Sport.pl

Polacy nie odpadają w pierwszych rundach

Marcin Urbaś przeszli pomyślnie wtorkowe eliminacje: Marcin Urbaś na 200 m, Paweł Januszewski i Marek Plawgo na 400 m ppł., a Adam Kolasa w skoku o tyczce. Co sami sądzą o swoich startach? - zapytał ich nasz korespondent Stefan Tuszyński.
Marcin Urbaś:

Uzyskałem najlepszy wynik w sezonie. Taki był plan, że biegam tu wszystkie biegi mocno. Czy wytrzymam, zobaczymy. W Sewilli, gdzie ustanowiłem w półfinale rekord Polski (19,97) w pierwszym biegu uzyskałem 20,80 s i byłem drugi. Generalnie jestem zadowolony. Wiem, że byłem przygotowany na szybsze bieganie niż w Sydney. Tam nie zagrało coś w sezonie przygotowawczym, ze względu na kontuzję. Trenowałem potem ze strachem, ćwiczyłem na pół gwizdka. Wolne bieganie wówczas była to tylko i wyłącznie moja wina.

W tym roku jest już trochę lepiej. Ale myślę, że w przyszłym będzie jeszcze lepiej. W tym roku miałem kłopoty w listopadzie. Miał być obóz, na którym miała być wykonana praca tlenowa, ale go nie było i wydaje mi się, że wtedy coś zgubiłem. Ale mimo wszystko powinno być szybko skoro w pierwszym biegu jestem w stanie pobiec 20,41. A miałem wczoraj bardzo ciężką noc. Nie chciało mi się usnąć. Męczyłem się w łóżku dwie godziny.

Na czas w okolicach 20 s nie stać mnie chyba w tym roku. Zwykle w biegu półfinałowym wystarczało by awansować do finału 20,37. To jest dobry wynik. Obiecuję półfinał, a tam jest wszystko możliwe.



MAREK PLAWGO:

Zadowolony jestem z pierwszego biegu pod jednym względem. Przebiegłem, po raz pierwszy, osiem płotków na 13 kroków. Chcę to powtórzyć w finale, ale dużo mocniejszym tempem. I wytrzymać do końca. Mogłem sobie poćwiczyć, bo mój bieg był wolny. Wiedziałem, że przeciwnicy nie będą wymagający. Jestem w stanie powalczyć. Pierwszy bieg to jest przetarcie.

Nie ma rywalizacji między mną i Pawłem Januszewskim. To podwórkowa sprawa, która na mistrzostwach odstawiamy na bok. Teraz jeden drugiego dopinguje, żyjemy razem, jeden drugiemu pomaga. Walczymy o medale dla Polski.

Startowałem już na MŚ, ale juniorów. Tam biegi eliminacyjne nie były wymagające. Do finału byłem świeży. Tu będzie inaczej. Obawy przed finałem? Tylko jedna. Nie wiem, czy uda mi się poprawić w finale życiówkę, po mocnym półfinale.



ADAM KOLASA:

Nie wiem jak to się stało, że poprzeczka na 5,70 m nie spadła. Już ją zahaczyłem od dołu nogami, a potem lekko przy schodzeniu. Uratowałem ją chyba piersią. Łapania ręką nie uczyłem się i nawet nie próbuję. Zacząłem życiówką wcześnie rano. Mam nadzieję, że pojutrze dołożę coś jeszcze. Bałem się troszkę tej godziny. W tym sezonie może ze trzy razy trenowałem rano, ale o 11.

Czwartego miejsca mojego brata Mariana w Rzymie nie uważam za nieszczęśliwe. Jezu! Ja bym się popłakał ze szczęścia jeśli byłbym tu czwarty.