Sport.pl

Korzeniowski mistrzem świata w chodzie!

Korzeniowski, dwukrotny mistrz olimpijski z Sydney, doszedł na metę z olbrzymią przewagą nad rywalami. Drugi na mecie Hiszpan Jesus Angel Garcia miał aż 59 sekund straty. Polak złoty medal MŚ w chodzie na 50 km zdobył po raz drugi w karierze. Był to czwarty medal dla Polski w Edmonton
Korzeniowski rozegrał batalię jak profesor. A takim niewątpliwie jest po zdobyciu trzech złotych medali olimpijskich, dwóch mistrzostw świata i mistrzostwa Europy oraz kilku dyskwalifikacjach, dzięki którym nabierał doświadczenia. Cały czas kontrolował stawkę będąc w czołówce. Długo nie atakował, nie podniecał się atakami innych.

- Myślałem, że zawody roztrzygną się po 40 km - mówił później najlepszy chodziarz świata. - Tymczasem okazało się, że stało się to znacznie wcześniej. Po 32 km, byłem pewny, że wygram.

Decydujący atak wykonał inny polski faworyt do medalu, o którym szef wyszkolenia Jerzy Skucha, wspominał jeszcze rano, Tomasz Lipiec. Po 58 minutach walki wysunął się na prowadzenie i zaczął forsować bardzo mocne tempo. Szedł z przewagą około 20 s przez ponad godzinę, a za nim odpadali kolejni zawodnicy. Wreszcie po 25. kilometrze została za Lipcem tylko trójka: Korzeniowski, Aigars Fadiejevs z Łotwy i Rosjanin Władimir Potiemin. Ton grupce nadawał Łotysz. Szybko dogonili słabnącego w oczach Polaka. Nie pomógł gorący doping coraz liczniejszej, z każdą minutą chodu, polonii z Edmonton.

- Wiadomo, że chód się rozgrywa zawsze po trzydziestce - powiedział trener Krzysztof Kisiel. - Nie licząc Tomka, do 30. kilometra był spokój, a potem zerwała się trójka. Wiadomo było, że kto wytrzyma do 40. weźmie swoje.

Tomek, rzeczywiście trochę mnie zaskoczył swoim atakiem - dodał Kisiel. - Za szybko poszedł, mógł poczekać troszkę. Dobrze się czuł. Dobrze był przygotowany. Za dużo go to kosztowało, nie potrzebnie tracił energię. Atak na 15. kilometrze nigdy nic nie daje. Miał iść w grupie, takie było ustalenie. Ale jak już ruszył to nie sposób go przecież było zatrzymać. Co miałem zrobić? Za koszulkę go złapać?

Tomasz Lipiec przez przeszło godzinę nie schodził z ekranu telewizyjnego, przebijając pod tym względem wszystkie gwiazdy MŚ. Wydawało się nawet, że jego akcja może przynieść efekt. Kisiel łapał się za głowę, bo tempo marszu miał na 3:35 godziny (Korzeniowski wygrał w czasie 3:42.08).

Lipiec to zawodnik, który stara się mieć własne zdanie. Nie przyjechał z trenerem i kolegami (startował na 50 km także Roman Magdziarczyk, który został zdyskwalifikowany) do Calgary, tylko przygotowywał się w ostatnich dniach z ojcem, w Warszawie. Cały czas pracował przy tym w Departamencie Sportu UKFiS. Przyjechał do Edmonton dwa dni przed startem.

- Tomek źle znosi długie pobyty poza domem - wyjaśniał trener. - Był z nami trzy tygodnie na obozie, ale zrezygnował z przyjechania potem bezpośrednio do Kanady. Pobyt w Warszawie mu nie zaszkodził. Wręcz musiał się czuć za dobrze i zaatakował za szybko. Nie ma żadnego konfliktu z Robertem. Cała trójka się toleruje.

- Startuje się po to, żeby wygrać - tłumaczył swoją decyzję ataku Tomasz Lipiec. - Starałem się zaatakować, to była moja taktyka. Atak się udał i tyle. Na 30. kilometrze miałem najgorszy kryzys w życiu. Przez 10 km zastanawiałem się jak przeżyć. Dopiero ostatnie 10 znów mogłem iść. To jest dystans, który rządzi się swoimi prawami. A ja je pogwałciłem. Jeśli jedno koło pójdzie się za szybko o 10 s, to z nich robi się 1000 s zaległości na 40. kilometrze. Tak było w moim przypadku. Jedno koło, czy dwa poszedłem za szybko i potem to mnie drogo kosztowało. Nie żałuję ataku - dodał chodziarz, nadal aktualny rekordzista Polski na 50 km. - Żałuję, że nie kontrolowałem bardziej tempa. Że racjonalniej nie rozłożyłem sił. Wyszedł brak doświadczenia w tego rodzaju akcjach. W każdym razie ja też starałem się wygrać.

Tomasz Lipiec zajął ostatecznie dziewiąte miejsce. Pierwsze nie nagradzane finansowo (za ósme przewidziana jest nagroda w wysokości 4 tys. dolarów).

- Powiem po kolarsku, Tomek się ładnie pokazał na początku wyścigu - ocenił występ swego pracownika prezes UKFiS Mieczysław Nowicki. - Odpadł, ale dziennikarze będą mieli o czym pisać.



Gdy Lipiec odpadał, Korzeniowski szedł coraz lepiej. Każde następne 5 km, aż do 45. pokonywał z większą prędkością. Jako pierwszy z czołowej trójki odpadł Rosjanin, tracąc ochotę do ścigania po czerwonej kartce od sędziego. Fadiejevs nie wytrzymał podejścia Korzeniowskiego do punktu żywienia. Polak musiał wtedy przyspieszyć, wyprzedzając dublowanych, żeby znaleźć miejsce przy krawężniku.

Korzeniowski szedł samotnie powiększając przewagę nad dwójką rywali - do Łotysza dołączył Jesus Angel Garcia, który po 35 km złapał "drugi oddech". Hiszpan zaś oderwał się za chwilę rywalowi i pewnie zmierzał po srebrny medal. Fadiejevs też musiał zapłacić za swój atak, jeszcze boleśniej niż Lipiec. Na stadion wszedł na trzecim miejscu z przewagą około 50 m nad Meksykaninem Edgarem Hernandezem. Ten jednak lepiej rozłożył siły i 150 m później był już przed Łotyszem zajmując trzecie miejsce.

Korzeniowski wszedł na 45-tysięczny stadion długo przed nimi. Wcześniej dotarli na niego polonusi, którzy kibicowali Polakowi na trasie. Było ich około 300, ale robili srogi hałas. Wszyscy ubrani na biało-czerwono, skandowali: "Do boju, do boju, do boju Polacy". Na jednym z transparentów widniało: "Witamy w Edmontonowie".

- To była tylko moja, kapitalna publiczność - powiedział na mecie mistrz świata, pozdrawiając rodaków przez mikrofon. Był świeży, w doskonałej formie. Rywale, którzy docierali na metę po nim, padali omdleni, wymiotowali i potrzebowali pomocy lekarskiej.

- To Robert jest bardzo dobry, a nie rywale są słabi - ocenił trener Kisiel. - Uzyskał najlepszy wynik na imprezie mistrzowskiej. A rywale przyszli w tempie jakim on chodził do tej pory, więc nie mogę powiedzieć, że byli słabi. Jestem bardzo szczęśliwy, szczególnie, że po raz pierwszy mogłem widzieć Roberta jak finiszuje na takiej imprezie. Zawsze stolik z napojami mieliśmy bardzo daleko i nie zdążałem na stadion.