Sport.pl

Marcin Lewandowski: Znów wierzę, że mogę przenosić góry

- Żegnam się przed biegiem, szybko się modlę, mówiąc, że nie oczekuję żadnych cudów, tylko chcę po prostu zrobić swoje. Ale jak zrobię swoje, to ostatnio jestem pewny, że zdobędę złoto - mówi Marcin Lewandowski. Jeden z liderów naszej lekkoatletycznej kadry przez lata osiągał sukcesy na 800 m, a teraz, w wieku prawie 32 lat, przeżywa drugą młodość startując na 1500 metrów. Czy za rok dobiegnie do wymarzonego medalu igrzysk olimpijskich?

Jeśli chcesz pościgać się z Marcinem Lewandowskim, masz taką szansę! Już 9 czerwca w Warszawie Amatorskie Mistrzostwa Polski w biegu na milę, w których udział może wziąć każdy - więcej informacji o biegu „1MILA” znajdziesz TUTAJ.

Łukasz Jachimiak: Marcin, w finale halowych mistrzostw Europy w Glasgow ty zrealizowałeś taktykę ustaloną z trenerem czy poszedłeś na żywioł? Naprawdę zaskakujący był twój atak już na 200 metrów przed metą i uciekanie Jakobowi Ingebrigtsenowi przez całe ostatnie okrążenie.

Marcin Lewandowski: Bieganie na hali jest specyficzne, są bardzo krótkie proste, dlatego element zaskoczenia się bardzo liczy. My przed każdym biegiem analizujemy rywali. Znamy nie tylko ich życiówki i najlepsze wyniku z trwającego sezonu, ale też wiemy, w jaki sposób kto biega, jaką taktykę lubi. Uznaliśmy, że w finale w Glasgow muszę wprowadzić duży element zaskoczenia. Postawiliśmy na bardzo mocny, konkretny atak przeprowadzony w najmniej oczekiwanym momencie. Sylwetkę młodego Ingebrigtsena znamy świetnie. Wiemy, że to jest zawodnik, który jak się rozpędzi, to leci mocno, ale jednocześnie to kompletnie nie jest zawodnik mający dużą dynamikę biegania. On po prostu w ogóle nie ma zrywu. Dlatego byłem praktycznie pewny, że jeśli bardzo mocno zaatakuję, to już do końca zostanę pierwszy. Znałem swoją wartość, wiedziałem, że jestem bardzo dobrze przygotowany, więc się nie bałem, że nie dam rady dociągnąć w takim tempie, w jakim atak zacząłem. Przecież na ostatniej prostej, na 50 metrach do mety, jeszcze dołożyłem, dystans między mną a Ingebritgsenem jeszcze się wtedy powiększył.

Latem ubiegłego roku na mistrzostwach Europy w Berlinie mocny finisz zacząłeś sto metrów przed metą. Tam Ingebrigtsena nie dogoniłeś. Teraz zamierzasz już wyspecjalizować się w bardzo długich finiszach czy jednak będziesz próbował rozgrywać biegi różnie, chcąc zaskakiwać rywali?

- W Berlinie dla kibica finisz wyglądał tak, jakbym zaatakował dopiero na ostatnich 100 metrach, bo było widać, że do nich biegłem prawie ostatni, a dopiero na nich zacząłem wyprzedzać i na metę dobiegłem jako drugi. Ale prawda jest taka, że wtedy wszyscy zaczęliśmy mocny finisz na 300 metrów do mety. Wcześniej bieg był wolny, końcu każdy przyspieszył i dopóki wszyscy mieli siłę, to nie było widać między nami różnicy szybkości. Lecieliśmy bardzo mocno, finisz był jeszcze dłuższy niż teraz na hali. Ale to wiem ja, a faktycznie wyglądało tak jak mówisz. W sumie to fajne, bo daję kibicom różne końcówki, różne emocje. Zależy mi na tym, żeby ludzie moje starty przeżywali. Biegam nie tylko dla siebie, dla kibiców też.

Wkrótce skończysz 32 lata, a powtarzasz, że ciągle jeszcze uczysz się biegania na 1500 metrów. Dlaczego po wielu latach startów na 800 metrów, przestawiłeś się na inny dystans? To z analiz robionych z bratem wyszło, że na 1500 m będziesz miał większą szansę na sukcesy, zwłaszcza na medal olimpijski?

- Była kilka powodów i długo byłem szkolony do dystansu 1500 metrów, głównie mentalnie. Po cichu od dawna z trenerem planowaliśmy, że to będzie moja przyszłość. Nie jest łatwo być jednym z najlepszych na świecie na 800 metrów i nagle z takimi samymi ambicjami przejść na dwa razy dłuższy dystans. Żeby się udało, musiało to być przygotowywane przez wiele lat. Pomagały pojedyncze starty na imprezach mistrzowskich, na Pucharach Europy, mistrzostwach Polski. Ale ten mechanizm uruchomiony wiele lat temu dopiero teraz działa w pełni i daje efekty. W tym momencie mogę powiedzieć, że już na sto procent jestem gotowy i mentalnie, i fizycznie do biegania na 1500 metrów. Na tym dystansie widzę swoje olbrzymie szanse. Napędza mnie też to, że jestem bardzo ambitny, a na 800 metrów już dużo zrobiłem. Teraz chcę samemu sobie pokazać, że jestem elastyczny, wszechstronny, że na różnych dystansach mogę rywalizować z najlepszymi biegaczami na świecie. Wierzę w siebie. Szczególnie mocno, odkąd założyłem rodzinę. Mam żonę i dwie córeczki, dzięki temu moja głowa jest spokojniejsza, a bieganie zaczęło mi sprawiać wielką przyjemność. Bardzo dużo daje mi też poczucie stabilności jaką zapewniają mi Grupa Azoty i Wojsko Polskie. W 2010 roku byłem jeszcze bardzo młodym sportowcem, ale już wtedy podjąłem jedną z najważniejszych i najlepszych decyzji w karierze. To wtedy postanowiłem wstąpić do wojska, zostać zawodowym żołnierzem. Z biegiem lat coraz więcej naszych najlepszych sportowców wstępuje do wojska i wstępować chcą kolejni. Świetnie jest mieć takie rzeczy, które dają poczucie bezpieczeństwa, bo sport na najwyższym poziomie jest bardzo trudny. Moje bieganie wiąże z mnóstwem stresu: przed kibicami, sponsorami, władzami. A to, co mam pewnego, z rodziną na pierwszym miejscu, pozwala mi patrzeć w innym kierunku. Od kilku lat czuję, że mam wszystko i pracuję z wielką przyjemnością, a nie ze stresem. Głowa jest spokojniejsza, a głowa to połowa sukcesu. Kiedy ona pracuje jak trzeba, to potrafię rozwinąć skrzydła. Jestem pewny, że – jak to mówię - jestem w stanie zrobić bałagan w światowej czołówce .

W jakim wieku masz córki?

- Trzy i pięć lat.

Jak sobie radzisz z tym, że harując na sukces w sporcie tracisz możliwość bycia z nimi w naprawdę szybko mijającym czasie ich dzieciństwa? Zabierasz czasem rodzinę na zgrupowania?

- To jest duży problem. Spędzam 300 dni w roku poza domem. Mam mnóstwo zgrupowań, startów, różnych testów, spotkań. Szczerze? Czasami przychodzą mi do głowy myśli, że może dobrze byłoby to wszystko rzucić, bo jestem człowiekiem i potrzebuję być z najbliższymi. Ale ostatecznie wspólna decyzja podjęta z żoną jest taka, że do Tokio w 2020 roku nawet nie 100 procent, tylko 110, czyli więcej niż się da, podporządkowujemy pod igrzyska. Co będzie później, to zobaczymy, ale na razie igrzyska są najważniejsze. Czasami udaje mi się zabrać rodzinę na jakiś obóz. Ale to rzadkie przypadki, może dwa razy w roku na krótsze zgrupowanie razem jedziemy. To generalnie nie ma sensu, bo ja wykonuję ciężką, naprawdę tytaniczną pracę i nawet jak jesteśmy razem, to mało się widujemy, bo jak nie jestem na treningu, to odpoczywam, śpię, regeneruję się, mam zabiegi, spotkania z fizjoterapeutą, psychologiem. Co zrobić, taka profesja, sam ją wybrałem. Tu w ogóle jest paradoks. Bo kocham to, co robię, poświęcam dla sportu wszystko, nawet swoją rodzinę, co jest najlepszym dowodem, jak ważny jest dla mnie sport. A z drugiej strony odliczam już dni, kiedy to wszystko się skończy i będę mógł naprawdę pobyć z najbliższymi.

Nie brzmisz jak sportowiec, który boi się, czując zbliżający się koniec kariery. Masz już pomysł na siebie po zejściu z bieżni?

- Jestem taką osobą, która bardzo luźno do wielu tematów podchodzi i faktycznie zupełnie się nie martwię o swoją przyszłość. Planu jeszcze nie mam, ale wiem, że sobie poradzę. Jestem komunikatywny, łatwo mi się rozmawia z ludźmi. Jestem sportowcem, jestem dobrze zorganizowany, umiem realizować cele, współpracować z innymi – to wszystko, czego się nauczyłem w sporcie na pewno mi się przyda. Teraz nawet jak mam jakiś pomysł na później, to nie zaprzątam sobie nim głowy, bo – jak powiedziałem – na razie liczy się jeszcze tylko bieganie.

Na poziomie mistrzowskim biegniesz już od 10 lat, bo twój pierwszy finał imprezy mistrzowskiej to był Berlin 2009 i rozgrywane wtedy mistrzostwa świata. Jak patrzysz na cały ten czas, to czujesz, że jesteś w takim miejscu, w jakim na początku chciałeś siebie widzieć?

- Sam nie wiem od kiedy liczyć sobie obecność na wielkiej scenie. Rzeczywiście pierwszy raz w finale seniorskiej imprezy międzynarodowej pobiegłem w 2009 roku, ale już w 2006 roku byłem czwarty w finale mistrzostw świata juniorów, rok później wygrałem młodzieżowe mistrzostwa Europy, a w 2008 roku jako bardzo młody zawodnik byłem już półfinalistą igrzysk olimpijskich w Pekinie.

Dobrze, możemy śmiało uznać, że to już było mocne bieganie.

- W 2009 roku pobiegłem po raz pierwszym 800 metrów w czasie 1:43, miesiąc później byłem w finale mistrzostw świata i wtedy wierzyłem, że mogę przenosić góry. Nie bałem się niczego, nie było dla mnie żadnych przeszkód. To było podejście młodego człowieka. Później przyszło zderzenie z rzeczywistością, mimo że sukcesy ciągle były, bo przez te wszystkie lata nigdy nie wypadłem z gry, ciągle byłem w finałach mistrzostw świata, igrzysk olimpijskich, zdobywałem różne medale. Ale mimo sukcesów trochę zmieniła się mentalność, bo już wiedziałem, że są granice, których nie da się pokonać.

Dużo takich granic widzisz teraz? Pytam, bo mam wrażenie, że po zmianie dystansu odzyskałeś taką młodzieńczą wiarę w siebie.

- Faktycznie jestem w takim momencie życia i kariery, że niczego się boję, czuję coraz większą radość i dzięki temu na tyle otwiera się głowa, że mogę bardzo dużo. Jestem świetnym przykładem tego, że głowa często jest ważniejsza od przygotowania fizycznego. Można być nie wiadomo jak wytrenowanym, a jak zabraknie wiary, to nic z tego nie będzie. A można być niedotrenowanym, ale jak w głowie wszystko będzie poukładane, to wtedy można wybiegać bardzo duży sukces. Rzeczywiście wróciłem do myślenia, które miałem jako młody zawodnik. Znów wierzę, że mogę przenosić góry.

Co w Tobie tę wiarę na ileś lat zgasiło? Pojechałeś do Afryki trenować z tamtejszymi biegaczami i zauważyłeś, że i genetycznie są na innym poziomie, i mają tak genialne, klimatyczne warunki, że nie doskoczysz do nich, choćbyś się nie wiadomo jak starał? Czułeś, że taki David Rudisha jest poza zasięgiem?

- To co Afrykańczycy mają przez całe życie, co mieli ich rodzice, dziadkowie i pradziadkowie, jest olbrzymią przewagą. Skoro ja spędzam tam cztery miesiące rocznie i to przynosi ogromne rezultaty, to ile korzystają oni, będąc tam przez cały czas? Już przy pierwszym wyjeździe zauważyłem, jak ogromną oni mają przewagę. Ale nie to podcinało mi skrzydła. Mówiąc o granicach myślałem o tym, że przyszły pierwsze kontuzje, bóle, porażki, rozczarowania. Na przykład przybiegłem na czwartym miejscu w finale mistrzostw świata i do medalu zabrakło mi 0,08 s. To niby olbrzymi sukces, świetny wynik, ale jednak porażka, bo liczyłem na więcej. W tym znaczeniu mówiłem o zderzaniu się z rzeczywistością, o momentach zawahania. Na szczęście z biegiem lat zdałem sobie sprawę z tego, że to błahostki, śmieszne sprawy. Zacząłem doceniać wszystko, co osiągnąłem. Teraz potrafię mówić, że takie czwarte miejsce mistrzostw świata to świetny wynik, a kiedyś uznawałem je za porażkę. Na szczęście szybko nauczyłem się odpowiednio na wszystko patrzeć. Dużo mi daje współpraca z psychologiem Dariuszem Nowickim. Wiele mi pomógł, od trzech lat pracujemy i właśnie od trzech lat znów jestem na szczycie. Bardzo mnie to wszystko cieszy.

Ingebrigtsen ma 18 lat, fachowcy z całego świata przedstawiają go jako jedną z największych gwiazd światowej lekkoatletyki, chłopak na stadionie zdobył złoto ME na 1500 i 3000 m, teraz w hali miał złoto na 3000 m i wszyscy oczekiwali, że wygra też 1500 m. Ty sprawiłeś niespodziankę, pewnie go pokonując. Kilka lat temu brakowałoby Ci wiary, że możesz być lepszy?

- Było tak, że inni zawodnicy mieli coś, czego mi brakowało. Zawsze byłem wysoko, ale nie miałem błysku. Od trzech lat go mam. Ingebrigtsen to młody, świetny, niesamowicie utalentowany zawodnik, ale prawda jest taka, że Berlin to był mój wypadek przy pracy. Dla mnie 1500 m to była wtedy jeszcze nowa konkurencja.

Chcesz powiedzieć, że zabrakło Ci paru metrów do złota, że gdybyś lepiej rozegrał bieg taktycznie, to już tam Ingebrigtsen nie miałby szans?

- Tak, bo ostatnie kółko, 400 metrów, przebiegłem aż o dwie sekundy szybciej od Ingebrigtsena. To pokazuje, że byłem bardzo mocny. Nie wygrałem, bo brakowało mi doświadczenia na tym dystansie, za długo trzymałem się na złej pozycji w tym biegu i dlatego skończyło się srebrem, a nie złotem. Ale już trzy tygodnie później razem z Ingebrigtsenem reprezentowałem Europę na Pucharze Międzykontynentalnym i wygrałem z nim. Teraz w Glasgow znów się spotkaliśmy i znów z nim wygrałem. Przed Glasgow byłem pewny swego. Nie wychylałem się, nie udzielałem się w mediach, nie trąbiłem, że jestem mocny, tylko robiłem swoje.

Wiem, że sportowcy tego nie lubią, że prawie wszyscy powtarzacie, że nie myślicie o medalach, ale czuję, że Ty jednak masz konkretny plan na Tokio i wiesz, po co tam pojedziesz. Z analizy twojej i twojego brata wynika, że nie ma rywali poza twoim zasięgiem i możesz powalczyć nawet o mistrzostwo olimpijskie?

- Dzięki współpracy z psychologiem bardzo mocno wziąłem sobie do serca słowa Adama Małysza, który ciągle powtarzał, że myśli tylko o dwóch jak najlepszych skokach i nie zastanawia się, co mu to przyniesie, bo nie ma na to wpływu, że ma wpływ tylko na siebie, na swoje treningi, na swoją formę, a nie na to, jak będą przygotowani jego rywale.

Wejdę ci w słowo – Małysza takiej filozofii nauczył profesor Jan Blecharz. Ciebie też? Mówiłeś, że pracujesz z Dariuszem Nowickim, ale wiem, że profesor Blecharz też wspiera naszą lekkoatletyczną kadrę.

- Tak, z nim też współpracuję.

I to on ci podsunął filozofię Małysza?

- Nie, to zaobserwowaliśmy razem z bratem, z Tomkiem. Wiele lat temu mocno wzięliśmy do siebie takie podejście Adama. Moim celem jest po prostu takie bieganie, żebym na mecie nie miał sobie nic do zarzucenia. Żegnam się przed biegiem, szybko się modlę, mówiąc, że nie oczekuję żadnych cudów, tylko chcę po prostu zrobić swoje. Ale jak zrobię swoje, to ostatnio jestem pewny, że zdobędę złoto. W Glasgow swoje zrobiłem, bieg był perfekcyjny, no i w nagrodę dostałem ładną blaszkę. To samo będzie dotyczyło igrzysk. Oczywiście to jest najważniejsza impreza, wszystko jej podporządkowujemy, dla niej trenujemy. Bardzo liczę, że wrócę z Tokio z medalem. Ale nie powiem, że tak na pewno będzie, bo nie wiem, jak okażą się przygotowani rywale. Wiem tylko, że sam przygotuję się najlepiej, że w stu procentach będę chciał wykonać swój ambitny plan, bo bardzo chcę olimpijskiego medalu. Mam o tyle fajną sytuację, że już mam rodzinę. Najważniejsze jest dla mnie zdrowie dziewczynek, a jak w parze z tym pójdą sukcesy na bieżni, to rewelacja. Natomiast jeśli by ich nie było, to i tak będę miał coś ważniejszego. Taka sytuacja jest komfortowa.

Nie ma na twoim nowym dystansie rywala nie do pokonania. Takiego powiedzmy Usaina Bolta czy Rudishy?

- W tym momencie już nie ma, bo został skasowany. I tu zaczynamy mówić o ciemnej stronie sportu. Przez lata dominował Asbel Kiprop, mistrz olimpijski, trzykrotny mistrz świata. Zbliżył się nawet do rekordu świata [od 1998 roku należy do Hichama El Guerrouja], zabrakło mu tylko paru setnych, aż w zeszłym roku wpadł na koksie.

Ludziom z tej ciemnej strony mocy nie podajesz ręki?

- Nie podaję. Mam swoje sztywne zasady. Kojarzę się z tym, że używam nawet za mocnych słów, gdy mówię o dopingowiczach. Będę tak robił, nie będę podawał takim ludziom ręki, chcę być kojarzony jako ten, który zawsze stanie w pierwszej linii walczących z dopingiem.

Wkrótce staniesz ramię w ramię z amatorami biegnącymi na jedną milę. Będziesz chciał bić rekord Polski czy raczej pobawić się z biegaczami, dać ludziom frajdę?

- „1 Mila” to są super zawody dla amatorów, świetna inicjatywa i kiedyś na pewno będę chciał przy okazji tych zawodów pobić wieloletni rekord Polski Bronisława Malinowskiego. Ale jeszcze nie w tym sezonie. Teraz popatrzę sobie, jak fajnie pnie się nasze amatorskie bieganie. Bardzo mnie to cieszy, chętnie się trochę pościgam z ludźmi. Pomogę im poczuć się jakby byli zawodowcami. „1 Mila” pozwala każdemu być przez chwilę wyczynowcem. Tam startujesz na bieżni, zakładasz kolce, masz numer ze swoim nazwiskiem, powtórki biegów na telebimach, profesjonalnie mierzony czas. To mega fajna sprawa. Pościgamy się, zapraszam. Myślę, że dla ludzi to będzie fajne przeżycie. Dla mnie na pewno. Pobawię się z kibicami. A rekord jeszcze pobiję, na przykład za rok, odpowiednio się najpierw przygotowując.

Nie boisz się, że chętnych do walki na łokcie z mistrzem Europy będzie tylu, że szybko będziesz musiał wszystkim uciec?

- Poradzimy sobie, mimo że uczestników będzie dużo, bo aż 600. Podchodzę do tego tak: czasami napiszę wiadomość z gratulacjami do jakiejś naszej gwiazdy sportu, kiedy ta gwiazda osiągnie wielki sukces. I jeśli ten człowiek mi odpisze, to mega się cieszę. Bo chociaż sam jestem rozpoznawalny i coś w sporcie zdobyłem, to nie przestałem być kibicem. Wyobrażam sobie, że dla wielu amatorów biegania możliwość spotkania się ze mną albo z Asią Jóźwiak, zrobienia sobie zdjęcia z nami, a tym bardziej wspólnego przebiegnięcia się to będzie coś niesamowitego. Stawiam się w sytuacji tych ludzi, bo się naprawdę jaram, jak mi jakiś gościu, którego podziwiam odpisze choćby na Instagramie.

Kogo podziwiasz poza Małyszem? Pamiętam, że po twoim srebrze w Berlinie rozmawialiście o Rogerze Federerze i mówiłeś, że inspiruje Cię jego podejście do sportu, powtarzałeś za nim, że wiek to tylko cyferki, liczby bez znaczenia.

- Oczywiście, że go podziwiam, nawet miałem okazję kibicować mu w finale Australian Open. Strasznie gościa cenię. Bardzo mocno wziąłem sobie do serca to co powiedział o wieku. Ludzie mnie skreślali, gdy skończyłem 30 lat, a ja się czuję świetnie, dopiero się rozwijam i osiągam szczyt swoich możliwości. Inspirują mnie też gwiazdy polskiego sportu. Bardzo mocno kibicuję „Lewemu”, mimo że się osobiście nie znamy. To co Robert zrobił w piłce, to jest jakiś kosmos. Zawsze serdecznie trzymam za niego kciuki. Interesuję się też sportami walki i bardzo mocno kibicuję Michałowi Materli oraz Joannie Jędrzejczyk. Jestem w kontakcie z Anią Lewandowską, z Asią, z Michałem, od którego ostatnio wylicytowałem rękawice wystawione na aukcję charytatywną. Nie wiem czy wiesz, ale od czterech lat wszystkie zarobione pieniądze na mityngu Copernicus Cup w Toruniu przeznaczam na cele charytatywne.

Wiem, że tym roku nawet zapowiedziałeś pobicie rekordu Polski, żeby dostać i przekazać na te cele dodatkową premię. No i zrobiłeś to.

- No walnąłem ten rekord! I super, że mogłem przekazać więcej pieniędzy.

Na co konkretnie przeznaczasz te pieniądze?

- Zawsze na jakieś akcje prowadzone w mojej miejscowości, w Policach. One idą na pomoc dzieciom. Pieniądze za rękawice Michała Materli też trafiły na te akcje, a rękawice zostawiłem sobie na pamiątkę, bo bardzo go szanuję.