Sport.pl

Plan na przyszłość? Kolejne medale! - mówi Gazecie Korzeniowski

- Nie uważam się za doskonałego chodziarza. Uważam się za chodziarza bardzo dobrego, za zawodowca, który wykonuje swoją pracę, którą kocha i która jest jego pasją, na najwyższym poziomie. Historia dopiero będzie oceniać, na ile byłem doskonały, na ile niepobity - mówi Robert Korzeniowski.
Robert Korzeniowski, mistrz świata w chodzie na 50 km, po skończeniu złotego marszu w Edmonton, najpierw ustawił się do zdjęć. Potem podbiegł do 300-osobowej grupy Polonii z Edmonton, która jako jedyna oklaskiwała jego triumf. Nie odmówił sobie jednak rundy honorowej z polską flagą po pustym stadionie. Potem znowu pozował i długo udzielał wywiadów dla rozmaitych telewizji. Po ponadgodzinie dotarł na konferencję prasową, gdzie w końcu spotkał się i z polską prasą.

- Poszło nawet lepiej niż po mojej myśli, bo myślałem jeszcze około 40 km, że będę musiał walczyć bardzo ostro - mówił polski mistrz świata. - Chciałem mieć czystą sytuację na 5 km przed metą, żeby nie było zbytniej rywalizacji na końcu, któraby dawała pretekst do błędów technicznych. Było łatwiej niż się spodziewałem. Myślę, że paradoksalnie, pomógł mi w tym Tomek Lipiec, który niepotrzebnie trochę odszedł od naszego peletonu. Gdy szedł jakieś 100 m przed nami zauważyłem, że Aigars Fadiejevs zaczął forsować tempo, żeby Tomka dojść. Ja na razie jeszcze się tym nie przejmowałem. Planowałem przyspieszenie za kilka kilometrów. Aigars narzucił jednak takie tempo, że tylko my dwaj byliśmy w stanie tak na prawdę je wytrzymać. Potem - jak się okazało - już tylko ja jeden.

Na 18 km przed metą już wiedziałem, że jestem w stanie wygrać. Kwestia była tylko taka, żeby, mówiąc żargonowo, dowieźć ten medal. Nie niepokoiłem się specjalnie, gdy z tyłu pojawił się Jesus Angel Garcia. On nie dysponuje zbyt dużą szybkością. Jest "tempowcem" i musi iść stale z jedną prędkością. Z kolei moja przewaga była dosyć duża. Tutaj groźniejszym rywalem mógł być Fadiejevs, gdybyśmy zostali do końca razem.

Ostatnie 10 km to było już tylko liczenie kolejnych okrążeń. Silna koncentracja nad techniką i radość z powiewających polskich flag. Miałem stale informujących mnie kibiców o mojej przewadze nad zawodnikami, którzy maszerowali za mną. W ogóle było miło. Ja lubię słoneczną pogodę. Ten chód to był taki dobry, ostry trening, w dobrych warunkach.

Historia mnie oceni

Doskonały chodziarz musi mieć dwie nogi, wytrzymałe serce i bardzo silną głowę. Tutaj szczególnie, w tego typu zawodach, głowa, czyli odporna psychika, odgrywała ważną rolę. Trzeba było wytrzymać wolne tempo na początku. Wyczekać i patrzeć, co pogoda i stopniowo narastające tempo będzie robić z zawodnikami. Decydowały doświadczenie i wiedza.

Nie uważam się za doskonałego chodziarza. Uważam się za chodziarza bardzo dobrego, za zawodowca, który wykonuje swoją pracę, którą kocha i która jest jego pasją, na najwyższym poziomie. Historia dopiero będzie oceniać, na ile byłem doskonały, na ile niepobity. Mnie to specjalnie nie wpływa na wyobraźnię. Za każdym razem staję w zawodach, nie jako doskonały chodziarz, mistrz olimpijski, tylko zaczynam pisać książkę od nowa.

Każdy ma szansę wygrać ze mną. Meksykanin Edgar Hernandez jest dla mnie niespodzianką. To bardzo młody zawodnik, zobaczymy, co pokaże dalej. Hiszpan już pokazał, co mógł. On wielkiej rewolucji w chodzie już nie zrobi. Fadiejew zaś musi sobie poradzić ze swoją wielką popularnością na Łotwie. Kiedy przestanie być sportowcem publicznym, człowiekiem, który udziela się wszędzie, a będzie potrafił stać się z dnia na dzień zawodowcem, wtedy będzie bardzo, bardzo groźny.

Ja nie mam wielkich sekretów treningowych. Każdy może ze mną trenować. Miałem nawet rozmowę z Rosjaninem Ilją Markowem, który zaproponował mi wspólny trening do następnych 50 km. Nie każde środki są jednak dobre dla każdego człowieka. Nie każdy ma taką samą konstrukcję fizyczną i psychiczną. Ja mam pewne rozwiązania, które są dobre dla mnie. Markow może z nich skorzystać. Nie mam zamiaru jednak publikować moich dzienniczków treningowych, ani przekazywać ich naukowcom. Uważam, że dopóki nie zakończę mojej kariery powinny zostać moim prywatnym dobrem. Jeżeli się zdecyduję, by je opublikować, pewnie zarobię na nich trochę pieniędzy.

Myślę, że warto byłoby swoje doświadczenia wykorzystać w przyszłości. Niemniej jednak czas na to przyjdzie dopiero po igrzyskach 2004. Wiem, że startując w igrzyskach w Atenach, mam szansę na kandydowanie do komisji zawodników MKOl. Szczerze powiem, kandydatury zawodników, którzy kończą karierę są najbardziej serio rozpatrywane. Chciałbym być człowiekiem na tyle niezależnym finansowo, żeby móc działać. Ale pieniądze nie są moją motywacją w uprawianiu sportu.

Moi Polacy

Moim planem na przyszłość jest zdobywanie kolejnych medali. Chcę dotrwać tak do igrzysk w Atenach i tam zakończyć karierę. Najpiękniejsze byłoby to, gdybyśmy wspólnie z moją siostrą Sylwią mogli wystartować na olimpiadzie. Ja na 50, ona na 20 km. Gdyby ona znalazła się w olimpijskim finale czułbym się niesamowicie spełniony, jako sportowiec i jej trener. Czy porażka w Edmonton mogła zmienić tę decyzję? Może, gdyby doszło tu do jakiejś wczesnej dyskwalifikacji, gdybym zobaczył, że coś się ze mną złego dzieje w moich oczach, czy ocenie sędziowskiej, wtedy zadałbym sobie pytanie, czy nie zrezygnować. Nie było jednak takiej sytuacji, ani natury technicznej, ani fizjologicznej. Cóż, motywacja nadal pozostaje wysoka i mam jeszcze sporo przewagi nad moimi rywalami.

Jadąc do Edmonton robiłem porównanie z Sydney. Ale oglądając chód kobiet na 20 km, zobaczyłem Sewillę, gdzie mnie zdyskwalifikowano. Byłem zdegustowany, że kobiety nie powalczyły sobie nawet. Pozdejmowano po drodze te, które mogły walczyć. Miałem lekki niesmak, ale powiedziałem sobie, że przecież zrobiłem wszystko, jestem w 100 proc. przygotowany. Nie na darmo woziłem ze sobą kamerę na każdy trening, na ważniejsze zawody. Mam do siebie zaufanie. Gdybym miał być tutaj zdyskwalifikowany, to by zrodziło duży brak zaufania do samego siebie. Nie spodziewałem się, że skończę ten chód z czystym kontem, jeśli chodzi o wnioski na dyskwalifikację, po obejrzeniu dwudziestki kobiet. Niemniej jednak trenowałem technikę i nie mam sobie nic do zarzucenia.

Męski chód na 20 km oglądałem w telewizji w Calgary. Nie widziałem się na tej dwudziestce, bo ja się do niej w ogóle nie przygotowywałem. Decyzję o 20 km w Sydney podjąłem rok wcześniej. Myślałem o niej, robiłem przygotowania do niej. A teraz absolutnie nie. Chciałem, żeby ten rok był odchudzony. Nie jestem maszyną, nie mogę rok po roku brać na siebie takiego obciążenia. Chciałem osiągnąć sukces jak najmniejszym kosztem. Szaleństwo jakie było związane z igrzyskami skończyło się dla mnie w połowie stycznia. Byłem jak rozjechany walcem drogowym po balu mistrzów sportu 7 stycznia. W innych latach byłem już w tym okresie w bardzo poważnym treningu. Może bym i wygrał tu 20 km, ale w przyszłym roku bym za to zapłacił. Cykl olimpijski zacznę w 2003 r. i wtedy wytoczę ciężkie działa. W Atenach, jeśli wystartuję na 20 km to nie z ambicjami medalowymi. Będę miał 36 lat. Nie zdarzyło się, żeby 36-latek wygrał ten dystans na olimpiadzie.

Tytuł w Edmonton sprawił mi ogromną radość. Nie była to oczywiście tak wielka niespodzianka jak przy realizacji pierwszego marzenia. Pamiętam jak cieszyłem się po brązowym medalu w Goeteborgu. Poprzedni medal MŚ w Atenach był trudniejszy do zdobycia. Tutaj nie miałem właściwie żadnego problemu po drodze. W Atenach było cieplej, walka ramię w ramię z Garcią i dwa ostrzeżenia na koncie. Każda radość jest inna, bo każdy medal jest inny. Żadna z nich nie jest gorsza od poprzedniej. Trudno rutynowo zdobywać złote medale. Gdyby tak było to nie zebrałbym w sobie tyle motywacji, żeby jeszcze trenować.

Nie ma dla mnie żadnej różnicy, czy na stadionie jest mało czy dużo ludzi. Może brakuje trochę tego dreszczu, gdy krzyczy 80 tys. kibiców. Ja tego się nie spodziewałem. Po prostu wiedziałem, że spotkam moich Polaków na tym stadionie. I bardzo dobrze, że byli. Niech się martwią inni. Ja w każdym razie miałem swoją, kapitalną publiczność.