Sport.pl

Gebrselassie pokonany!

Etiopczyk Haile Gebrselassie nie obronił po raz czwarty tytułu mistrza świata na 10 000 m. Szósty medal wywalczył zaś Lars Riedel - pisze z Edmonton Stefan Tuszyński.
Lekkoatletyczne mistrzostwa świata w Edmonton odbywają się pod znakiem legend. Kanadyjczycy Barney Baker i Jerry Bouma wymyślili "Obiad Złotych Legend". Zaprosili kilkunastu wspaniałych przed laty lekkoatletów, z Ireną Szewińską, włącznie. Zaprosili ich na obiad, na który mieszkańcy Edmonton mogli sobi kupić bilety i konsumować w otoczeniu swego idola.

Obiad ten odbył się w poniedziałek. Dwa dni później zaś zaproszono na lunch dziennikarzy. Też, jak napisano, z udziałem "Legend". Okazało się, że obok Sergiej Bubki i Dany Zatopkowej legendami są już, m.in. mistrzyni na 100 m z odbywających się MŚ Żanna Pintusewicz-Block i złoty medalista w chodzie na 20 km 22-letni Roman Raskazow.

Lunch, w najlepszym hotelu w mieście - McDonald - był skromny, oparty na makaronie. Ale było miło, "Legendy" dostawały pamiątkowe pióra, a potem pofotografowali się ze sobą: Bubka ze Stacy Dragilą, Bubka z Pintusewicz, Bubka z Zatopkową, itd.

Legendę można było zobaczyć też na stadionie, w akcji. W czwartek po piąty złoty medal w MŚ na 10 000 m biegł Etiopczyk Haile Gebrselassie. 28-letni biegacz ma wielką kartotekę zasług dla swego kraju i lekkoatletyki. Oprócz czterech zwycięstw w MŚ, jest też dwukrotnym mistrzem olimpijskim na tym dystansie. Pobił 15 rekordów świata w biegach na 3000 m, 5000 m i dystansie dwukrotnie dłuższym i jako pierwszy człowiek przełamał w tych konkurencjach bariery 13 minut i 27 minut.

Gebrselassie urodził się w miejscowości Arssi leżącej 3000 m n.p.m. Był jednym z dziesiątki dzieci. Dzięki sportowi jest dziś bogaczem. W biegach zawsze był dobry. Jako 15-latek przebiegł maraton w 2:48 godz. w Adis Abebie. Cztery lata później był mistrzem świata juniorów na 5000 i 10 000 m. Tak zaczęło się jego pasmo wielkich sukcesów, których nie sposób wszystkich wymienić. Najważniejsze, w każdym razie, były biegi na 10 000 m, na którym to dystansie był niepokonany od 1993 r., aż do środy.

Był to dziwny bieg, niedobry dla Gebrselassie, który w listopadzie przeszedł operację ścięgna Achillesa. Przed MŚ zaś przeziębił się mocno, z gorączką ponad 39 stopni, która wyniszczyła filigranowy organizm.

Bieg wyglądał momentami jak wyścig kolarski. Gebrselassie biegł w otoczeniu trzech kolegów. Obok czaiło się trzech Kenijczyków, i tyluż samo Hiszpanów. Chwilami nie było chętnego do prowadzenia i peleton biegł ławą po czterech torach. Potem wyskakiwał jeden z biegaczy i tempo wzrastało na chwilę.

- Szybko-wolno, szybko-wolno, szybko-wolno i tak w kółko - mówił po biegu Etiopczyk. - Wykańczało mnie to, aż sam postanowiłem prowadzić stawkę.

To było zabójcze dla Gebrselassie. Nie zdołał narzucić tak silnego tempa, by pogubić rywali. Na finisz nie mógł zaś się liczyć po przebytej gorączce, choć potrafi szybko biegać na ostatnich metrach, co pokazał wygrywając 10 000 m na MŚ w Goeteborgu, gdzie ostatnie 200 m przebiegł w 25,1!

Tym razem słynny Etiopczyk Gebrselassie musiał uznać na finiszu wyższość dwóch biegaczy: 23-letniego policjanta z Kenii Charlesa Kamathi'ego i swego rodaka, również 23-latka Assefy Mezgebu.

- Wiedziałem, że Haile nie biegał przez cały sezon, ale nie spodziewałem się, że go pokonam - mówił nowy mistrz świata. - Koledzy pomogli mi trzymać się w czubie. Jeden dla drugiego był zającem.

- Mieliśmy swoją taktykę w tym biegu - przyznał srebrny medalista. - Kenijczycy jednak, przyspieszając i zwalniając ciągle, nie pozwolili nam jej zrealizować. Szybkość na ostatnim okrążeniu zaskoczyła nas. Cieszę się, że udało mi się zdobyć srebrny medal. Z tego, że pokonałem Haile nie jestem szczególnie dumny, bo wiem, że był przez cały sezon chory.

W Edmonton dobiegła kresu legenda niepokonanego Gebrselassie. Ten jednak zapowiedział, że na pewno nie było to jego ostatnie 10 000 m w życiu. Chociaż przymierza się do maratonu. Chciał 42,195 km przebiec już rok temu, ale uniemożliwiła mu to kontuzja.



Na konferencji prasowej Etiopczyk tryskał humorem. - Myślałem, że nie może być już tak poprowadzonego biegu, żeby mnie ktoś zaskoczył. Tymczasem taki trafił się na mistrzostwach świata. Dałem się wystrychnąć na dudka i to jedyny powód dla którego jestem zły - powiedział Etiopczyk.

Co nie udało się Etiopczykowi, zrobił Niemiec. Lars Riedel wygrał po raz piąty złoty medal MŚ w rzucie dyskiem. Gdyby udało mu się wygrać także w Sewilli dwa lata temu, wyrównałby rekord Sergieja Bubki, wydawałoby się, nieosiągalny dla innych. Tymczasem Riedel w Hiszpanii był trzeci.

- Po latach udało mi się wreszcie rzucić perfekcyjny rzut na MŚ - powiedział po zawodach dyskobol. - No może, prawie perfekcyjny. Gdyby moja noga była jeszcze nieco szybsza rzuciłbym 70 m. Dzisiejsza noc przejdzie do legendy, taka będzie impreza - zapowiedział Riedel. - A potem, jak już głowa przestanie mnie boleć, zacznę myśleć o przyszłości.