Sport.pl

Ziółkowski mistrzem świata w rzucie młotem!

W piątej próbie młot rzucony przez Szymona Ziółkowskiego poszybował na niebotyczną odległość - 83,38 m. To był nokaut dla Japończyka Koji Mirofushiego, mistrza Azji, który prowadził od drugiej kolejki. Polak mistrzem świata!!!
Ziółkowski był faworytem. Wygrał w tym sezonie wiele konkursów, aż 11 razy z wynikiem ponad 80 m. Nie był jednak liderem list światowych. Przewodził im Japończyk Murofushi z wynikiem 83,47 m. 25-letni Polak miał rezultat o metr gorszy. Między nimi znalazł się jeszcze Węgier Adrian Annus (83,39). Po konkursie w Edmonton kolejność ta się nie zmieniła. Tylko, że Polak jest mistrzem świata, Japończyk wicemistrzem, a Węgier nie walczył nawet w ścisłym finale.

- Spałem spokojnie. Zawsze przed eliminacjami bardziej się denerwuję - opowiadał Szymon Ziółkowski. - Finał był spokojniejszy. Chociaż to był mój pierwszy finał mistrzostw świata. Ostatnio wylądowałem na poza pierwszą "20".

Zaczęło się wybornie. Zanim Ziółkowski oddał swój rzut, tylko Rosjanin Ilja Konowałow przekroczył 80 m (80,27). Szymon wziął do swej próby ten sam młot, którym rzucał Rosjanin. Wszedł do koła. Polizał palce i ... rozkręcił się jak wielki bączek, z którego wyprysnęła ciężka kula na lince. Poleciała aż na odległość 81,88 m. Ziółkowski i siedzący na trybunach jego trener Czesław Cybulski wyrzucili ręce wysoko do góry. Gdy Murofushi, który rzucał jako ostatni, też nie przekroczył 80 m wydawało się, że jest po walce.

- Zrobiłem to, co chciałem zrobić w Sydney - przyznał Ziółkowski. - Ale na Koji'ego to nie wystarczyło, nie przestraszył się.

Druga seria ciągnęła się. Ożywił ją trochę Tibor Gecsek, trafiając prosto w grupę sędziów, którzy w ostatniej chwili zdążyli odskoczyć. Nawet Polak dopasował się do grona kolegów. Uzyskał tylko 79,69 m.

- Przyznaję, że po pierwszym rzucie myślałem, że już jest załatwione, a tu okazało się, że to nie takie proste. Nie rozluźniłem się. Cały czas starałem się zrobić wszystko jak najlepiej. Tylko, że czasami to nie wychodzi - komentował Ziółkowski.

Nagle doskonały nastrój polskiej ekipy zepsuł Japończyk. Wysoki i umięśniony jak kulturysta, szczupły jak na miotacza, Murofushi wysłał młot aż na 82,46 m. Potem pokazał Polakowi, ale za jego plecami, gest ... Murofushiego.

W tym samym momencie na bieżnię upadła popchnięta Lidia Chojecka, walcząca w półfinale 1500 m. Polka wstała szybko i dogoniła coraz szybciej biegnącą grupę. Na mecie była trzecia co dało jej awans do biegu finałowego. Mimo to nie chciała z nikim rozmawiać. Mocno zdenerwowana, popłakała na uboczu i poszła się rozbiegać.

Hart ducha polskiej biegaczki wlał w serca kibiców nadzieję, że i Ziółkowski nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. By wyprzedzić Murofushiego musiał przynajmniej wyrównać rekord Polski.

Nie szło mu jednak. A Japończyk rzucał jak szalony. Ziółkowski poprosił Macieja Pałyszkę, który w finale młota zajął 11. miejsce (odpadł po trzech próbach), żeby go zdenerwował. To też nie pomogło. Trzecia kolejka była spalona, w czwartej zaledwie 80,32.

- Starałem się robić wszystko, co mogłem. Nie do końca mi to wychodziło. Już po treningach wiedziałem, że stać mnie na wiele. Rzucałem ponad 83 m. Ale w konkursie cały czas czegoś brakowało. A to nie wyszedł mi trzeci obrót, albo czwarty. Raz było coś za luźno, a raz za sztywno. Gdy konkurs tak się układa, myśli się tylko o jednym: żeby wreszcie jakiś rzut się udał.

Sprinterzy ścigający się w finale 100 m zgarnęli całą uwagę widzów. Emocjonująca i pełna, jak zwykle, falstartów konkurencja ciągnęła się długo. Miotacze zaś czekali. A gdy Maurice Greene i jego koledzy z USA - Tim Montgomery i Bernard Williams - rozprawili się już z resztą rywali, atmosfera na stadionie kompletnie siadła. Ponad połowa z 30 tys. widzów, którzy przyszli w niedzielę na stadion, wyszła.

