Sport.pl

Wziąłbym ślub z diabłem - rozmowa z trenerem Moniki Pyrek

Mając 20 lat Monika ma jeszcze dużo, dużo czasu przed sobą - mówi Edward Szymczak, trener Moniki Pyrek
Stefan Tuszyński: Jest wielkim sukcesem zdobycie brązowego medalu. Na więcej chyba nie można było liczyć?

Edward Szymczak: Wyszliśmy dzisiaj z zamiarem grania o brązowy medal. Taki był nasz cel. Obawiałem się tego konkursu, jak się okazało, słusznie. Na początku Monika nie mogła się wbić w rytm. To wina dwóch tygodni po kontuzji bez biegania i kontaktu z tyczką. Ona zrobiła 105 procent tego co mogła. W dwa lata doszła do światowego czuba. Dwa lata temu skakała 4,16 m i była dokładnie nikim, poza tym, że była jakąś wicemistrzynią świata juniorek. To dowodzi, że jest na właściwej drodze. Mając 20 lat ma jeszcze dużo, dużo czasu przed sobą.

A co trzeba zrobić, żeby skoczyła 4,80 m?

- Poczekać jeszcze. Dać jej, nam trochę kredytu zaufania. U niej można poprawić jeszcze bardzo dużo. Przede wszystkim całą stronę motoryczną. Skacze już technicznie dobrze, niektórzy twierdzą, że najlepiej, z czym ja akurat śmiem się nie zgodzić. Ale wielu ludziom się jej technika podoba. Przy jej potencji fizycznej skakanie 4,61, bo tyle wynosi jej rekord, to jest na prawdę ewenement. Siłowo będziemy ją powoli ciągnęli na wyższy poziom. Jakieś gwałtowne ruchy przy doskonaleniu motoryki spowodowałyby to, że ten jej kruchy organizm, by się rozsypał. Połowa jej sukcesów to efekt dużej dozy cierpliwości, spokoju przy rozwijaniu się jej, takim naturalnym.

Jaki Pan przewiduje rozwój skoku o tyczce w wydaniu kobiecym?

- Jestem dużym optymistą. Jest w naszym kraju wiele takich panienek, które jeśli tylko zechcą naśladować koleżankę, niewiele starszą, mają wszelkie dane, żeby dołączyć do światowego czuba. Nawet szybciej niż to zrobiła Monika. Z tym, że czub będzie odjeżdżał, co jest rzeczą naturalną. Mamy już dziewczyny skaczące cztery metry, które mają dopiero 17 lat, odnoszące sukcesy międzynarodowe, jak choćby brązowa medalistka mistrzostw świata kadetów Ania Olko. Monika będąc w około 25-osobowej grupie jest siłą napędową dla młodszych.

A w świecie?

- Świat rządzi się innymi prawami. Do pewnego momentu będzie jeszcze postęp szedł lawinowo. Myślę, że do jakichś pięciu metrów. Potem już nie będzie się tak rozwijało szybko. Kobiety nie prędko skoczą, moim zdaniem, 5,20 m. Stacy Dragilla trzy lata temu opowiadała, że w Sydney 2000 skoczy 5 m. Takie gadanie można sobie wsadzić między bajki. Dzisiaj spadło jej 4,82 i na nogę runęło razem ze 100 tys. dolarów za rekord. Na pewno wtedy musiała sobie pomyśleć, że trzeba trochę wykazywać rozsądku, choć w sporcie, oczywiście, wiara w rzeczy niemożliwe jest wskazana.

Jaką Monika jest dziewczyną?

- Jaka jest z wyglądu to wszyscy widzą: ładna, zgrabna i powabna. Jest taka jak każda normalna dziewczyna. Miewająca lepsze i gorsze dni. Jest inteligentna, dosyć zacięta jeśli chodzi o pracę. Nie nastręcza żadnych kłopotów, ani wychowawczych, ani innych. To, że osiwiałem to nie z jej powodu na pewno. Wyłysieć też zdążyłem wcześniej, zanim ją poznałem. Życzę wszystkim, żeby mieli do czynienia z takimi zawodnikami. Trzymam też kciuki za nią, żeby jej sukcesy nie zmieniły do tego stopnia, żebyśmy raptem stracili wspólny język.

Czym się różni praca z kobietami i mężczyznami?

- Bardzo, bardzo się różni. Przede wszystkim tym... muszę się wycofać.

Tym bardziej nalegam.

- Tym, że kobiety nie piją. Zdecydowanie pod tym względem są lepsze. Trochę się boją. Każdy strach ma wiele odmian. To nie o to chodzi. Są niewątpliwie zmienne, trudno, jak mówią bardziej doświadczeni, wytrzymać z nimi na dłuższą metę, pracować, bo nigdy nie wiadomo co im się tam może zdarzyć. Zakocha się, czy jeszcze gorzej. I raptem kończy się cała praca. To taka gra na beczce z prochem. Ja wierzę, że Monika wykorzysta swoją inteligencję, by tak swoim życiem pokierować, żeby w tym sporcie wygrać z kim się da i zrobi to z klasą.

W kategorii swoich sukcesów zawodowych, na którym miejscu postawiłby Pan medal Moniki?

- W tej chwili na pewno na pierwszym. Miałem do tej pory czwarte miejsce Mariana Kolasy w mistrzostwach świata w Rzymie jako trener. I kilka medali w halowych mistrzostwach świata i Europy. Ta impreza jest najwyższej rangi. Cieszę się, że nie powtórzyła się sytuacja z Rzymu. Tam Kolasę w ostatniej chwili Rodion Gataulin wyprzedził. Tutaj też zadrżałem, gdy sędziowie zaczęli mieszać w tym konkursie. To był skandal. Jak poprzeczka źle leżała, to od czego sędziowie są? Mogą sprawdzać za każdym razem, a nie anulować kawałek konkursu.

Monika powtarza często, że brak jej na zawodach trenera Wasilija Kaliniczenki.

- Właśnie, dobrze, że pan to poruszył, bo ta sprawa urasta do nieprzyjemnego zdarzenia, jakbyśmy rywalizowali ze sobą o Monikę. To jest człowiek, który przyjechał do mnie na praktykę. I zatrzymałem go, bo jest wartościowy. Płacę mu z własnej kieszeni tyle, żeby mógł mieszkać w Polsce i wysłał rodzinie, i to więcej niż mógł zarobić na Ukrainie. Na szczęście tam strasznie marnie zarabiają. Grupa ma już 25 osób i, żebym pękł sam nie dałbym sobie rady. Dlatego pomagają mi jeszcze inni trenerzy od naboru. Ja muszę dbać o interesy firmy, by egzystowała, ale w treningu plany i myśl szkoleniowa są moje. Jakby Sławek Kaliniczenko okazał się nielojalny to mu tego samego dnia podziękuję.

Ale dziś jesteśmy bardzo szczęśliwi. Udał nam się finał tego roku. Chciałbym podziękować wszystkim moim współtwórcą tego sukcesu. Przede wszystkim Sławkowi, Bogusi Klimaszewskiej, Jackowi Torlińskiemu. I mojej żonie, która utrzymuje rodzinę, bym ja mógł być trenerem. Wszyscy mają w nim swój udział. Niektórzy bardzo duży. Ja tu tylko wieńczę to wspólne dzieło i chciałbym, żebyśmy mogli dalej tak pracować. Uważam, że jest najwyższy czas, aby w sprawdzonych metodach szukać optymalnych rozwiązań. To znaczy w metodach zespołowych, bo tyczka jest bardzo złożoną konkurencją. W życiu mężczyzny bywają różne okresy. Nie zawsze wszystko chce się dokonywać samemu. Ja jak znajdę lepszych od siebie, to i z diabłem wezmę ślub, po to, żeby go wciągnąć do zespołu. Jeśli to będzie korzystne dla całej sprawy. Chciałbym, żeby mnie to dalej bawiło, bo to rzecz numer jeden.