Sport.pl

Artur Partyka w Edmonton komentatorem TV

Artur Partyka pojechał na lekkoatletyczne MŚ, ale nie będzie skakał po kolejny medal. Został komentatorem TVP
Rafał Kazimierczak: Po 20 latach startów i treningów znajdziesz się na zawodach w zupełnie innej roli.

Artur Partyka: To pomysł Włodzimierza Szaranowicza. Uważam, że to ciekawa droga dalszego funkcjonowania w lekkoatletyce. Zobaczymy tylko, z jakim skutkiem.

Nie masz za dużej praktyki.

- I dlatego towarzyszy mi spora trema. Wiem, że czekające mnie zadanie nie jest łatwe. W 1998 roku, podczas mistrzostw Europy, poproszono mnie o skomentowanie kilku konkurencji. Walczyłem przed mikrofonem dwa dni i od tamtej pory podchodzę do tej pracy z dużą pokorą.

I tak bez żalu przestajesz być sportowcem? Jako komentator ze spokojem będziesz obserwował, jak inni walczą o medale?

- To będę mógł powiedzieć dopiero po zawodach. Podczas kariery wielokrotnie odpuszczałem sobie starty w halowych mistrzostwach świata i Europy, w 1999 roku nie pojechałem na mistrzostwa do Sewilli. Wtedy absencja nie wywoływała we mnie żadnego stresu. Teraz sytuacja rzeczywiście jest odmienna. Na wszystko będę patrzył z zupełnie innej strony niż dotychczas przez tyle lat. Cóż... Dla mnie będzie to bardzo ciekawe. Będę miał tyle innych zajęć, że na sentymenty nie starczy mi czasu.

Nawet podczas konkursu skoku wzwyż?

- Podejrzewam, że mimo wszystko to wydarzenie przeżyję inaczej. Z pewnością będę myślał, co by było, gdybym był na skoczni. Przed konkursem na pewno pójdę pogadać z chłopakami. W ogóle jeżeli będę miał możliwość, to chciałbym rozmawiać, z kim tylko się da. Chcę być jak najbliżej wydarzeń, mieć wiadomości bezpośrednio ze źródła. To bardzo ważne w pracy, której się podjąłem.

Skoczkowie chyba się zdziwią, gdy zobaczą Cię w innej roli?

- Nie sadzę. Kilku chłopaków współpracowało z telewizjami w swoich krajach. Komentatorami byli Steinar Hoen, Dietmar Moegenburg, Patrick Sjoeberg i Jacek Wszoła. Sensacji zatem nie wzbudzę. Niespodzianką będzie pewnie to, że nie skaczę. Wcześniej stresowali się, gdy tylko zobaczyli mnie na rozgrzewce. Chodziłem zamknięty w sobie i widziałem, że spodziewają się najgorszego. Tak to jakoś było, że gdy startowałem ja i Sotomayor, innym zostawała walka tylko o trzecie miejsce.

W Twojej karierze zdarzało się, że, jak sam to określałeś, zdobywałeś medale z niczego. Może tym razem przytrafi się to po raz kolejny? Skoro już tam będziesz, to może jednak poskaczesz?

- Rozumiem, że to typowo wakacyjne pytanie. Niedawno byłem w Spale i z trzech kroków skoczyłem 2 m. Gorzej było z długiego rozbiegu, bo brakuje mi wybiegania. W Edmonton poskaczę, ale tylko mentalnie. Z emocji na pewno będzie mnie podrywało z krzesła komentatorskiego. Na inne skakanie nie ma szans. Przytyłem prawie 10 kg. Powoli zbliżam się do wyglądu młociarzy. Jednak w młocie też nie wystartuję. Na razie Szymek Ziółkowski mógłby porzucać mną.

Czyli to naprawdę koniec Twojej kariery?

- Może jeszcze jeden, jedyny raz, kiedy w przyszłym roku urządzę moje pożegnanie ze sportem. To naprawdę jest koniec. Trzeba wiedzieć, kiedy powiedzieć dość. I ja to mówię, bo wiem, że nic mądrego już nie wymyślę.

W Edmonton w skoku wzwyż będzie nas reprezentował Grzegorz Sposób. Jemu będziesz kibicował chyba najbardziej?

- Jeśli przetrwa eliminacje, wszystko jest możliwe. Grzesiek to taki zawodnik, któremu jak wyjdzie skok, to przejdzie nawet 2,32, a może i 2,34. Jego minusem jest brak stabilizacji technicznej, ale dobrze radzi sobie ze stresem i chyba wie, czego chce.

Najczęściej czytane