Sport.pl

Anna Rogowska: Mit Isinbajewej można włożyć między bajki

- Ostatnio Jelena przegrała tyle razy, że mit o jej wielkiej przewadze można włożyć między bajki - mówi Anna Rogowska, brązowa medalistka halowych MŚ
Tomasz Osowski: W ostatnich dniach lekkoatletyczne środowisko zelektryzowała deklaracja rekordzistki świata Jeleny Isinbajewej o planowanej przez nią rocznej przerwie w startach. Jak pani zareagowała na tę informację?

- Bardzo spokojnie, gdyż tak naprawdę nie jest ona oficjalnie potwierdzona. Jelena coś tam powiedziała w nerwach po nieudanym występie w Dausze [w halowych mistrzostwach świata Rosjanka zajęła dopiero 4. miejsce], ale nie jestem w 100 proc. przekonana, że rzeczywiście zrobi sobie rok przerwy. Tym bardziej że w jej przypadku nie byłoby to wcale takie łatwe. Rosjanka jest związana wieloma kontraktami, m.in. została ambasadorem Diamentowej Ligi [cykl mityngów, który zastąpił Złotą Ligę], ma podpisaną bardzo intratną umową z chińską firmą odzieżową Li Ning i kilkoma innymi sponsorami. Zniknięcie Isinbajewej ze światowych skoczni wiązałoby się więc z wieloma komplikacjami. No, ale być może rzeczywiście ma tak dość skakania, że bez względu na okoliczności wycofa się z rywalizacji.

Pani nigdy o tym nie myślała? W końcu przez kilka lat była pani daleko od światowej czołówki i mogła czuć się zniechęcona.

- To inna sytuacja, gdyż moje "dołki" formy wynikały przede wszystkim z kłopotów zdrowotnych. Wiedziałam, że jak sobie z tym poradzę, wrócę do czołówki. Jelena jest chyba po prostu zmęczona - presją towarzyszącą jej przed każdym startem, szumem medialnym. Może też mieć problemy z motywacją, ona wygrała już przecież wszystko.

Dla pani będzie to miało jakieś znaczenie, jeśli Isinbajewej zabraknie na światowych skoczniach, na mistrzostwach Europy w Barcelonie? Poczuje się pani pewniej?

- Nie ma to dla mnie znaczenia. Ja mam swoją robotę do wykonania i nie patrzę na listę startową. Moim rywalem jest poprzeczka zawieszona na stojakach, to z nią walczę. Nie mam, nie miałam i nigdy nie będę mieć kompleksu Rosjanki. Traktuję ją jak każdą inną rywalkę. Jelena w ostatnim czasie przegrała już tyle razy, że mit o jej wielkiej przewadze nad pozostałymi zawodniczkami można włożyć między bajki. Ona co prawda ciągle powtarza, że między nią a resztą tyczkarek jest ogromna przepaść, ale to nieprawda. Z dwóch ostatnich wielkich imprez wracała bez medalu.

Pani na mistrzostwach świata w Berlinie i na halowych mistrzostwach świata w Dausze stawała na podium, co nie udało się żadnej innej tyczkarce...

- Na pewno czuję się w tej chwili bardzo pewnie. Skaczę równo, ustabilizowałam formę na wysokim pułapie, w każdym starcie jestem w czołówce. W tej chwili poziom bardzo się wyrównał. Kilka dziewczyn skacze na poziomie 4,80 m i każda z nich jest w stanie wygrywać. Jestem po prostu jedną z pięciu-sześciu najlepszych tyczkarek świata.

W mistrzostwach świata w Dausze zakończyła pani starty halowe. Były dla pani bardzo udane.

- To prawda. Medal mistrzostw świata, rekord Polski, sporo dobrych startów, żadnych kontuzji. Tak dobrze nie było jeszcze nigdy, więc z wielkim optymizmem oczekuję sezonu letniego.

Skacze pani na nowych, dłuższych tyczkach. Niektóre zawodniczki, jak np. Monika Pyrek, mają kłopoty z przystosowaniem się do nowego sprzętu. Pani udało się to błyskawicznie.

- Ważne jest nastawienie. To była moja inicjatywa, nikt mnie do tego nie namawiał i nie zmuszał, co czasami się zdarza. Wówczas zmiana przynosi odwrotny skutek. Ja koniecznie chciałam mieć te nowe tyczki, gdyż byłam w 100 proc. przekonana, że dzięki nim będę skakać wyżej. I tak się stało, choć rzeczywiście nie spodziewałam się, że tak szybko się z nimi "dogadam". Myślę, że Monice prędzej czy później też to się uda.

W tym roku sezon letni będzie wyjątkowo długi i intensywny.

- Rzeczywiście, przede mną kilka miesięcy startów. Rusza Diamentowa Liga, a to aż 14 mityngów na trzech kontynentach. W siedmiu z nich odbędą się konkursy tyczkarek i ja chcę wystartować we wszystkich. Do tego najważniejsza impreza sezonu - mistrzostwa Europy w Barcelonie [27 lipca - 1 sierpnia] - i kilka innych imprez. Harówa będzie straszna, więc trzeba się do niej dobrze przygotować.

Zaraz po konsultacjach u dr. Müllera-Wohlfahrta [m.in. lekarz reprezentacji Niemiec w piłce nożnej] 24 marca razem z kadrą niemieckich tyczkarek jadę na trzy tygodnie do Stellenbosch w RPA. Inauguracyjny start mam zaplanowany na 14 maja w Dausze. Będzie to pierwszy, historyczny mityng Diamentowej Ligi.

Najgroźniejsze rywalki?

- Przede wszystkim dwójka, która pokonała mnie podczas halowych mistrzostw świata, czyli Brazylijka Fabiana Murer i Rosjanka Swietłana Fieofanowa. Ta pierwsza zawsze ma świetny początek roku, potem jej forma stopniowo się obniża, ale w maju czy czerwcu na pewno będzie groźna. Do gry po kilku latach wraca też Fieofanowa. Ona już w poprzednim sezonie sygnalizowała powrót do wielkiej formy, ale na jednym z mityngów przed mistrzostwami świata pechowo spadła na rozbieg, potłukła się i zrezygnowała ze startu w Berlinie. Teraz jest już zdrowa i widać, że w sezonie letnim będzie groźna. Monika Pyrek na pewno upora się ze swoimi kłopotami. Nie wiadomo, co z Amerykanką Jennifer Stuczynski-Suhr, która w styczniu wyszła za mąż i od tego czasu nie pokazała się na zawodach. Ale nie sądzę, żeby akurat małżeństwo było tego przyczyną (śmiech). No i nie wiemy, co z Isinbajewą...

Pani cel na ten sezon?

- Chcę wreszcie pobić mój rekord Polski - 4,83 m. Urosła mu stanowczo zbyt długa broda [został ustanowiony w sierpniu 2005 roku]. A potem jeszcze wyżej i wyżej...

Przeczytaj inny wywiad z Anną Rogowską  »


Więcej o: