Sport.pl

Jak Anna Rogowska wyleczy dłoń, musi wyczyścić głowę

Złamanie tyczki to największy szok, jaki może spotkać tyczkarza. Czy Anna Rogowska otrząśnie się z wypadku w Sopocie, wyleczy kontuzję, wróci do formy i w Daegu będzie w stanie bronić tytułu mistrzyni świata?
Skok na 4,70 m nie był idealny. Tyczka - bardziej miękka w tej fazie konkursu niż przy planowanych jeszcze wyższych skokach końcowych - została zgięta krótko i szybko. Jak mawiają tyczkarze, została przez zawodniczkę "sprasowana". Plecy Rogowskiej znalazły się niebezpiecznie nisko i prawie równolegle do podłoża.

Polkę wiąże kontrakt z amerykańskim producentem "Pacer", który chlubi się, że jego tyczki są najlżejsze. Coś za coś - procent lekkich i twardych włókien węglowych w strukturze jest w nich prawdopodobnie większy niż w wyrobach konkurencji. Tyczka jest dzięki temu lekka, ale i bardziej krucha. Złamała się w połowie. Siła i wibracje uwolnionej energii spowodowały pęknięcie skóry i tkanek podskórnych lewej - czyli dolnej w uchwycie - dłoni Rogowskiej.

- Nałożono osiem szwów. Trzeba dwóch tygodni spokoju, potem lekarze zdejmą szwy i po kolejnym tygodniu spokoju Ania wróci do treningów z tyczką. To plan maksimum - mówi menedżer lekkoatletki Janusz Szydłowski.

Rogowska, jej mąż i zarazem trener Jacek Torliński chcą rzeczywiście pełnego spokoju. Nie rozmawiają z mediami.

- Muszą sami przepracować w głowie to, co się zdarzyło. W dniu wypadku myśli Ani kłębiły się wokół być może straconego sezonu - mówi Szydłowski. Sezon ten zaczął się najlepiej od sześciu lat - na drużynowych mistrzostwach Europy w Sztokholmie Rogowska skoczyła 4,75 m - najwyżej na świecie w tym roku.

- W czwartek brzmiała już spokojniej. Ania jest silna psychicznie, da sobie radę - kończy Szydłowski.

Doświadczenie mówi, że nie będzie z tym łatwo, choć determinacji Polce nigdy nie brakowało.

W jej karierze zdarzyły się już kryzysy spowodowane kontuzją dłoni, wśród nich najbardziej dramatyczny długi okres przed czterema laty.

W czerwcu 2007 roku tyczkarka oraz trener wrócili z długiego zgrupowania w Wołgogradzie, gdzie rozwijał się talent Jeleny Isinbajewej. Były trener gwiazdy, Jewgienij Trofimow, doradzał polskiej parze. Oboje byli bardzo zadowoleni, zapowiadali wysokie loty.

Jednak wkrótce po powrocie zaczęły się kłopoty. Ania uszkodziła naskórek wnętrza dłoni. Kontuzja właściwie drobna, ale przerwa w skakaniu spowodowała niepewność. Przyszły nieudane konkursy i nieudane treningi.

Wtedy powodem był klej, którego Rogowska zaczęła używać. Tyczkarze (i m.in. piłkarze ręczni) smarują klejem dłonie, aby mieć jak najpewniejszy chwyt tyczki dodatkowo owiniętej taśmami plastra. W poprzednich latach Rogowska używała zwykłej magnezji, ale ta nie zapewnia właściwej przyczepności na przykład podczas deszczu.

Jednak klej - notabene taki sam, jakiego używa Isinbajewa - okazał się zbyt mocny. Skok po skoku osłabia naskórek, który w końcu pęka i odrywa się. Isinbajewa, która była kiedyś gimnastyczką, ma wnętrze dłoni stwardniałe, już niewrażliwe na tarcie i rwanie. Rogowska, była płotkarka, nie. Na środową kontuzję klej nie miał wpływu - Ania smaruje nim tylko prawą, górną w uchwycie dłoń.

Konsekwencje drobnego urazu sprzed czterech lat były bolesne. Anna miała kłopoty z osiągnięciem wysokości. Z trudem zaliczyła minimum na mistrzostwach świata w Osace, gdzie zajęła ósme miejsce. Sezon, który miał być wspaniały, zakończył się na wysokości 4,60 m - właśnie w finale w Japonii. W kolejnym roku nie było lepiej - Anna wciąż wychodziła z kryzysu, na igrzyskach w Pekinie była dopiero 10.

- Jestem pewny, że wystartuje w sierpniu Daegu. Znając ją, będzie się przygotowywać do najważniejszych zawodów ze zdwojoną energią - mówi Szydłowski.

- Konsekwencje złamania są większe w sferze psychicznej niż fizycznej - uważa pierwszy trener Anny Rogowskiej i całej plejady tyczkarzy, twórca rozgrywanego w środę mityngu "Tyczka na Molo" Edward Szymczak. - Gdybym był strachliwy, na pierwszych zawodach po kontuzji bałbym się widoku Ani na rozbiegu, kiedy dmucha i chucha w ręce, klepie się po udach, celebruje przygotowania do skoku. To byłby znak, że nie uporała się z urazem psychicznie. Ale nie jestem strachliwy. Wierzę, że Ania rozsmakowała się na tyle w sukcesach, że nie wkręci się w korkociąg rozpamiętywania wypadku.

- W latach 80. trenowałem Ryszarda Kolasę. Na zawodach w Atenach tyczka pękła pod nim na trzy części. Jedna z nich wykonała mu cięcie na tyłku tak głębokie i długie, że prawie zemdlałem, jak je zobaczyłem. Na pewno się spociłem - wspomina Szymczak. - Kolasa zaraz się zebrał w sobie i skakał jak dawniej. Nie wiem, czy nie wtedy powstało powiedzenie tyczkarskie: "O sobie jako rasowym tyczkarzu można powiedzieć dopiero po złamaniu pierwszej tyczki".

Anna Rogowska » spadła na molo


Więcej o: