Sport.pl

Niesamowity maratończyk chce złamać barierę wyobraźni! Ale nie wszyscy mu kibicują

Nie było go na mistrzostwach świata w Dosze, bo szykował się do własnych. Odbędą się w sobotę w Wiedniu. I jeśli potrwają krócej niż dwie godziny, to będzie o nich głośniej niż było o tych, które dopiero co rozegrano w Katarze. Eliud Kipchoge po raz drugi spróbuje złamać barierę wyobraźni w maratonie. Ale nie wszyscy mu kibicują.

Lewandowski potrzebuje pomocy. Brzęczek odwróci nastroje w kadrze? [SEKCJA PIŁKARSKA]

Dwie godziny i 25 sekund - to czas osiągnięty przez Kenijczyka w pierwszej, kontrowersyjnej próbie. Dwa i pół roku temu na znanym z Formuły 1 włoskim torze Mozna Kipchoge próbował zostać pierwszym człowiekiem w historii, który przebiegnie dystans maratoński w czasie krótszym niż dwie godziny. - Jestem na drzewie, wszedłem na wyższą gałąź i wejdę na szczyt - mówił, gdy się nie udało. Teraz, przed sobotnią próbą numer dwa, Kenijczyk mówi, że wybiera się na Księżyc.

Ruszył z glinianych dróg, a nie z superośrodka

Do Wiednia przyjechał od siebie. Tym razem szykował się tam, gdzie robił to zawsze - w Kaptagat, w wiosce położonej na wysokości 2400 m nad poziomem morza, w warunkach naturalnych, na - jak piszą ze zdziwieniem zachodnie media - glinianych drogach.

Do "Breaking2", czyli pierwszej próby łamania dwóch godzin, Kipchoge był przygotowywany przez naukowców w supernowoczesnym ośrodku Nike w Beaverton w stanie Oregon. Teraz uznał, że chce wprowadzić trochę swoich warunków. Na miejsce biegania wybrał czy wybrano dla niego wiedeński park Prater. Organizatorów poprosił, by na trasie kibicowali mu ludzie, ze sobą przywiózł najbliższych - żonę i trójkę dzieci. To zmiany radykalne. Dwa lata temu biegał po pustym torze, o rodzinie zupełnie nie myślał, uznając, że obecność bliskich może go zdekoncentrować.

- Dostanie drugiej szansy na złamanie dwóch godzin to ekscytująca sprawa - mówi. - Tym razem jestem spokojny. Ostatniej nocy przed Breaking2 nie zmrużyłem oka, a teraz mam nadzieję przespać kilka godzin. Żona i dzieci pierwszy raz zobaczą jak się ścigam. Pragnąłem, żeby widzieli jak tworzę historię. Zrobię to. Zawsze powtarzam, że człowiek nie jest niczym ograniczony. Poza tym naprawdę na Monzy dużo się nauczyłem - dodaje.

Złote dziecko z przyspieszonym kursem dorastania

Kipchoge dużo nauczył się nie tylko na Monzy. Ma prawie 35 lat i dopiero 13 startów na 42 195 m. Odniósł 12 zwycięstw, w tym olimpijskie, na igrzyskach w Rio w 2016 roku. Raz zajął drugie miejsce. Jest oficjalnym rekordzistą świata, w 2018 roku w Berlinie, w zwykłym biegu, a nie tak ustawionym pod siebie jak ten z próbą bicia dwóch godzin, uzyskał czas 2 godziny 1 minuta i 39 sekund. Sukcesy zawdzięcza odwadze. Nie bał się zmian, gdy był już zawodnikiem doświadczonym, by nie powiedzieć zaawansowanym wiekowo - pierwszy maraton przebiegł dopiero w 2013 roku, jako 29-latek.

Znany stał się jako 18-latek, który został sensacyjnym mistrzem świata w biegu na 5000 metrów. Na mistrzostwa do Paryża w 2003 roku przyjechał jako juniorski mistrz globu w przełajach. A pogodził Hichama El Guerrouja i Kenenisę Bekele, czyli legendy średnich dystansów. Szybko został złotym dzieckiem, ale kiedy wróżono mu kolejne wielkie rzeczy, on ich nie osiągał. Był mocny, zdobywał jeszcze medale (brąz igrzysk w Atenach w 2004 i srebro igrzysk w Pekinie w 2008 oraz srebro MŚ w Osace w 2007), ale już nie wygrywał. A w końcu zaczął wyraźnie przegrywać. W 2012 roku nie zakwalifikował się nawet do kenijskiej kadry na igrzyska w Londynie.

