Drzewiecki: Zakręcę kurek z pieniędzmi dla związków! » Rozmowa z Arturem Nogą, piątym zawodnikiem igrzysk olimpijskich w biegu na 110 metrów przez płotki
Kiedy wyjeżdżałeś na igrzyska, znali cię chyba tylko kibice z Raciborza. Jak się odnajdujesz w zupełnie nowej sytuacji? - Zamieszanie, które powstało wokół mnie, odbieram bardzo pozytywnie. Fajnie jest być kojarzonym przez kibiców i dziennikarzy. Naprawdę mi się to podoba.
Doceniasz już wynik, jaki osiągnąłeś? Pamiętasz swoje pierwsze reakcje? - Tak, nie byłem do końca zadowolony. No i nadal nie jestem. Potwierdziło się, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Byłem w olimpijskim finale, mogłem pobiec lepiej.
Nie przesadzaj, piąte miejsce w debiucie to świetny wynik. - Z miejsca rzeczywiście mogę być zadowolony, ale z osiągniętego czasu już, niestety, nie.
Co się właściwie stało na rozgrzewce przed tym finałowym biegiem? - Na dobiegu do płotka potknąłem się, przewróciłem i dość mocno poobijałem. Ale to nie jest wytłumaczenie. Po prostu w samym biegu nie wszystko do końca poszło po mojej myśli.
A jak ten bieg ocenił trener? - Był szczęśliwy. Podkreślał, że zrobiłem więcej, niż zakładał. Celem był półfinał. Obaj uważamy, że przede mną duże postępy. W Londynie pobiegnę po
złoty medal. Bo przecież mistrzem olimpijskim chce być każdy prawdziwy sportowiec.
Dopiero niedawno przeszedłeś na wyższe płotki. Wcześniej jako junior biegałeś na niższych o 7 cm, 99-centymetrowych. Wygląda na to, że do nowych warunków przystosowałeś się błyskawicznie. - Finał olimpijski był moim dopiero dwunastym biegiem w karierze na wysokich płotkach. Przed igrzyskami takich startów zaliczyłem tylko osiem. Z czasem na pewno znacznie poprawię technikę. Teraz zdarza mi się jeszcze robić błędy, czasem spore.
Patrząc na ciebie, można uwierzyć, że i w Polsce da się wychować świetnego zawodnika. A może ty jesteś wyjątkowym farciarzem i trafiłeś do klubu, któremu nie brakowało pieniędzy? - Bieganie zaczynałem w Victorii Racibórz. Tam, niestety, było ciężko. Dlatego musiałem przenieść się do innego klubu. Trafiłem do Warszawianki. I w niej jest mi naprawdę dobrze.
Zamieszkałeś w Warszawie? - Tak, klub zapewnił mi mieszkanko. Nie był to może
luksusowy apartament, ale nie miałem powodów, żeby narzekać.
Mieszkanko, nie apartament - co to znaczy? - Miałem pokój w dwupokojowym mieszkaniu, w którym mieszkały też dwie kulomiotki. Czasem ciężko było się poruszać po tym naszym mieszkaniu, ale ja nie potrzebuję luksusu. To, co dostanę teraz, wystarczy mi całkowicie.