Sport.pl

800 m: Czapiewski zdobył brązowy medal!

Fenomenalnym finiszem Paweł Czapiewski zdobył brązowy medal mistrzostw świata w biegu na 800 m. Polski biegacz, choć trzeci, został bohaterem tej konkurencji - pisze z Edmonton Stefan Tuszyński.
- Nie wierzę, nie wierzę, na prawdę. To dla mnie ogromny szok i wielkie szczęście - takie były pierwsze słowa Pawła Czapiewskiego po biegu na 800 m, w którym debiutant na takiej imprezie wywalczył brązowy medal MŚ.

23-letni zawodnik nie był faworytem do medalu. Podczas prezentacji, gdy spiker przy każdym zawodniku wymieniał jego dotychczasowe sukcesy, Czapiewski miał ich najmniej. Przedstawiony został jako zwycięzca Pucharu Europy z tego roku. I rzeczywiście, był to dotąd najważniejszy bieg w jego karierze. Tam właśnie, gdy Polacy zwyciężali w Superlidze filigranowy Polak zaskoczył wszystkich swym sercem do walki, gdy nie dał się odepchnąć roślejszym rywalom i wygrał swój bieg we wspaniałym stylu.

- Nikt mnie nie zapraszał na mityngi, dlatego nie miałem się czym pochwalić. Czasów też nie miałem gdzie poprawiać, a czułem, że siedzą we mnie możliwości. Teraz mam przepustkę do Golden League - mówił Czapiewski.

Mocy przybywaj

W Edmonton biegał nieco inaczej niż na Superlidze. Nie było mowy o walce na łokcie. Rywale szybciej otwierali bieg. Polak w eliminacjach i półfinale zostawał z tyłu, a potem długo, ale skutecznie finiszował. W półfinale zszedł pierwszy raz w życiu poniżej 1.45 minuty.

- To nie tylko wiara w sukces - mówił Czapiewski. - Muszę być przecież wytrenowany skoro trzy razy pobiegłem w granicach rekordu życiowego. A nawet ostatecznie nieźle go poprawiłem.

- Przed dzisiejszym biegiem starałem się sam przestraszyć, jakąś tremę poczuć i nie mogłem - mówił medalista. - Po poprzednich biegach miałem już poczucie jakiegoś spełnienia. I nie miałem chęci do walki. Zobaczyłem jeszcze, że Lidka Chojecka zajmuje piąte miejsce i pomyślałem, że może kibice niepotrzebnie siedzą w nocy przed telewizorami. Ale o dziwo, stojąc na kresce przed biegiem poczułem mobilizację: Utrzymam się ich do 700 m, a potem zrobię swoje.

Podczas finiszu Czapiewskiego kibice wstali z miejsc. Zwyciężający Szwajcar Andre Bucher nikogo nie zaskoczył, bo nikt go nie pokonał jeszcze w tym sezonie. Sensację sprawiał tylko Polak, który z ostatniego miejsca przesuwał się coraz szybciej do przodu. Minął najpierw mistrza olimpijskiego Niemca Nilsa Schumanna, wicemistrza z 1996 r. Hezekiela Sepenga z RPA, a potem Marokańczyka Khalida Tighazouine, Mbulaeni Muladzi z RPA, a wreszcie Kenijczyka Williama Yiampoy'a i wyszedł na medalowe miejsce.

- Z Schumannem ścigam się od pięciu lat - opowiadał bohater wieczoru. - Nigdy z nim nie wygrałem. Był dla mnie kimś w rodzaju Boga. To on ruszył pierwszy do ataku i to mnie poruszyło. Zrozumiałem, że tego "Szamana", jak o nim mówimy, wreszcie przejadę.

Prowadzący od startu drugi Kenijczyk Wilfried Bungei, najszybszy junior świata w 1999 r., rozpoczął szaleńczo pierwsze 400 m (50,41 s).

- Zawsze dobrze kończyłem, jeśli mogłem poprowadzić bieg po swojemu - mówił potem Kenijczyk.

Na finiszu jednak słabł w oczach. Czapiewskiemu do srebra zabrakło tylko 0,08 s.

- Starałem się utrzymać. Widziałem, że reszta biegnie w grupie zaraz przede mną - opowiadał wrażenia z biegu Czapiewski. - Czekałem i obawiałem się, co będzie dalej, bo widziałem, że rywale narzucili mocne tempo. Pierwsze 200 m w 24 s, 400 poniżej 51! Potem, powiem szczerze, na 250 m do mety zwątpiłem, że będę miał medal. Troszeczkę mnie już stawiało. Ale po kolejnych 100 metrach złapałem tzw. drugi oddech. Wtedy zobaczyłem, że Kenijczycy przede mną słabną. No i przyszła wiara, a za wiarą moc. No i zdobyłem medal!

Po biegu szczęśliwy Polak wyściskał się ze zwycięzcą i tak jak on zrobił rundę honorową z flagą.

- O czym rozmawiałem z Bucherem? Nie pamiętam - mówił później. - Mój angielski pozostawia wiele do życzenia, jego pewnie też. Wiele byśmy nie pogadali. Zresztą nie o to wtedy chodziło.

Brązowy medalista MŚ, zawodnik Lubusza Słubice, zadedykował swój medal zmarłemu dwa lata temu trenerowi Mieczysławowi Ksokowskiemu. - On do tego sportu mnie wprowadził, nauczył mnie wszystkiego co w nim jest ważne. Jemu w mojej karierze zawdzięczam najwięcej, także ten medal. Oczywiście, ukłony też w kierunku mojego obecnego trenera Zbigniewa Króla - dodał szczęśliwy biegacz. - To jest prawdziwy artysta w swoim fachu. Potrafił doprowadzić mnie do najwyższej życiowej formy, akurat w tym dniu, w którym trzeba.