Piątą próbę Ziółkowskiego polscy dziennikarze oglądali wspólnie z Pawłem Czapiewskim, który awansował chwilę wcześniej do finału biegu na 800 m. Na opustoszałym i cichym stadionie zaczęło się tymczasem rozlegać coraz głośniejsze: "Polska, Polska, Polska". Mistrz olimpijski rozkręcił się z nieprawdopodobną szybkością i gdy wyrzucił młot już wiedział, że poleci daleko. Ustanowił rekord Polski i rekord mistrzostw świata - 83,38 m.



- Na mistrzostwach nie udało się rzucić tyle nawet facetom, którzy mieli życiówki powyżej 86 m - chwalił się Ziółkowski. - Przed każdym rzutem koncentrowałem się tak samo, ale dopiero ten wyszedł. Słyszałem kibiców i było bardzo przyjemnie. Po rzucie byłem zbyt podekscytowany, żeby go ocenić na chłodno, czy był idealny technicznie. Na szczęście był wystarczająco daleki. Szkoda, że nie udało mi się pobić życiówki z MŚ o 10 m, która wynosiła 74,12. Ale byłem bardzo blisko.

Niewiele brakowało, a Japończyk znów pokrzyżowałby plany Ziółkowskiego. W piątej próbie odpowiedział rzutem na 82,92 m. W ostatnim zaś, który Polak oglądał z niepokojem, Murofushi rzucił 82,61 m (Ziółkowski tylko 80,39).

- Denerwowałem się, bo ostatnia kolejka jest - co zawsze powtarzam - kolejką cudów - opowiadał mistrz świata i igrzysk olimpijskich. - Tym bardziej, że i ja wszystkie najlepsze rezultaty uzyskiwałem w ostatnich kolejkach. Spodziewałem się, że Koji może mi zrobić przykrość. Na szczęście był wyrozumiały.

- W Sydney nie do końca wiedziałem co się dzieje - kontynuował Ziółkowski. - Wszystko było niespodzianką, wielkim przeżyciem. A teraz wiedziałem, z jakim nastawieniem przyjeżdżam do Kanady. Presja była ogromna, dlatego to było dla mnie podwójnie trudne. Wygrać tutaj było dużo ciężej niż w Sydney.

- Gdybym przegrał z tym wynikiem, na pewno nie robiłbym tragedii. Ale mistrz olimpijski powinien wygrywać mistrzostwa świata. Tymczasem w sporcie jest tak, że za rok może się okazać, że będę dużo dalej. Teraz, by zająć ósme miejsce trzeba było rzucić ponad 79 m, a taki wynik dawał medal rok temu w Sydney. Na poprzednich MŚ w Sewilli srebrny medal dawało 79,05, a teraz - 82,92. Czasy się zmieniają - dodał. - A w ogóle, to fajnie, że wygrałem.

Komentuje szef wyszkolenia PZLA dr Jerzy Skucha

Cieszymy się z medalu Szymona, ale nie tylko on i jego trener nie ugięli się pod presją. Robert Maćkowiak ze wspaniałym wynikiem na 400 m, Paweł Czapiewski na 800 m czy Lidka Chojecka na 1500. Wielu bije rekordy życiowe na światowym poziomie, a to świadczy, że są świetnie przygotowani. Mimo upadku Lidka kończy bieg na trzecim miejscu! To mówi tylko o jej wielkiej formie. Jeśli nie popełni w finale takich błędów jakie tu popełniała, nie będzie się rozpychać, to też musi być bardzo dobrze, jak w młocie.

Co cały czas powtarzam. Nie mamy żadnego kompleksu wobec najlepszych zawodników świata. Polacy walczą jak równy z równym. Trzymają się w swoich biegach liderów rankingów, bo wiedzą, że tylko wtedy mają szansę na poprawę. Wszyscy mieli optymalne warunki treningowe, wszystko co potrzebne było najlepsze, nawet dla tych młodym, którzy wchodzili dopiero do kadry olimpijskiej. Większość dobrze je wykorzystała.

Widać już po dwóch dniach MŚ, że nasza młodzież sprawdza się w walce na najwyższym poziomie. Może to nie najlepiej zabrzmi, ale tak ma być, po prostu. I tego pociągu już nie zatrzymamy, aż do następnych igrzysk. W przyszłym roku mamy mistrzostwa Europy - najłatwiejszą w czteroleciu imprezę. I tam chcemy się pokazać dopiero gradem medali. Z tą właśnie młodzieżą, która w Atenach 2004, ma coś znaczyć.