Sport.pl

Kupiłem to! Na rajdy złego słowa już nie powiem

Przyznaję się - na spotkania z Kajetanem Kajetanowiczem jechałem z dystansem. Wiedziałem tylko, że to czterokrotny mistrz Polski, ale nie robiło to na mnie specjalnego wrażenia. W końcu od lat uznawałem rajdy za sport drugiej kategorii.
- No jaki to rajd? - zapytał Kajetan, gdy dzień wcześniej oglądałem filmy z jego występów. Podpowiadał, że jeden z ważniejszych, że na wyspie, że było dużo zieleni. Milczałem, nie miałem pojęcia, o czym mówi. Ale też nie chciałem zdradzić, że jestem rajdowym żółtodziobem. Wtedy cały plan ległby w gruzach.

0:10 lub 1:10

Pojechałem do Ustronia przekonać się, co tysiące ludzi widzi w ryczących autach, które podczas wyścigu widać przez pięć sekund. Wrrrr, ostry zakręt i tyle samochód widzieli. Jak to się ma do pasjonującego mundialu, z którego opuściłem tylko kilka meczów? Albo do atmosfery na meczach siatkówki? Lub do męskiego do bólu hokeja na lodzie? No i podstawowe pytania: czy to właściwie jest sport, czy raczej wyścig motoryzacyjnych zbrojeń?

Wchodzę na namiotu, wita nas Łukasz Mika, specjalista ds. psychologii w sporcie, który trenuje z Kajetanowiczem. Żongluje dwoma piłkami, jakby miał tik nerwowy. - Tak ćwiczysz zręczność i koncentrację. Jak piłka upadnie, zaczynasz się denerwować i dalej jest stres. A "Kajto" w ramach treningu żongluje pięcioma piłeczkami, i to siedząc na wielkiej piłce - opowiada.

Później zdradza, że grają z Kajetanem w tzw. łapki, które również ćwiczą refleks. - Zawsze przegrywam 0:10 lub 1:10 - nie kryje.

- A ja wam polecam specjalną aplikację, w której jest wiele zadań na kojarzenie, refleks czy koncentrację. Jak mam tylko chwilę wolnego, to w ramach treningu rozwiązuję kolejne zadania. To w czasie wyścigu bardzo pomaga - opowiada z kolei Jarosław Baran, pilot Kajetanowicza.

Nie powiem, jestem pod wrażeniem, ale to ciągle tylko połączenie szybkości z psychiką. A gdzie pot, krew i łzy? - A widzisz tę górę? Kajetan wbiega tam kilka razy w tygodniu - mówi człowiek z kilkunastoosobowego zespołu Kajetanowicza. No dobra, Giewont to nie był, ale niejeden amator miałby problem z wejściem, a co dopiero wbiegnięciem na szczyt. W końcu zjawia się mój kierowca.

Sto ruchów na minutę

- Zapraszam, zapraszam - wskazuje drzwi do samochodu. Wcześniej widziałem, jak jego ludzie robili jakieś dziwne nacięcia na oponach (dla lepszego odprowadzania wody), regulowali zawieszenie i dostosowywali pojazd do zmiennych warunków. Znajdowali też czas, by po każdym przejeździe przemyć samochód (wiadomo, sponsorzy żądają, by ich reklamy były widoczne). Wszystko idealnie skoordynowane, każdy wie, co ma robić.

Człowiek z ekipy Kajetanowicza wcisnął mi kask na głowę, a pasami niemal wbił w fotel. Ruchu niewiele, w samochodzie gorąco, a za chwilę z boku pojawia się mój kierowca. - To co, jedziemy? - pyta Kajetanowicz.

Zaczyna się. Gaz, bieg, gaz, bieg, zakręt, gaz, bieg, hamulec, zakręt, zakręt. W samochodzie gorąco, miejsca niewiele, a on zasuwa. Przebiera nogami, rękami, kręci kierownicą, łapie za hamulec, wykonuje ze sto ruchów na minutę. No i ma oczy dookoła głowy, bo skąd ma wiedzieć, czy zaraz nie wyskoczy coś z pobliskich krzaków?

Do tego nie może jak piłkarz źle kopnąć lub siatkarz niechlujnie odbić, bo zaraz zawiniemy się na pobliskim płocie lub słupie. Tę trasę Kajetan akurat znał doskonale, ale co, gdy jedzie po odcinku, który widzi trzeci raz i musi całkowicie zawierzyć pilotowi? Nie dość, że wtedy przebiera wszystkimi kończynami, to jeszcze musi ekspresowo przekazywać sygnały z ucha do mózgu i dalej.

- To już mój kolejny przejazd dziś, więc zmęczenie się udziela. Ale koncentracji nie mogę stracić, bo jedna pomyłka byłaby dla nas obu bardzo kosztowna - podkreśla Kajetanowicz, gdy jedziemy już zwykłą drogą. Mijają trzy minuty, gdy czuję, że mięśnie nóg powoli zaczynają mi się rozluźniać.

Po wyjściu z samochodu miałem zdradzić Kajetanowi mój chytry i zakonspirowany plan, ale trochę niezręcznie było przyznać, że jeszcze kilka godzin temu uważałem kierowców za sportowców drugiej kategorii.



Więcej o: