Sport.pl

Rozmowa z Marcinem Urbasiem

Przeżyłem parę miesięcy pokory. To też jest ważne, żeby lepiej znaleźć siebie - mówi rekordzista i mistrz Polski w biegu na 200 m Marcin Urbaś
W 1999 r. sprawił światową sensację. W półfinale mistrzostw świata w Sewilli pobiegł 200 m poniżej 20 s (19,98). Trafił natychmiast do wąskiej światowej elity. W finale nie udało mu się już wykrzesać tyle energii. Zajął ze sporo gorszym czasem piąte miejsce.

Nieznany wcześniej student AWF w Krakowie, lekkoatleta i długowłosy wokalista grupy metalowej, stał się gwiazdą także w Polsce.

Na fali entuzjazmu biegał do halowych ME w 2000 r. Był głównym kandydatem do złota, a po cichu liczono nawet na rekord świata. W pierwszym starcie eliminacyjnym Urbaś doznał jednak kontuzji. Od tamtej pory już nic nie było słodkie i łatwe. Serie przykrych porażek, niepowodzenia w kraju i za granicą. Słaby występ na igrzyskach.

Na początku czerwca na mityngu Żywiec Cup w Poznaniu odmieniony, króciutko ostrzyżony Urbaś pobiegł słabo. Już jednak w następnym starcie - memoriale Kusocińskiego w Warszawie - wypełnił normę na mistrzostwa świata w Edmonton. Biegał dobrze w Superlidze i bez trudu zdobył tytuł mistrza Polski w Bydgoszczy.

Stefan Tuszyński: Trener Tadeusz Osik spodziewa się po Panu wyników poniżej 20,5 s, a tymczasem w Bydgoszczy było znacznie wolniej.

Marcin Urbaś: Ja jestem bardzo zadowolony z tego startu. Był to już mój piąty bieg w MP i czułem się mocno zmęczony. Doskonale jednak zacząłem pierwsze sto metrów, a przed metą pozwoliłem sobie na gest radości. Nie walczyłem o czas, bo mam już minimum do Edmonton. Chciałem zdobyć złoty medal.

Cofnijmy się o dwa lata. Czy wynik na 200 m poniżej 20 sekund nie przeszkodził przypadkiem w Pana karierze?

- Wręcz przeciwnie. Ta życiówka mnie nakręciła. Potem biegałem w każdym starcie na wielkiej świeżości, każdy bieg sprawiał mi radość. Zacząłem wtedy trenować z trenerem Tadeuszem Osikiem. Organizm przeżył szok.

Czy to po treningach z tym szkoleniowcem skończył się Pana entuzjazm?

- Wszystko było dobrze aż do kontuzji w Gandawie w halowych ME. Wtedy czułem, jak mnie wspaniale niesie, ale przyplątała się kontuzja. W 1999 r. czułem się niezwyciężony. Po Gandawie pomyślałem, że mogę przegrywać.

Trener wspomniał, że mocno stresuje się Pan w sztafetach.

- Tak było tylko w Superlidze. W biegu indywidualnym koncentracja polega na dobrym wyjściu z bloku. W sztafecie czuję odpowiedzialność także za kolegów.

Ostatnio biegał Pan na ostatniej zmianie. Dlaczego?

- Bardzo mi pasuje ostatnia, bo mogę zepsuć o 50 procent mniej wysiłku niż na drugiej zmianie.

Sztafeta nie przeszkadza Panu w bieganiu 200 m?

- Traktuję te konkurencje na równi. Staram się tak przygotować formę, aby dobrze wypaść na 200 m. Wtedy wiadomo, że będę też dobry w sztafecie.

Po 1999 r. stał się Pan bardzo popularnym sportowcem. Czy to był przyjemny okres?

- Ten cały blichtr był bardziej uciążliwy niż fajny. Krępował mnie. Wyczuwałem w ludziach nastawienie, że teraz jestem dobry, ale jak się nie poprawię, to mnie oleją.

Jak Pan przeżył w takim razie późniejszy, gorszy okres?

- Nie zawsze było łatwo, to prawda. Po kontuzji przeżyłem parę miesięcy pokory. To też jest ważne, żeby lepiej znaleźć siebie. Teraz uważam, że potrzebowałem długiego roku porażek. Skłamałbym, że były same złe chwile, bo przecież biegaliśmy w finale olimpijskim 4x100 m.

Poznałem się przez ten czas na ludziach. Okazało się, kto jest prawdziwym przyjacielem, a dla kogo ważne było tylko znaleźć się przy moim boku w blasku reflektorów. Straciłem kilku kolegów, ale wiem, na kim mogę zawsze polegać.

Czy okres porażek jest już za Panem?

- Myślę, że tak. Zacząłem sezon wprawdzie nie najlepiej, przegrałem w Poznaniu z Marcinem Jędrusińskim, ale tam pobiegłem na 70 proc. możliwości. Ta przegrana jednak zmotywowała mnie, podobnie jak świetny bieg Greka Kenterisa i czas 20,10 s uzyskany niemal w tym samym momencie. Ten rok jest inny, lepszy niż poprzedni. Myślę o MŚ i o tym, by nie stanowić tam tła. Osiągnąłem w tym roku pułap, na którym nie muszę używać żadnych eksponatów.

Co to znaczy?

- Takie przesądy. W Sewilli np. gniotłem przed startem puszki, myśląc, że to są rywale.

Czy obcięte włosy są też odejściem od "eksponatów", czy efektem rozstania z kapelą?

- Długie włosy znudziły mi się i tyle. Miałem takie przez sześć lat. Fryzjer trochę narzekał, ale ostrzygł. Potem może zdecyduję się na warkocz, kto wie. A z zespołem rozstałem się, bo mój udział w nim był fikcją, ja stale byłem na obozie. W duszy nadal jestem jednak metalowcem.

Czy zupełnie porzucił Pan muzykę? Może szykuje Pan płytę z Patrycją Markowską?

- Z Patrycją nagraliśmy singla i tyle. Widocznie źle się sprzedał, bo nikt nie pomyślał, żeby stworzyć z nas duet. Z muzyką nie mam teraz nic do czynienia.

W roku 2000 pojawił się Pan na plakatach w całej Polsce. Czy MŚ '99 przyniosły fortunę?

- To był i pod tym względem najlepszy rok. Powiem jednak, że zarobiłem mniej niż piłkarz pierwszoligowy, który siedzi na ławce. Domu nie wybudowałem. Stać mnie było tylko na fundamenty. Ten rok też zapowiada się na chudy. Obniżyło mi się kadrowe, bo wymyślono nowe stypendium motywacyjne. Moi sponsorzy z firmy Actis obiecali, że będą pieniądze, i ja im wierzę. Z klubu dostaję grosze.



DLA GAZETY - TADEUSZ OSIK, trener kadry sprinterów

Marcinowi przydał się taki zimny prysznic, jaki przeżył po swoim wielkim sukcesie w Sewilli. Uważam, że tamten wynik trochę mu zaszkodził. Każdy musi zrozumieć, że wielkie wyniki przychodzą po wielkim treningu. Rok 2000 był stracony, ale ten sezon jest zupełnie inny. Marcin dojrzał do szybkiego biegania. Wprawdzie rok treningowy w jego wykonaniu nie jest jeszcze taki jak ten sprzed 1999 r., ale o niebo lepszy niż poprzedni. Teraz liczę, że uda mu się przebiec 200 m w 20,30-20,20 s. A w następnym sezonie będzie można znowu zaatakować rekord Polski.