabrycznie zastosowano w nim podwójne wahacze trójkątne, czyli rozwiązanie stosowane nawet w Formule 1, a nie popularne w zwykłych autach kolumny McPhersona. 

Paweł Trela Paweł Trela mat. prasowe

MayBug Ronin - dlaczego Twoje auto ma taki pseudonim??

To pomysł ekipy, by tak je nazwać. Kiedy skończyliśmy nadwozie, a jeszcze nie zdążyliśmy zrobić oklejenia, auto było całe czarne. Okrągły kształt i jednolity kolor skojarzył mi się z chrabąszczem. No i tak już zostało. Za to przydomek Ronin nadaliśmy mu dopiero w zeszłym sezonie. Na pomysł wpadł nasz zaprzyjaźniony grafik, Kuba Dunikowski. Ronin to samuraj bez pana. A ja nigdy nie jeździłem w zespole z innym zawodnikiem, lubię działać po swojemu, a na dodatek w zeszłym roku przestaliśmy współpracować z naszym dotychczasowym głównym sponsorem, Castrolem. Na aucie zrobiło się sporo miejsca, więc zajął je samuraj. Wszystko łączy się w całość. W tym sezonie przygotowaliśmy nowy wygląd MayBuga. Wróciliśmy do czerni, zieleni i szarości. Lubię te kolory.

Wielu kibicom podoba się Twoje auto. Ale jaka była reakcja Twoich kolegów na tak nietypową konstrukcję??

Koledzy patrzyli z lekkim niedowierzaniem na ten projekt, bo to dosyć krótki i szeroki samochód. Niektórzy sugerowali, że ten wybór to strzał w kolano, że auto będzie zbyt nerwowe w prowadzeniu. Ale kiedy razem z zespołem dobrze je zestroiliśmy, okazało się, że jest niesamowicie szybkie i po potrafi wygrywać zawody. To prawda, jest nerwowe i bardzo agresywne. Nissan, którego miałem wcześniej prowadził się dużo łatwiej. Żartowaliśmy z ekipą, że w czasie przejazdu można w nim pić z termosu i jeść kanapki. A tutaj jest ciągła walka i wszystko dzieje się trzy razy szybciej. To po części zamierzony efekt. Nie lubię jeździć czymś, co łatwo się prowadzi. Coś takiego nie ma dla mnie sensu, jest nudne. Gdybym budował teraz dla siebie rajdówkę, to wolałbym zbudować kit cara z Citroena Xsary, w której trzeba by się mocno napocić, żeby trafić w trasę, niż dużo prostsze w prowadzeniu, dobrze znane i popularne Mitsubishi Evo X

Paweł Trela Paweł Trela mat. prasowe

Skąd takie zacięcie do budowania własnych aut??

Po tacie. On często pracował w garażu przy swoich samochodach, a ja chętnie do niego zaglądałem i pomagałem. Z czasem sam zacząłem budować własne konstrukcje. Przerobiłem tylnonapędową Sierrę na auto 4x4 z mocniejszym silnikiem, przygotowałem do rajdów Opla Astrę GSI i Mazdę 323 GTR. Później przyszedł czas na driftowozy - Sierrę BiTurbo, Nissana 200SX S13 i w końcu Opla GT. Od lat rozwijam moją firmę Trela Motorsport, w której przygotowujemy auta do sportów motorowych. Na koncie mamy m.in. takie projekty jak Trabant dostosowany do startów w Historycznych Rajdowych Samochodowych Mistrzostwach Polski i Polonez opracowany z myślą o wyścigach na ćwierć mili. Tyle się tego zebrało, że ostatnio zostałem nawet wykładowcą Uczelni Techniczno-Handlowej w Warszawie, gdzie opowiadam studentom właśnie o konstrukcji samochodów sportowych. Muszę przyznać, że zainteresowanie tymi zajęciami przerosło moje oczekiwania. Tym bardziej, że odbywają się w soboty. Po pierwszych spotkaniach ze studentami już wspólnie z Uczelnią Techniczno-Handlową planujemy kolejne wykłady.

Słyniesz z ostrej jazdy na granicy. Wiele osób właśnie za to Cię ceni. Ale to zawsze ryzyko. Nie boisz się wypadków? W zeszłym sezonie miałeś chyba najpoważniejszego dzwona w karierze.

Zawsze jeżdżę na maksa. Mam to w naturze. Zdarzały się takie sytuacje, że przegiąłem i pewnie lepiej byłoby nieco przyhamować. Tym bardziej, że drifting to często bardzo kontaktowy sport. Dzwon w Płocku to typowy nieszczęśliwy wypadek. To był chyba mój pierwszy przejazd treningowy na tych zawodach. Miałem około 80 km/h na liczniku i kiedy jechałem wzdłuż betonowej ściany wysiadło mi wspomaganie. Przez kawałek opony spadł pasek od pompy i auto po prostu przestało mnie słuchać. Wypadłem z toru i uderzyłem w betonową bandę. Przód mojego driftowozu był zupełnie skasowany. Na szczęście mi nic poważnego się nie stało. Takie wypadki wpływają na psychikę. Ale nie dlatego, że boję się o zdrowie. Strach jest przed tym, że uszkodzę auto i nie będzie w czym dokończyć zawodów albo pojechać w następnych. Tym bardziej, że nie mam żadnej jeżdżącej konstrukcji w zapasie.  

Paweł Trela Paweł Trela mat. prasowe

Skasowałeś auto, nad którym pracowałeś przez kilka lat. Nie miałeś ochoty się poddać??

Na początku łudziliśmy się z ekipą, że nie jest tak źle i auto da się poskładać. Dopiero po dokładnych oględzinach w warsztacie stwierdziliśmy, że nie jest tak kolorowo. Na szczęście mieliśmy zapasowe nadwozie. Był plan, żeby z niego i rozbitego auta złożyć sprawną całość. Ale okazało się, że to nie ma to sensu. Lepszym pomysłem było zbudowanie nowej konstrukcji. Nie mieliśmy z nikim podpisanej żadnej umowy, więc nie musieliśmy się śpieszyć. Ale nie poddajemy się, chcieliśmy zdążyć na następne zawody i koniec końców odbudowaliśmy MayBuga w trzy tygodnie. Oczywiście wielka w tym zasługa naszych przyjaciół i fanów, którzy od razu rzucili się z propozycjami pomocy. Kiedy tylko w świat poszła informacja o tym, co się stało, dostaliśmy mnóstwo pytań o to, jak można nam przesłać parę groszy. W Danii nasi przyjaciele zorganizowali spontaniczną zbiórkę pieniędzy, która była dla nas totalną niespodzianką.  Znajomi chcieli nas ratować częściami, niektórzy proponowali nawet pożyczenie wozów. Nie lubimy prosić o pomoc. Ale żeby to wszystko ogarnąć postanowiliśmy zorganizować zbiórkę na portalu crowdfundingowym. Muszę przyznać, że jej efekty przerosły nasze oczekiwania. Dostaliśmy więcej, niż wstępnie zakładaliśmy. Wtedy zdałem sobie sprawę, jak wielu dobrych ludzi jest w środowisku driftingowym. Nawet osoby, z którymi nie znamy się bliżej chciały pomóc. Coś niesamowitego.

Squash, snowboard, rower górski - przeglądając Twoje profile w mediach społecznościowych pokazują, że drifting nie jest jedynym sportem, który uprawiasz. Czy Paweł Trela potrafi usiedzieć na miejscu?

Od niedawna potrafi, bo ma symulator w domu (śmiech). Wychodzę z założenia, że w życiu trzeba coś robić. A jako, że zawody driftingowe nie są w każdy weekend, więc uprawiam inne sporty. Kiedyś na desce jeździłem dużo więcej, ale teraz coraz trudniej znaleźć mi czas na zimowe wypady na stok. Squash to łatwiejsza logistycznie sprawa, więc lubię się czasami zmęczyć z rakietą w ręce. A rower w pewnym sensie odkryłem na nowo, bo w dzieciństwie lubiłem się na nim trochę powściekać. Co do siedzenia w domu, to razem z moim kolegą i spoterem w naszym zespole, Łukaszem Kaliszewskim zbudowaliśmy dwa symulatory. Łukasz jest pasjonatem takich sprzętów, a na dodatek prowadzi firmę Simetics, która zajmuje się ich budową. Więc tej zimy wieczory spędzaliśmy latając bokiem w wirtualnym świecie. Na początku było mi ciężko, bo dużo łatwiej jest przesiąść się z symulatora do prawdziwego auta, niż odwrotnie. W rzeczywistości wszystkie przeciążenia i zachowanie samochodu czuje się całym ciałem. Tutaj można polegać jedynie na wzroku i działaniu kierownicy, a do tego wszystko dzieje się szybciej. Więc w pierwszej chwili byłem nieźle wkurzony, bo nie wiedziałem, dlaczego nic mi nie wychodzi i jaka jest tego przyczyna. Ale po pewnym czasie przyzwyczaiłem się i nawet byłem zaskoczony efektami. Szczególnie wtedy, kiedy w styczniu, w czasie Motoorkiestry w Płocku wsiadłem za kierownicę auta treningowego pożyczonego od Piotrka Więcka. Zrobiłem to trochę niechętnie, bo zawsze boje się o cudze auta, a betonowe bandy na stadionie Wisły dobrze znam.... Na dodatek Piotrek jest trochę wyższy ode mnie, więc i zajęcie odpowiedniej pozycji za kierownicą nie było łatwe. Jednak już po przejechaniu połowy kółka w miarę wjeździłem się w jego driftowóz. Jak treningi na symulatorze dalej zaprocentują? Zobaczymy na kolejnych zawodach. 

No właśnie, to gdzie można będzie można zobaczyć Team Trela w tym roku?

Sezon zaczynamy od pierwszej rundy Driftingowych Mistrzostw Polski na warszawskim Bemowie, która startuje już niedługo, bo 19 maja. Na kilka następnych zawodów w ramach DMP też chcemy wpaść. Oprócz tego szykujemy się oczywiście na Drift Masters Grand Prix, w którym zamierzamy zaliczyć wszystkie rundy. Ta liga w tym roku idzie naprawdę międzynarodowo, więc liczymy na dobrą zabawę i ostrą walkę. Znajomi wyciągają nas również na imprezy za granicą - na Białorusi i Ukrainie - ale zobaczymy jak to się złoży. Zawodów jest naprawdę cała masa, więc czasami musimy z czegoś zrezygnować.

Paweł Trela Paweł Trela mat. prasowe

Czego życzyć Ci przed kolejnym intensywnym sezonem?

Szczęścia. Jak ono będzie, to wszystko inne się uda. 

A gdybyś miał go tyle, że wygrałbyś fortunę w totolotka, to co byś zrobił?

?Na pewno zbudowałbym rajdówkę! Moim wielkim marzeniem jest powrót na rajdowe trasy. Ale oczywiście nie porzuciłbym driftingu. Chciałbym przejeździć jeden sezon w Japonii, w końcu stamtąd to wszystko się wzięło. Pojechałbym również do USA, żeby wystartować Formuła Drift, dla wielu najlepszej lidze driftingowej na świecie. Oczywiście po wcześniejszych, solidnych przygotowaniach w moim stylu. Podobają mi się również te australijskie wyścigi pickupów Stadium Super Trucks, z których relacje są ostatnio popularne w internecie. W tym też chętnie bym wystartował, bo dlaczego nie? Pomysłów mam wiele.

Więcej o: