Sport.pl

Kanadyjczycy boją się maratonu

Uśmiechnięci mieszkańcy Edmonton boją się maratonu - pisze z Edmonton Stefan Tuszyński
Narysowana od kilku dni niebieska linia na najważniejszych estakadach wywoływała poruszenie wśród obywateli nielubiących wszelkich zmian w ich uporządkowanym życiu.

W Edmonton od lat jest dobrobyt i stabilizacja. Od wielu lat nie musiano tu niczego zmieniać, choćby łączy telefonicznych - przez co na MŚ cierpią europejscy dziennikarze wyposażeni w nowoczesne laptopy. Dlatego też mieszkańcy Edmonton byli niemal przerażeni na samą myśl o zamknięciu ulic w czasie piątkowych godzin szczytu. Miasto jest bowiem świetnie rozwiązane urbanistycznie. Jego mieszkańcy nigdy dotąd, co może wydawać się nieprawdopodobne, nie zaznali jazdy w korkach.

- To miasto nie przeżyło jeszcze czegoś takiego, tak wielkiego przedsięwzięcia. To największe, najbardziej ekscytujące tutejszych ludzi zamknięcie dróg w historii Edmonton - usprawiedliwiał głosy protestujących Wayne Wood, rzecznik zarządu dróg i transportu miejskiego. - Uważam jednak, że każdy powinien być szczęśliwy, bo mimo pewnych niedogodności będzie miał jedyną okazję zobaczyć najlepszych maratończyków świata. I to u siebie, na swojej ulicy! Widzę tu więcej korzyści niż negatywnych stron - zwracał się do współmieszkańców Wood.

Maraton to jeden z elementów ceremonii otwarcia MŚ, które ożyją tak naprawdę w sobotę. Od 8.30 rano tutejszego czasu stadion będzie zapełniał się uczestnikami zawodów, ale na pewno nie widzami, nad czym boleją hotelarze w Edmonton, prześcigając się w obniżaniu cen swych usług. Martwi to także organizatorów.