Wtedy zmienił wszystko i po zostaniu maratończykiem w Londynie ma już cztery zwycięstwa. To coś, czym nie może się pochwalić nikt inny. Pod koniec kwietnia bez specjalnego zmęczenia uzyskał tam drugi wówczas wynik w maratonie w historii. Nie dał szans między innymi Mo Farahowi, czterokrotnemu mistrzowi olimpijskiemu z bieżni (Brytyjczyk po dwa złota zdobył na 5000 i 10 000 m), który teraz będzie jednym z jego 41 specjalnych pomocników.

Było "Just do it", jest "Don't do it"

Plejadę gwiazd do Wiednia ściągnęli sponsorzy. Kipchoge będzie na zmiany prowadzony przez wybitnych maratończyków i średniodystansowców, medalistów igrzysk olimpijskich, mistrzostw świata i mistrzostw różnych kontynentów. Po 5-10 km razem z nim mają biec i osłaniać go od wiatru w ustawieniu przetestowanym już w tunelu aerodynamicznym m.in. Farah, Bernard Lagat, Matthew Centrowitz czy trzej norwescy bracia Ingebrigtsenowie. Do Wiednia zjechali ludzie, którzy dopiero co walczyli o medale mistrzostw świata w Dosze. W sumie jest takich 10. Centrowitz, Ronald Kwemoi i Jakob Ingebritsen biegli w finale 1500 m z naszym Marcinem Lewandowskim, a 19-letni Norweg przegrał z Polakiem finisz o brąz.

Kipchoge dostanie absolutnie najlepszych pacemakerów, którzy będą się zmieniać jak w sztafecie. Już to wystarczy, by World Athletics (to nowa nazwa IAAF) nie uznało ewentualnego rekordu, tak jak zresztą nieuznany jest czas 2:00,25 sprzed dwóch lat. A nowinek niezgodnych z regulaminem klasycznego biegania będzie więcej. Firma Nike przygotowała dla Kenijczyka kolejną wersję "siedmiomilowych" butów. Wyposażone w specjalną wkładkę z włókna węglowego mają tak oddawać energię, że w sumie czas zawodnika będzie lepszy o jeden procent. Jeśli wyliczenia są prezycyzjnie - a naukowcy zatrudnieni przez amerykańskiego giganta za to ręczą - to zatrzymajmy się przy czasie uznanym za oficjalny rekord świata, by pokazać, ile da technologiczne wsparcie. Dwie godziny, jedna minuta i 39 sekund to powszechnie uznawany najlepszy w historii rezultat w maratonie. Gdyby Kipchoge w ubiegłym roku w Berlinie biegł w tych butach, które dostał teraz, urwałby jeden procent z wyniku, czyli już wtedy osiągnąłby czas bardzo podobny do tego z Monzy (2:00,25).

W Wiedniu Kenijczykowi pomagać mają też rowerzyści podający specjalne napoje (w tym stworzony w Szwecji, podobno najlepszy w historii izotonik), które w normalnych maratonach zawodnik musi sobie sam wziąć ze stolika. A przede wszystkim człowiek ścigający się z czasem ma ten czas mieć cały czas wyświetlony przed sobą w formie laserowej linii. Zielona kreska ma być widoczna 20 jardów (18 metrów) za elektrycznym autem i - najpewniej takie będą ostateczne ustalenia - będzie pokazywała Kenijczykowi czas na 1:59.40 albo 1:59.50, by nawet w razie osłabnięcia w końcówce mógł tę linię gonić z nadzieją, że zmieści się w limicie dwóch godzin.

Testy auta, laserów, ustawienia biegaczy i wszystkiego, co nie może zawieść, przeprowadzono już na początku września. Okazało się, że laser z SUV-a jest niemal idealny - przez dwie godziny pracy mylił się najwyżej o niecały metr, czyli o zaledwie 0,2 s. Gdyby doszło do awarii, w gotowości będzie drugi, identyczny i identycznie wyposażony SUV. Oba wyświetlają nie tylko linię oznaczającą tempo na konkretny czas, ale też kreski wyznaczające tory dla pomocników Kipchoge'a.

