Sport.pl

Rozmowa z Johnem Smithem, trenerem rekordzisty świata na 100 m - Marucie'a Greene'a.

Czy każdy może być rekordzistą świata? Każdy może marzyć - mówi trener najszybszych biegaczy na 100 i 200 m
Pod jego okiem dojrzał talent rekordzisty świata na 100 m Maurice'a Greene'a, a Marie-Jose Perec zdobyła dwa złote medale olimpijskie. Szkoli też mistrzów świata na 200 m Ato Boldona i Inger Miller oraz najlepszą europejską sprinterkę Christine Arron. Kiedyś sam był dobrym sprinterem, pobił nawet rekord świata na nietypowym dystansie 440 jardów.

Dwa tygodnie temu John Smith odwiedził Polskę przy okazji mityngu w Poznaniu Żywiec SA Cup.

Stefan Tuszyński: Czy zna Pan receptę na pobicie rekordu świata?

John Smith: Nie ma takiej. Po prostu sprinter musi marzyć o tym, by biegać jak najszybciej, i robić wszystko, by być najlepszym. Jeśli Maurice Greene przebiegł setkę w 9,79 s, to znaczy, że może pobiec w 9,78. Jeśli on tego nie zrobi, zawsze znajdzie się ktoś, kto tego dokona.

Czy mógłby Pan opisać wzorzec mistrza sprintu?

- To Maurice Greene. Niczego się nie boi, ani rywali, ani tego, co ludzie o nim myślą. Jednocześnie podchodzi z respektem do krytyki, szanuje kolegów i trenera.

Jak doprowadzić zawodnika do sukcesu?

- Do biegania sprintów trzeba być przygotowanym psychicznie i dojrzałym fizycznie. To długotrwały proces nauki konkurencji, która wymaga techniki i siły. Trzeba do tego dużo cierpliwości.

Czy rekord świata Greene'a to Pana zasługa?

- Maurice zaczął pracować ze mną, gdy biegał 100 m w 10,19-10,10, coś koło tego. Miał tylko wielkie predyspozycje. Musiałem nauczyć go wszystkiego: jak się dobrze odżywiać, jak się wysypia i w końcu, jak trenować. Poznał tajniki sztuki ścigania się, utrzymania się w dobrej formie i bycia mistrzem.

Czy Greene pracuje z psychologiem?

- Nie. Tylko ze mną. Ja jestem dla niego psychologiem, bo znam go najlepiej. Trenujemy codziennie. Mogę powiedzieć, że studiowałem psychologię biegacza, bo sam byłem biegaczem.

Ale ludzie są różni.

- To prawda. Ale ja wiem, jak im pomóc, tak aby osiągnęli życiowy sukces. Przynajmniej Maurice'owi.

Trenuje Pan dorosłych zawodników. Mistrzów i rekordzistów świata. Czy dopuszcza Pan ich do głosu?

- Często sam nie zawsze wiem, co zrobić z zawodnikami. Dlatego lubię znać ich zdanie, bo chcę wiedzieć, co jest komu potrzebne. Może to być odpoczynek, bo jakość w treningu sprinterów jest najważniejsza. Zwłaszcza kiedy moi zawodnicy są starsi, nie mogę ich pompować ilością treningu, muszę ich formę kształtować efektywnością. Dobierać i zmieniać trening w zależności od wieku, fizjologii, aktualnej formy i patrzeć, jak zawodnik się zmienia, to jest sztuka. To jest wielki artyzm.

Czy każdy może być rekordzistą świata na 100 m?

- Każdy może marzyć.

I bardzo wielu ludzi dla zrealizowania tego marzenia sięga po doping. Czy walka z dopingiem ma sens?

- Tak. Najważniejsze, żeby szanse były równe.

Ale sportowcy, a szczególnie sprinterzy, zażywają masę środków wspomagających. Czy tego nie można nazwać np. dozwolonym dopingiem?

- Medykamenty są potrzebne, kiedy człowiek jest chory. Aby wygrywać z innymi sportowcami, nie trzeba żadnej pomocy medycznej.

Co innego odżywki. Uważam, że istotny wpływ ma dieta, którą można wspomóc organizm. Ale to też jest indywidualna sprawa. W zwykłym pożywieniu są składniki niepotrzebne organizmowi. Nie potrzeba np. dużo tłuszczu. Innych składników jest z kolei za mało. Do tego jest potrzebna dobrze dostosowana do indywidualnych potrzeb odżywka. Dlatego sportowiec musi znać aspekty fizjologiczne, biologiczne, biomechaniczne i mieć pojęcie, co się w jego organizmie dzieje. Tak, żeby zapytany: "Jak się czujesz?", nie odpowiedział: "Nie wiem", tylko poskładał swój mózg do kupy i odpowiedział sensownie. Ato i Maurice wiedzą bardzo dużo o swoich organizmach, dlatego trening z nimi jest łatwiejszy. Kiedy mówię im, że trzeba zrobić to i to, oni rozumieją. To są wykształceni sportowcy.

Ile osób liczy Pańska grupa?

- Piętnaście.

Sam Pan wybiera sobie zawodników czy trenuje Pan tego, kto się zgłosi?

- Każdy z członków grupy musi respektować pozostałych. To ludzie, których ja lubię, lubi Maurice, Ato Boldon, Inger Miller.

Czy są różnice w treningu kobiet i mężczyzn?

- Zasadnicze. Kobiety są inne, mają kobiece słabości. Ale w mojej grupie dajemy radę trenować wspólnie w tym samym czasie. Mężczyźni patrzą na kobiety, kobiety patrzą na mężczyzn i jedna, i druga płeć stara się być silniejsza, motywuje się nawzajem. W życiu jest podobnie.

Lubi Pan pracować z kobietami?

- Tak, lubię.

A są grzeczne?

- O, nie. Mają swoje humory, pragnienia. Ale tego trzeba od nich oczekiwać. To pasjonujące, gdy trzeba czasem pogłówkować, żeby trafić do kogoś. Jestem jak ogrodnik w ogrodzie pełnym kwiatów. Tam jest lepsza ziemia, tu trochę gorsza, jedne kwiaty potrzebują więcej wody, inne więcej cienia, tu słońce tak operuje, tam inaczej. Podobnie ludzie. Jedni są czymś zdenerwowani, inni zmęczeni, ten zjadł coś niedobrego, inny pokłócił się z żoną, dziewczyną czy kochanką. Z kobietami nie ma więcej problemów niż z mężczyznami, są po prostu inne problemy.

A jak Pan wspomina pracę z Francuzką Marie-Jose Perec?

- To moja przyjaciółka. Wspaniała wojowniczka, jakie rzadko się spotyka. Uważam, że mogła jeszcze się rozwijać, ale zaczęła się interesować innymi aspektami życia.

W świecie postępuje proces globalizacji. Sport jest jedną z niewielu rzeczy, w których ważna jest przynależność narodowa. Czy nie ma Pan oporów z trenowaniem zawodników innych narodowości? Nie jest Panu głupio przed rodakami, gdy wytrenowany przez Pana obcokrajowiec ogrywa Amerykanina?

- Moja grupa jest otwarta dla wszystkich. Trenuję teraz Christine Arron i chcę, by zdobyła najwyższe trofea dla Francji. Chcę, aby Ato wygrywał wszystkie wyścigi dla Trynidadu. Moja grupa mogłaby się nazywać wolność globalna. Świat jest wielki i dla każdego znajdzie się miejsce.

Czy narodowość jest ważną rzeczą?

- Bardzo ważną. Ale jako trener, będąc dumnym z tego, że jestem Amerykaninem, muszę odłożyć na bok sentymenty i służyć sportowcom swoją wiedzą. Każdemu. Chcę, żeby szybko biegali.

Lekkoatleci z USA narzekają, że ich dyscyplina nie jest popularna w Stanach.

- Ja nie narzekam, bo to nie do końca jest prawda. Ci, którzy wygrywają, znajdują uznanie. Przegrani nikogo nie obchodzą. Dlatego wszyscy sportowcy w USA starają się być najlepsi. Jeśli komuś się nie uda, musi zadać sobie pytanie: "Dlaczego?". I przejąć inicjatywę, a nie narzekać.

Ile kosztuje trening u Johna Smitha?

- To zależy. Zawodnik staje się częścią grupy, ma możliwość rozwoju i - kiedy już się rozwinie - ma możliwość zarabiania pieniędzy. Muszą się zwrócić koszty włożonej pracy, szczególnie gdy przynosi ona efekty.

Czy ta praca daje Panu satysfakcję finansową?

- Pieniądze są ważne dla wszystkich. Muszę zapewnić rodzinie byt, 15-letnią córkę wysyłam właśnie do dobrej szkoły. Więc robię dobrze to, co robię.

Co Pan sądzi o coraz większych pieniądzach w sporcie? Czy one nie demoralizują zawodników?

- Proszę postawić się w sytuacji zawodnika. Jest młody i ma motywację do pracy, na początku nie myśli o pieniądzach. Jeśli tą motywacją jest tylko: "Będę zarabiał duże pieniądze" - to wybierze piłkę nożną. Ale jeśli będzie się rozwijał, to i w naszym sporcie pieniądze do niego przyjdą. Zmienią jego życie. I to wcale nie jest złe, bo dzięki pieniądzom sportowiec nadal się rozwija. Są ważną motywacją, bo lekkoatletyka to jest bardzo ciężki sport.

Czy widzi Pan kogoś, kto mógłby odebrać Greene'owi rekord świata?

- Jasne. Jeszcze jest miejsce. Może to być Ato Boldon. Mam też jednego młodego zawodnika Bernarda Williamsa [10,08 s w 2001 r., 9,99 w 2000 - red.].

Kto jest szybszy: Greene czy Michael Johnson?

- Nie ma się nad czym zastanawiać. Maurice jest najlepszy na 50 m, 60 i 100 m, a na takich dystansach biegają najszybsi ludzie świata. Michael jest rekordzistą na 200 m, ale jeśli Greene wystartuje z nim, to wygra.

Czy jest ktoś, kogo chciałby Pan trenować?

- Chyba nie. Mam wszystkich, których bym chciał.