Sport.pl

Wiaczesław Woronin - mistrz świata z Sewilli

Nie Javier Sotomayor, nie Charles Austin czy Artur Partyka, tylko 26-letni Rosjanin z Władykawkazu jest mistrzem świata w skoku wzwyż. Wiaczesław Woronin to jedna z największych karier w światowej lekkoatletyce ostatnich lat. Jeszcze trzy lata temu mało kto o nim słyszał. Ale w 1998 roku na halowych mistrzostwach Europy w Walencji sprawił sporo kłopotów Arturowi Partyce. Obydwaj skoczyli 2,31 i Polak wygrał tylko dzięki mniejszej liczbie zrzutek.
Od 1999 r. Woronin jest mistrzem świata na otwartym stadionie z Sewilli, halowym wicemistrzem świata z Maebashi.

Ma 190 cm, jest wygimnastykowany i silny, dzięki czemu skacze bardzo widowiskowo. Organizatorzy mityngów zapraszają go też dlatego, że jest waleczny, odważny i szalony. W Spale na prośbę Partyki, zgodził się skakać 2,37 m, mimo że jego rekord życiowy, i to z sezonu letniego, jest o centymetr gorszy. Przegrał z Polakiem, ale nawet do głowy nie przyszło mu tłumaczyć się zmęczeniem. A mało kto wiedział, że Woronin przyjechał do Spały zaledwie na dwie i pół godziny przed konkursem.

Jest Pan mistrzem świata, ale kibice mało Pana znają. Co Pan robił, zanim został Pan skoczkiem?

- Jak to, co robiłem? Rosłem! Jak wszystkie normalne dzieci grałem w piłkę, biegałem, chodziłem po drzewach. Ciągle w ruchu. Dużo było tego sportu. Chodziłem oczywiście do szkoły.

Skończył Pan uniwersytet.

- To później, wtedy nie byłem już dzieckiem. Studiowałem wychowanie fizyczne.

Skakał też Pan na spadochronie. Co to za pomysł?

- To jest chyba niewytłumaczalne. Zachciało mi się to robić i tyle. To było dawno, miałem 18 lat. Teraz nie mogę skakać, bo to zbyt niebezpieczne.

A interesował się Pan lekkoatletyką?

- Sam zacząłem skakać dosyć późno, ale kibicem byłem zawsze. A oglądanie skoku wzwyż to było coś specjalnego. Wielkich skoczków, takich jak Sotomayor, Partyka, Austin, znam z telewizji.

Chciał Pan być wtedy takim zawodnikiem jak oni?

- Na początku nie przywiązywałem do tego zbytniej uwagi. Tak naprawdę to zapaliłem się dopiero po rozmowach z Awdiejenką. Namawiał mnie, ale powiedział też, żebym sobie wszystko przemyślał. Wtedy zacząłem myśleć, że fajnie byłoby zostać skoczkiem. Do końca przekonałem się, gdy zaczęło mi wychodzić, gdy widziałem, że treningi przynoszą rezultaty.

Po latach został Pan mistrzem świata...

- Zostałem mistrzem, ale nie pokonałem Sotomayora i Partyki, bo nie było ich w Sewilli. Pomyślałem sobie: jestem mistrzem! Ogarnęła mnie euforia. Ale na drugi dzień wszystko było już po staremu.

Nic się nie zmieniło?

- A co się miało zmienić? Jestem tym samym człowiekiem. Mam rodzinę, tych samych przyjaciół. Nie zmieniłem swojego patrzenia na świat i ludzi.

Pochodzi Pan ze sportowej rodziny?

- Chyba nie można nazwać jej sportową. Ojciec zajmował się boksem i siatkówką, ale nie robił tego na profesjonalnym poziomie. Siostra trochę ćwiczyła na siłowni i trenowała gimnastykę. Zrezygnowała, gdy przytrafiła się jej poważna kontuzja.

To jak Pan został zawodowym sportowcem?

- Przyszedłem na trening popatrzeć na swojego kolegę. Podszedł do mnie trener i zapytał, czy nie zająłbym się lekkoatletyką. Zapytałem go oczywiście, co konkretnie miałbym robić, a on pokazał na skocznię wzwyż. Zgodziłem się i tyle. To było w 1991 roku, miałem 18 lat. W czerwcu skakałem jeszcze ze spadochronem, a we wrześniu już wzwyż.

Ma Pan żonę i dziecko. Nie żal zostawiać ich w domu i jeździć po świecie?

- To miłe uczucie być gdzieś na świecie i wiedzieć, że czekają na mnie w domu. Zresztą nie będę przecież skakał wiecznie. Jak już przestanę, to cały czas będę z nimi.

Pana rekord to 2,36. Poprawi się Pan na tyle, żeby skakać 2,40?

- Dlaczego zaraz ja? Wcale nie powiedziałem, że to ja wygram. Każdy może.

A jaką wysokość jest Pan w stanie pokonać?

- To pytanie nie do mnie. Proszę zapytać mojego trenera. A najlepiej to Boga. Tylko on zna odpowiedź.

Najczęściej czytane