MaratonMaraton Daily Mail

- Jeśli ten rekord padnie, będzie to takie wydarzenie, jakim byłoby pobicie rekordu świata w skoku wzwyż [w 1993 Javier Sotomayor skoczył 2,45 m] na Marsie, gdzie występuje mniejsza grawitacja niż na ziemi - podsumowuje Ross Tucker, znany naukowiec z RPA zajmujący się badaniem różnych zjawisk ze świata sportu.

Ale stworzenie szczególnie sprzyjających, nienaturalnych warunków to i tak nie jest największy problem sobotniego wydarzenia. Bardziej palące pytanie brzmi: kto płaci za wysłanie tej maratońskiej ekspedycji na Marsa?

Poprzednią, nieudaną wyprawę, w całości finansowała firma Nike. Teraz jest ważną częścią projektu. Ona stworzyła zespół wsparcia naukowego, Kipchoge jest poniekąd jej biegaczem, bo Nike sponsoruje grupę NN Running Team, w której barwach Kenijczyk startuje. Nike nie ma teraz dobrej prasy, świat sportu nie przestaje dyskutować o aferze dopingowej Nike Oregon Project. 

Kipchoge za pomocników będzie miał Faraha i Centrowitza, czyli biegaczy zdyskwalifikowanego właśnie na cztery lata trenera Alberto Salazara. Szanowani publicyści, jak David Walsh z "Timesa" (pomagał udowodnić, że koksiarzem, a nie superbohaterem był kolarz Lance Armstrong) nazywają nawet Nike Rosją Zachodu.

USADA (Amerykańska Agencja Antydopingowa) ustaliła, że szefowie giganta wiedzieli, co robią Salazar i jego ludzie. Z maili wymienianych między niesławnym trenerem i współpracującym z nim lekarzem Jeffreyem Brownem a Markiem Parkerem wynika, że prezes Nike dostawał szczegółowe informacje o tym jakie kontrowersyjne środki (np. leki niedoczynność tarczycy zalecano zdrowym biegaczom) testują ludzie prowadzący sportowców z Nike Oregon Project. Nietrudno zatem zrozumieć skojarzenia takich działań z narodowym systemem dopingu działającym w rosyjskim sporcie.

Ale Nike nie przestaje robić dobrej miny do bardzo złej gry. "Przez ciągle powtarzające się dwuznaczne, a bezpodstawne twierdzenia nasi sportowcy nie mogą skoncentrować się na treningach i startach, dlatego podjąłem decyzję o zamknięciu Oregon Project" - napisał Parker w piątek w specjalnym oświadczeniu. "Pomożemy naszym zawodnikom odnaleźć się w nowych warunkach, a Alberto będziemy wspierać w jego apelacji, ponieważ zawieszenie kogoś, kto działał w dobrej wierze jest niewłaściwe" - stwierdził też prezes Nike.

Truciciel udający ekologa

Niestety, za próbą wbiegnięcia Kipchoge'a do historii stoi nie tylko Nike, ale też Jim Ratcliffe, szef firmy Ineos obecnej w nazwie całego przedsięwzięcia - "Ineos 1:59 Challenge".

Najbogatszy Brytyjczyk, z majątkiem sięgającym 21 miliardów funtów, to postać wspierająca Brexit, a jednocześnie przez lata szukająca podatkowych rajów. Sport lubi, biega maratony, jest zapalonym triathlonistą, a jeszcze bardziej niż siebie przez sport lubi promować swój biznes. Ineos zajął niedawno miejsce Sky w nazwie najpotężniejszej kolarskiej grupy świata (jeździ w niej m.in. Michał Kwiatkowski). Ineos wyłożył ponad 100 mln funtów na zbudowanie wokół Bena Ainslego (czteroktorny mistrz olimpijski w żeglarstwie, dawny rywal Mateusza Kusznierewicza) ekipy, która ma wygrać Puchar Ameryki. To raczej nie przypadek, że 67-letni sir Jim wybiera akurat te dyscypliny sportu, które stoją w sprzeczności z działalnością jego firmy. Na co dzień Ratcliffe buduje majątek, nie przejmując się tym, że niszczy środowisko. Brytyjscy ekolodzy widzą w nim największego truciciela całych Wysp. Tymczasem pieniądze wydawane na sportowy sponsoring sprawiają, że chemiczny gigant staje w parze z najwybitniejszymi reprezentantami wybitnie ekologicznych dyscyplin sportu.

Oczywiście Ratcliffe nic sobie nie robi z zarzutów. Przeciwnie, o projekcie opowiada tak, jakby prowadząc go wyświadczał ludzkości przysługę.

- Kipchoge zrobił na mnie wrażenie podczas maratonu w Londynie. Na trasie były podbiegi, wiało, drogi były w złym stanie, on nie miał takich pacemakerów, którzy by mu mocno pomogli, a mimo to uzyskał czas 2:02 [dokładnie 2:02:37]. Jest jedynym człowiekiem, który może złamać dwie godziny. To bardzo ważny cel, w sportach wytrzymałościowych to największe wyzwanie, przed jakim stoi człowiek - mówi.

Zabójstwo dla serca, wątroby, dla wszystkich podzespołów

Brytyjski miliarder już ogłaszając wejście do gry zapewniał, że Kipchoge będzie miał nie tylko idealną trasę i warunki pogodowe [ze względu na pogodę wybrano Wiedeń, a nie jak chcał Ratcliffe Londyn, w którym jednak trudno byłoby znaleźć 24-godzinne okno pogodowe bez deszczu], ale też zagwarantowane zostanie mu wsparcie kibiców. - Na Monzie biegł samotnie, nikt go nie podnosił na duchu - mówił. I zapowiadał ściągnięcie na trasę aż ćwierć miliona ludzi. Ciekawe czy aż tylu widzów zmieści się na pętli mającej 9,6 km długości. W każdym razie w Wiedniu mistrz ma dostać mentalne wsparcie na wypadek gdyby znów osłabł.

Tempo dwóch minut i 50 sekund na Monzy Kipchoge utrzymywał przez trochę ponad 30 km. To nagranie pokazuje, jak trudno wytrzymać nawet nie jeden tak szybki kilometr, ale kilka chwil w takim tempie:

 

- Niewielu profesjonalnych biegaczy utrzymałoby takie tempo przez 10 kilometrów, a co dopiero mówić o maratonie - mówi w rozmowie ze Sport.pl Henryk Szost, rekordzista Polski w maratonie (2:07,39), dziewiąty zawodnik igrzysk olimpijskich w Londynie w 2012 roku. - W 28:30 przebiegłem "dychę", to jest w granicach czasu 2:50 na kilometr, więc wiem, jakie to jest tempo. W dobrych warunkach, na trasie z lekkim spadkiem [ale w Wiedniu spadków nie będzie, będzie po prostu płasko], biegłem 10 000 metrów nawet poniżej 28 minut, czyli w nawet jeszcze lepszym tempie niż 2:50 na kilometr. Ale szczerze trzeba powiedzieć, że to można wytrzymać 10, nawet 15 kilometrów, natomiast przebiec w takim tempie maraton to jest po prostu zabójstwo. Trzeba mieć nie tylko ogromne sampozarcie, ale i niesamowity organizm. Myślę o wszystkich podzespołach, o sercu, wątrobie i tak dalej. Trzeba sobie zdać sprawę, że przy takim wysiłku totalnie wyszlifowany musi być cały organizm, inaczej nie da się czegoś takiego znieść - przekonuje nasz maratończyk.

Komu nie podawać ręki? Kogo wysłać do kamieniołomów?

Oczywiście wraz z progresem wyników Kipchoge'a przybywa takich, którzy twierdzą, że nie da się robić tego wszystkiego na czysto. Podejrzliwość wobec króla maratonu wzrasta również dlatego, że coraz więcej dopingowych wpadek notują jego rodacy. W Londynie rekordzista świata w półmaratonie Abraham Kiptum został wykluczony z biegu przez nieprawidłowości w jego paszporcie biologicznym. Niedawno zdyskwalifikowana na cztery lata została mistrzyni olimpijska z Rio Jemima Jelagat Sumgong. Również na cztery lata, za EPO, wykluczony ze sportu został Asbel Kiprop, rywal Marcina Lewandowskiego na 1500 m. - Nie będę podawał takim ludziom ręki, chcę być kojarzony jako ten, który zawsze stanie w pierwszej linii walczących z dopingiem - mówił wicemistrz Europy w niedawnej rozmowie ze Sport.pl. A w Dosze "Lewy" z oburzeniem komentował aferę Nike Oregon Project. - Świat lekkiej atletyki będzie lepszy bez niego - mówił o Salazarze. - Nienawidzę oszustów, a on jest wielkim oszustem. Jeszcze gorzej jest kiedy trener podaje zawodnikom koks niż gdy sam zawodnik bierze. Musi być kara niewybaczalna. Ja bym Salazara wysłał do kamieniołomów - dodawał.

Mózg NOP został zdyskwalifikowany w trakcie MŚ w Dosze, a tuż przed zawodami niewiele brakowało, by Kenia - jak Rosja - nie dostała zgody na start zawodników pod swoją flagą, bo śledztwo niemieckich dziennikarzy dowiodło, że i tam działacze w porozumieniu z agencją antydopingową fałszują wyniki badań nieuczciwych sportowców

"W ogrodzie są kwiaty i chwasty"

Kipchoge w odróżnieniu od firmy, które za nim stoją i od ludzi, których nazwiska przed chwilą padły, ma kryształowy wizerunek. To milioner, który podobno ciągle żyje bardzo normalnie. Mieszka w mającym 250 tysięcy mieszkańców mieście Eldoret w Kenii. Trenuje 40 km od domu, w wiosce położonej na wysokości 2400 m nad poziomem morza. Tak naprawdę tam jest jego główny dom, bo na obozach spędza czas od poniedziałku do piątku. Wtedy żyje bez wygód, nawet bez bieżącej wody. Czerpie ją ze studni. Koledzy mówią do niego "Boss", szanując osiągnięcia, ale i ten boss czyści sedesy, gdy grafik sprzątania pokazuje, że przyszła jego kolej.

Po przylocie do Wiednia Kenijczyk został zapytany czy jego zdaniem ewentualne złamanie bariery dwóch godzin ociepli wizerunek lekkoatletyki po ostatnich aferach, zwłaszcza po zawieszeniu Salazara. - W ogrodzie są kwiaty i chwasty. W Wiedniu mówimy o kwiatach, które chcą się rozwinąć i sprawić radość wszystkim na świecie - odpowiedział.

- Chcę pokazać następnemu pokoleniu, że można wygrywać, biegając na czysto. Nie umiałbym stanąć przed dziećmi z całego świata i mówić im, by kochały sport, gdybym był nie porządku. Byłbym zniszczony, gdyby one mi kiedyś powiedziały: "Oszukałeś, poszedłeś na skróty" - mówił innym razem, gdy wprost zapytano go o doping.

Cóż, mistrzowi chce się wierzyć. I chyba nie wypada twierdzić, że pójdzie na skróty, jeżeli dwie godziny złamie biegnąc w "sterylnych", "laboratyjnych" warunkach, a nie w normalnym, ulicznym biegu. - Mnie to na pewno nie będzie przeszkadzało. Stoję po stronie tych, którzy czekają i będą Kipchoge'owi kibicować - mówi nam Izabela Trzaskalska, 10. zawodniczka maratonu w Berlinie na ME 2018. - To jest fajna sprawa i wciąż wielkie wyzwanie, nie ma o czym mówić. Żaden inny zawodnik nawet nie miałby po co próbować, a Kipchoge może te dwie godziny połamać - twierdzi Szost.

1:59? To nie jest ostateczny rekord

- Robię badania z tego zakresu i uważam, że czas minimalnie poniżej dwóch godzin to nie jest ostateczny rekord - mówi nam profesor Jan Chmura. Fizjolog znany ze współpracy głównie z piłkarzami ma 70 lat i sam jest maratończykiem. W maju opowiadał w rozmowie ze Sport.pl jak eksperymentuje na sobie.

Zdaniem Chmury bariera dwóch godzin wkrótce padnie w normalnym, ulicznym starcie, a nie tylko teraz w Wiedniu, w "sterylnych" warunkach. Choć oczywiście wyczekiwanie na takie warunki znacząco zwiększa szansę na sukces.

Organizatorzy "Ineos 1:59 Challenge" po to długo nie wyznaczali konkretnej daty, po to zapowiadali, że do biegu dojdzie między 12 a 20 października, by wybrać moment z najlepszą pogodą. - Idealnie płaska trasa, a do tego około 12 stopni Celsjusza i delikatny, boczny wiatr, dzięki któremu z organizmu będzie usuwane ciepło metaboliczne: to są optymalne warunki - mówi prof. Chmura.

Właśnie takie okoliczności Kipchoge ma zastać w parku Prater w sobotę między godziną 8.15 a 10.15. A właściwie - jeśli wszystko się powiedzie - między 8.15 a nie później niż 10.14. Wydarzenie będzie można oglądać tu.

Więcej o: