Sport.pl

Berlin 2009. Delikatne, srebrne palce - mówi trener Małachowskiego

Piotr Małachowski zdobył srebrny medal w rzucie dyskiem na mistrzostwach świata w Berlinie. - Nie wiem jakbym zareagował na pomyłkę z medalem, taka jakiej organizatorzy dopuścili się w przypadku Moniki Pyrek. Olałbym ich pewnie - mówi nasz wicemistrz. Srebro odebrał. Było OK. Rozmowa z trenerem Witoldem Suskim, który pracuje z Małachowskim od 1998 roku.
Przeprosił pan Piotra za niewiarę? Nie chciał pan, aby jechał do Berlina...

Witold Suski: Wyściskaliśmy się dopiero w hotelu. Nie rozmawialiśmy o tym. Po raz pierwszy świętowaliśmy alkoholem. Malutkim drinkiem. Ja też jestem niepijący.

Piotr mówił niedawno, że nie wie, czy przyjechać, bo nie honor dla wicemistrza olimpijskiego walczyć o ósme miejsce...

- Też tak myślałem. Czekaliśmy do końca. Na ostatniej technice w Spale Piotrek przerzucił stadion treningową kulką. O metr dalej niż przed igrzyskami. Przed samym konkursem był rozluźniony. Jak zobaczyłem, ile rzucił z miejsca, to wiedziałem, że będzie dobrze. Nigdy się tak nie denerwowałem, choć już kilka horrorów z nim przeżyłem. Wypaliłem wczoraj ze 40 papierosów, a podczas samego konkursu chyba z 15. Po MŚ w Osace musieliśmy zacząć pracować z psychologiem. W Pekinie musiałem ganiać po schodach góra - dół, bo Piotr w próbnych seriach rzucał tylko po 55 m. Z psychologiem nadal współpracujemy.

W każdym razie, jak rzucił wczoraj 68,77 m, to jeszcze nie byłem pewien, czy to wystarczy. Ale jak rzucił 69,15, to już myślałem, że nikt go nie pokona.

Osławiona kontuzja palca (zawodnik mówił o naderwanych więzadłach) była czasem zasłoną dymną?

- Piotr zamiast trenować, jeździł po lekarzach. Kontuzja była. Mam zapisany pierwszy sygnał o niej 18 maja. Nie myśleliśmy o żadnej zasłonie. Przecież rzucaliśmy kulkami, nie dyskami. Trzy, cztery techniki na prawdziwym sprzęcie startowym i wynik w Berlinie byłby jeszcze lepszy.

Czym są te czarodziejskie kulki?

- Stalowe, o różnych wagach. Mniejsze niż do pchania, lżejsze. Dwukilową to Tomek Majewski złapałby w trzy palce. Rzuca się nimi zamiast dyskiem. Nie ma takich w sklepie, trzeba specjalnie je wykonać. To mój pomysł, nie wiem, czy w innych krajach też tym rzucają. Szukaliśmy różnych rozwiązań. Próbowaliśmy rzucać pałkami, takimi 40-centymetrowymi prętami stalowymi, tak jak Niemcy. Piotrowi pałka nie pasowała, rzucając podbijał bark. Nie było efektu, gdy wracał do rzutu dyskiem. Ma delikatne palce, to mu kulka pasuje. Kulką jak by się nie rzuciło, to leci dobrze.

Pamięta pan początek waszej współpracy?

- Nie miałem wielkiej ochoty go brać, bo był niewysoki i korpulentny. Ale miał szybkie nogi. Na zawodach w Ciechanowie, w których go pierwszy raz widziałem, rzucił około 30 m. Nic nie umiał, ale się szybko kręcił. Po roku treningu rzucił 48,10 m, po następnym 59,34 m. Wrodzona krzepa. Ciężki sprzęt nie robi na nim wrażenia. Ale Piotruś ma tylko 206 cm rozpiętość ramion, a Virgilijus Alekna 220 cm. Tylko kręci najszybciej ze wszystkich. Żeby pokonać 70 m, musi popracować na siłowni, tam są rezerwy. Na razie jest 90 proc. ideału. Jest najsłabszy siłowo z czołówki. Nie wyciska 200 kg, inni wyciskają po 220 kg, mimo dłuższych rąk. Boję się treningów na siłowni z maksymalnymi ciężarami, bo mamy miękkie gryfy, które się bujają. Piotruś ma małe dłonie jak na takiego chłopa. Nie wiem, czy nie delikatniejsze niż moje, i to w dysku problem. Zaraz mu się robią odciski, pękają.

Miał pan z nim problemy wychowawcze?

- Żadnych. Choć o niektórych rzeczach nie wiedziałem. Nie rozumiałem na przykład, dlaczego w pewnym momencie stanął w rozwoju. Dopiero niedawno pojąłem, już po igrzyskach. Okazało się, że on na bramkach stał w dyskotekach w weekend i w tygodniu, bo miał małe stypendium (około 500 zł). W Warszawie, ale też pod Siedlcami, z Marcinem Dołęgą. Pewnie i piwko się zdarzyło. Ale na treningu był zawsze punktualnie. Tylko co z tego - po nieprzespanej nocy. Jak poszedł do wojska, to się skończyło z bramkami, ale nigdy mi się nie przyznał.

I o Tomaszu Majewskim można powiedzieć, że jest pana "odkryciem". Pan zaczął go uczyć pchnięcia kulą tylko trochę wcześniej niż Małachowskiego dyskiem...

- Zbyszek Majewski chciał, żeby Tomek uprawiał trójskok. Powiedziałem mu: "Człowieku, przecież same jego kości ważą 100 kilo, jaki z niego trójskoczek". I spróbowaliśmy kuli. Szybko doszedł do większej wagi - jak tylko zaczęliśmy zajęcia na siłowni. Wtedy oceniłem, że będzie ważyć 140 kg i trafiłem w dziesiątkę. Pomagało też, że potrafił zjeść. Z domu przywoził torbę, w której miał osiem, dziesięć bułek i opróżniał do połowy przed treningiem, a resztę załatwiał po treningu. Czytał i jadł.

Fajni moi chłopcy dwaj, jeden w drugiego. Na początku z nas się śmiali. Jak oni się ruszali, o mój Boże. Jak pierwszy raz znaleźliśmy się z nimi w Spale, a oni zaczęli biegać po bieżni, to się ze Zbyszkiem Majewskim odwracaliśmy, żeby nie było, że to nasi.

No, a teraz to my się śmiejemy.

Nowy rekord świata Bolta »


Najczęściej czytane