Sport.pl

Kiedyś tych maratończyków przeklinałem. Dziś stoję i biję im brawo!

Sześciogodzinny limit czasu na pokonanie 33. PKO Wrocław Maratonu organizatorzy przedłużyli o ponad trzydzieści minut. Dzięki temu sklasyfikowani zostali: 86-letni pan Janek, bezdomny, mieszkający na dworcu pan Piotr oraz pan Paweł, który biegł boso.
Na trasie maratonu, przy Wieży Ciśnień stała niewysoka, starsza pani. W długim, ciepłym płaszczu, w białym kapelusiku dopingowała 85-letnia pani Kazimiera. Gdy maratończycy przebiegli obok niej, wystawiała małą dłoń i przybijała im piątki. Wielu z biegnących specjalnie podbiegało do starszej pani, aby klepnąć ją w rękę. Kilku zatrzymało się i wyściskało z panią Kazimierą. Inni bili jej brawo i mówili: "dziękuję bardzo".

- Córka pojechała na wakacje do Chorwacji, a ja przyszłam tu zobaczyć biegaczy - tłumaczyła.

Brawa dla biegnących

Przed 85-letnią kibicką stała dwójka malutkich dzieci, które podobnie jak ona też zaczęły przybijać piątki maratończykom. Po kilku minutach jeden ze stojących obok mężczyzn głośno przyznał: - Kiedyś tych maratończyków przeklinałem. A dziś stoję, biję brawo i dopinguję ich! - cieszył się.

I tak na biegnących ulicami miasta maratończyków reagowała większość wrocławian stojących przy trasie biegu. Bili brawo, dopingowali, stukali kołatkami, grzechotkami, rytmicznie grali na bębnach. Przy Legnickiej mężczyzna w biało-czerwonej koszulce dopingował biegaczy, cały czas śpiewając: "Naprzód biegacze, dzisiaj ambicja wam każe gnać na całego i walczyć do upadłego". Dodatkowo mężczyzna przybijał piątki biegaczom, niektórym podawał wodę. Po pewnym czasie niemal całkowicie ochrypł. Nieco mniej zadowoleni byli ci, którzy mimo ostrzeżeń, że będą utrudnienia w ruchu, zdecydowali się wyruszyć w miasto samochodem. - Przecież wszędzie pisali i mówili w radiu, że będzie maraton, to po co się ci kierowcy tu pchają - złościła się starsza pani stojąca przy skrzyżowaniu Hallera z Mielecką.

W pewnym momencie na skrzyżowaniu Powstańców Śląskich z Hallera korek samochodów był gigantyczny.

- No, zabijcie mnie, nie wiedziałam, że jest maraton! - krzyczała kobieta do męża i syna w samochodzie na warszawskich tablicach rejestracyjnych.

Ale kiedy tylko pojawiała się przerwa między biegnącymi, policjanci przepuszczali samochody, aby rozładować korki.

Batman i ksiądz

W 33. PKO Wrocław Maratonie wystartowały 5302 osoby. Zawodowcy i amatorzy. Niektórzy niekonwencjonalnie przebrani - w strój Batmana, Czerwonego Kapturka, sutannę księdza czy strój ludowy. Na wózkach jechali niepełnosprawni, jeden z uczestników biegł, prowadząc wózek z niepełnosprawnym dzieckiem. Wielu zawodnikom towarzyszyli bliscy i przyjaciele, którzy jechali obok na rowerze i podtrzymywali ich na duchu, dopingowali.

Dla wielu najważniejsze było pokonanie dystansu. Inni marzyli o poprawieniu rekordu życiowego. Z każdym pokonanym kilometrem odczuwali ból, zmęczenie.

- Ja już nie mogę. Chyba nie dam rady dalej biec - mówił do kolegi jeden z maratończyków na 30. kilometrze. Ale truchtał dalej.

Szczególne słowa uznania należą się zawodnikom do końca walczącym ze zmęczeniem. Właśnie dla nich o ponad pół godziny przedłużono sześciogodzinny limit czasu, jaki startujący mieli na pokonanie trasy. Wśród nich był 86-letni pan Janek oraz bezdomny Piotr Żukowski, mieszkający na Dworcu Centralnym w Warszawie. Pan Piotr biegł w starych trampkach i poliestrowej koszulce piłkarskiej. Jako ostatni linię mety minął Paweł Mej - on trasę ulicami Wrocławia pokonał boso.

Na mecie dochodziło do niebywałych sytuacji. Jeden ze startujących zatrzymał się przed metą i zanim ją minął, zrobił jeszcze 42 pompki. Inny z uczestników miał swój autorski sposób na wrocławski maraton i - jak przyznał - całą trasę zamiast przebiec... przeszedł.

Maraton wyjątkowo emocjonalnie przeżywali członkowie rodzin i znajomi biegnących. Na mecie cieszyli się spontanicznie, niektórzy płakali, kiedy ich bliscy kończyli bieg.

Euforia Kenijki

Maraton wygrał 27-letni Kenijczyk Too Silas Kiprono z plemienia Kalenji, który 42 km i 195 m ulicami Wrocławia pokonał w czasie 2:20:00. Drugi ze stratą 1:11 był jego rodak Kiprono Justus Kipchirchir. Trzeci na mecie zameldował się Ukrainiec Bogdan Semenowicz z czasem 2:22:45. Semenowicz przez długi czas prowadził i wydawało się, że pokona czarnoskórych biegaczy, ale w okolicach 34. km zaczął tracić siły. Najlepszy Polak - Łukasz Oskierko - zajął szóste miejsce z czasem 2:24:17. To jego debiut we wrocławskim maratonie.

- Trasa była świetna. Prawie cały czas płasko, poza kilkoma wiaduktami, pod które trzeba było podbiec, ale jak się trenuje w górach, to żadne wyzwanie - mówił uradowany, choć jak przyznał, wysiłek był ogromny. - Między 20. a 30. km mocno wiało i było to bardzo uciążliwe. Samotny bieg, mocny wiatr i temperatura wszystko zweryfikowały, ale i tak jestem przeszczęśliwy. Udało mi się pobić życiówkę o dwie minuty - podkreślał 26-latek z Warszawy.

Wśród kobiet bezkonkurencyjna była Stellah Jepngnetich Barsosio. Kenijka pokonała trasę w czasie 2:36:15 i ustanowiła nowy rekord trasy wśród pań. Dzięki temu zainkasowała czeki na łączną kwotę 35 tys. zł (15 tys. za zwycięstwo i 20 - za rekord). Kenijka po minięciu mety była przeszczęśliwa - klęknęła z radości i uśmiechała się do wszystkich.

Metę osiągnęło 4757 zawodników. To nowy rekord wrocławskiego maratonu. Dodajmy, że maratonowi towarzyszył jeszcze "PKO Bieg Rodzinny - Mila Olimpijska" na dystansie 1609 m, w którym wzięły udział całe rodziny z dziećmi, a nawet czworonogi. W sumie ten dystans pokonało ponad 3 tys. osób. Tutaj nieważna była klasyfikacja końcowa, liczył się sam udział, propagowanie biegania i zdrowego trybu życia.

Zorganizowano też sztafetę charytatywną "Bieg po Nadzieję", by wesprzeć podopiecznych Fundacji "Na ratunek dzieciom z chorobą nowotworową". Cały dochód ze sztafety zostanie przekazany na leczenie małych pacjentów Przylądka Nadziei.

Więcej o: