Powietrzna Formuła 1 w raju - relacja z Abu Zabi

Fot. HO REUTERS

Ruszyły mistrzostwa świata Red Bull Air Race. I nie potrzeba dużej wyobraźni, aby, będąc na inauguracji w Abu Zabi, poczuć się jak podczas Grand Prix Formuły 1.
Mistrzostwa świata Red Bull Air Race to cykl wyścigów, w których w tym sezonie rywalizuje 15 pilotów w superlekkich, szybkich i zwrotnych samolotach. Walka nie toczy się jednak bezpośrednio między nimi, bo ścigać trzeba się z czasem - specjalnie wytyczaną trasę między pompowanymi, ponad dwudziestometrowymi bramkami piloci przelatują pojedynczo. Liczy się nie tylko szybkość, ale także precyzja - wymagane są slalomy, obroty czy pokonywanie wyznaczonych bramek w konkretnej pozycji. Przeloty są widowiskowe, ale dla pilotów - wymagające.

Red Bull Air Race wymyślono w 2001 roku. Celem było połączenie latania z wyścigami samochodowymi. Pierwszy wyścig w austriackim Zeltweg odbył się w 2003 roku. Oglądało go na żywo kilkaset tysięcy osób.

W piątek tysiące obserwowały zmagania z plaż Zatoki Perskiej w Abu Zabi. Kwalifikacje do sobotniego wyścigu wygrał broniący mistrzowskiego tytułu Austriak Hannes Arch, który w drugim przelocie osiągnął czas 1:26,33 minuty. Gospodarze byli zadowoleni - Arch od niedawna sponsorowany jest właśnie przez emirat Abu Zabi, który poprzez mistrza świata chce promować swoje walory turystyczne. Zapewne m.in. po to, aby w listopadzie nad Zatokę Perską przyjechali fani F1 na wyścig kończący mistrzostwa.

Red Bull Air Race ma kilka wspólnych cech z F1. Samoloty, tak jak samochody Lewisa Hamiltona i jego rywali, należą do najbardziej wyjątkowych na świecie. W użyciu są dwa modele - Edge 540 produkowany przez Zivko Astronautic z Oklahomy i MXS-R z także amerykańskiej MXR Technologies. Pierwszych, z których korzysta 10 pilotów (m.in. Arch), jest na świecie 45. Drugich jest tylko pięć - wszystkie wyprodukowano na potrzeby Red Bull Air Race.

Powietrzne bolidy ważą zaledwie 530-590 kilogramów. Potrafią rozwijać prędkości do ponad 420 km/h, ale, w odróżnieniu od samochodów F1, nie są tak potwornie głośne. Szczególnie imponuje ich zwrotność, z której piloci muszą korzystać często, ale i rozważnie. Każde dotknięcie, a co gorsza ścięcie pylonu którejkolwiek z bramek, jest karane poprzez dodanie sekund do osiągniętego czasu. Takie błędy mogą oznaczać koniec szans na punkty w mistrzostwach - tak, jak wypadnięcie z toru lub nawet drobna kolizja w F1.

Z drugiej strony, podobnie jak w F1, błędy bywają najbardziej widowiskowe - najciekawszymi momentami piątkowych kwalifikacji były właśnie "ścięcia" pylonów, które nawet lekko draśnięte skrzydłem, szybko opadały do wody. Motorówki z ekipami technicznymi natychmiast ruszały jednak z nabrzeża i po kilku minutach gotowe były nowe bramki.

Piloci pod niektórymi względami kierowców F1 przypominają, ale w innych różnią się i to znacznie. Podobieństwa? Choćby chudnięcie. W ślady Roberta Kubicy poszło w tym roku kilku pilotów, którzy, wraz z "odchudzaniem" samolotu, chcieli osiągnąć jak najbardziej zwrotny i "czuły" bolid. Z drugiej strony muszą być wytrzymali - szczególnie narażone są mięśnie karku, bo na pilotów działają przeciążenia sięgające nawet 12 g! To dwukrotnie więcej niż w F1.

Do kierowców upodabnia ich także maniakalne poświęcenie się dyscyplinie. Choć w tym roku odbędzie się tylko sześć wyścigów, piloci spędzają "w pracy" ponad 200 dni w ciągu roku. Treningi, przejazdy, obowiązki wobec mediów i sponsorów pochłaniają masę czasu. Ale są i tacy, którzy niejako wzorem Kubicy, nie myślą o niczym innym poza lataniem. Polak, zapytany kiedyś o to, co zabrałby na bezludną wyspę, na pierwszym miejscu wymienił opony. Francuski pilot Nicolas Ivanoff swoje zainteresowania zamknął w trzech słowach: latanie, latanie, latanie.

Piloci są starsi niż kierowcy. Najmłodszy w stawce debiutant Kanadyjczyk Pete McLeod, urodził się tylko kilka miesięcy wcześniej niż Kubica - niedawno skończył 25 lat. Najstarszy - Amerykanin Mike Mangold - ma 54 lata. Brytyjczyk Nigel Lamb i Węgier Peter Besenyei - po 53.

Piloci mają także ciekawsze historie życiowe - Australijczyk Mike Hall jako pilot Królewskich Sił Powietrznych Australii uczestniczył w 2003 roku w wojnie irackiej. Z kolei np. Mangold, także po służbie wojskowej, pilotował rejsowe Boeingi.

Tak jak kierowcy F1, piloci w wyznaczonych porach są do dyspozycji mediów w specjalnie wyznaczonych miejscach, w specjalnie wyznaczonej porze. Lotniczy padok wygląda podobnie do samochodowego, tylko że zamiast ciężarówek i siedzib zespołów, są hangary z samolotami. No i padok nie znajduje się tuż za trasą toru...

Jedzie się do niego kilkanaście minut, bo samoloty, choć latają nad zatoką tuż przy najbardziej znanej dzielnicy Abu Zabi, startują ze specjalnego małego lotniska na obrzeżach miasta. Podróżując do niego przez reprezentacyjną dla całego emiratu, szeroką aleją Corniche, można mieć złudzenie pobytu w postmodernistycznym raju - bloki mieszkalne, które wyglądają jak najnowocześniejsze hotele, oddzielają od kilkupasmowej jezdni malownicze parki wypełnione rodzinami na piknikach. Natłok budynków (co kilkaset metrów wciąż budowane są nowe!) nie zakłóca jednak wrażenia porządku. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze w połowie XX wieku była tu tylko osada na pustyni.

W sobotę, w tej niesamowitej scenerii, finał pierwszego wyścigu sezonu. Następne odbędą się w San Diego, kanadyjskim Ontario, Budapeszcie, Porto i Barcelonie.

Sport.pl na wideo