Sport.pl

Lekkoatletyka. Plawgo: w Rio powinniśmy zdobyć sześć medali

- Myślę, że teraz mogę być odważny, w Rio powinniśmy zdobyć sześć medali - mówi Marek Plawgo o tym, co na przyszłorocznych igrzyskach olimpijskich będą w stanie osiągnąć nasi lekkoatleci. Na zakończonych w niedzielę MŚ w Pekinie biało-czerwoni zdobyli osiem medali. - Zmieniło się bardzo coś, z czego będziemy korzystać może jeszcze nie w Rio, ale na następnych igrzyskach w Tokio i jeszcze następnych. Mamy nowy system szkolenia młodzieży, wyłapywania talentów. Robimy coś, co się sprawdziło w skokach narciarskich - opowiada wicemistrz Europy i brązowy medalista MŚ w biegu na 400 m przez płotki


Łukasz Jachimiak: Ile medali typował pan dla polskiej kadry na MŚ w Pekinie?

Marek Plawgo: Na pewno mniej niż osiem. Myślałem, że mamy trzy tzw. pewniaki, a sześć krążków byłoby dużą niespodzianką. W swoich typach opierałem się na prostej, ale potwierdzającej się statystyce, która mówi, że nawet przy dużej skuteczności ze wszystkich medalowych szans wykorzystuje się najwyżej połowę.

Kto swojej szansy nie wykorzystał? Patrząc tylko na wynik, można powiedzieć, że czwarta Kamila Lićwinko, ale przecież poziom skoku wzwyż był bardzo wysoki, a jej bardzo niewiele zabrakło nawet do złota.

- Bardzo fajne jest wskazywanie przyjemnych, a nie przykrych niespodzianek. Naprawdę mamy z czego się cieszyć, szczególnie zaskakujące są dublety [złoto i brąz w rzucie młotem i dyskiem oraz dwa brązy w skoku o tyczce]. Ten w dysku może nie aż tak bardzo, zwłaszcza wobec braku Roberta Hartinga. Ale miejsce na podium dla Wojtka Nowickiego w młocie? Super. A takich niespodzianek mogło być jeszcze więcej. Czas 48,40 s Patryka Dobka w półfinale 400 m przez płotki pokazał, że przy słabym poziomie tej konkurencji może dać brązowy medal. Patryk skończył na siódmym miejscu, siódma była też Asia Jóźwik na 800 m. Ona również pokazała, że za chwilę będzie ją stać na medale wielkich imprez. Cała reprezentacja spisała się świetnie, bo jeśli nie miejsca na podium, to prawie zawsze mieliśmy wartościowe rezultaty, rekordy życiowe. W kadrze musi być duch, zawodnicy ewidentnie napędzają się nawzajem.

Rok temu cieszyliśmy się z 12 medali mistrzostw Europy, teraz przeżywaliśmy najlepsze dla nas mistrzostwa świata - można mówić, że wróciliśmy do wąskiej czołówki, że znów jesteśmy może nie potęgą, ale nacją, z którą wszyscy muszą się liczyć?

- Wychowałem się na takich imprezach mistrzowskich, które oglądało się, czekając na start jednego człowieka - Roberta Korzeniowskiego, wcześniej Artura Partyki albo sztafety 4x400 metrów. Przez lata patrzyło się raczej na niemoc, niż na udane występy naszych lekkoatletów. A tu znów zaczęło się od trzęsienia ziemi, a później napięcie tylko rosło. Znów było jak u Alfreda Hitchcocka, reprezentacja kolejny raz pokazała charakter. Ktoś tym naszym dziewczętom i chłopakom w końcu pokazał, jak trzeba walczyć i wreszcie jeździmy na mistrzostwa bez kompleksów, bez miękkich nóg. Na bieżnię, skocznie, rzutnie wychodzimy, żeby wyszarpywać, co tylko można. Te zmiany widzę wyraźnie. Wielki szacunek za to. Przyznam szczerze - myślałem, że już się wypaliła formuła lekkoatletycznych mistrzostw, że one nie są tak emocjonujące jak gry zespołowe, np. finał piłkarskiej Ligi Mistrzów. A oglądając walkę naszych zawodników w wielu konkurencjach, miałem zupełnie inny odbiór zawodów.

Osiem medali MŚ zdobyliśmy wcześniej tylko raz - w poolimpijskim 2009 roku w Berlinie. Wtedy też pytałem pana, skąd wziął się taki sukces, a pan wskazywał na zmiany w Polskim Związku Lekkiej Atletyki, w którym po Irenie Szewińskiej władze przejęła ekipa Jerzego Skuchy. Ona cały czas pracuje, jak trzeba?

- Wtedy chwaliłem też trochę siebie, bo byłem członkiem zarządu. A teraz powiem, że związek rzeczywiście wykonuje dobrą robotę. Bardzo dobrze idzie szkolenie. Bywało, że mieliśmy w jakiejś konkurencji zawodnika wybitnego, a po tym specjaliście długo nie było nikogo, kto by go zastąpił i zdobywał medale. Teraz tam, gdzie mamy medale, mamy też ludzi, którzy mistrzom depczą po piętach. Męski młot, damski młot, męski dysk, kula, bo i tam Tomek Majewski nie musi się martwić, że po jego odejściu będzie posucha. Mamy kilku świetnych juniorów na czele z Konradem Bukowieckim, który właśnie debiutował w MŚ [jako najmłodszy kulomiot w historii - ma 18 lat]. Mamy system, to coraz wyraźniej widać. A porównywać roku 2015 z 2009 nie ma sensu, bo taka sama jest tylko liczba krążków.

Jasne - każdy przyzna, że mistrzostwa w roku przedolimpijskim są trudniejsze.

- W poolimpijskim naprawdę zwykle na świecie jest rozprężenie. Na imprezie zaraz po igrzyskach świetny występ może być trochę przypadkowy. A na rok przed najważniejszą imprezą czterolecia już na pewno nie. W Pekinie wszyscy chcieli już pokazać aspiracje do tego, żeby zdobywać świat w Rio.

Kojarzy pan, które MŚ w roku przedolimpijskim były dla nas najlepsze i jak bardzo odbiegały od tych z Pekinu?

- Na pewno Pekin przyniósł nam zdobycz wyraźnie rekordową.

Zgadza się, poprzedni najlepszy wynik to trzy medale z Osaki, z 2007 roku.

- Tam zdobyłem brąz na 400 m przez płotki, takie same medale mieliśmy w sztafecie 4x400 m i Anny Jesień na płotkach, ale w Pekinie żaden z tych krążków na olimpijski medal się nie przełożył. Trochę mieliśmy pecha, sztafety troszeczkę uciekły, ale w innych konkurencjach nie było źle - zdobyliśmy olimpijskie złoto dzięki Tomkowi Majewskiemu i srebro dzięki Piotrkowi Małachowskiemu.

Chińska wróżba na Rio jest dla nas wspaniała, ale chyba nie wolno nam hurraoptymistycznie twierdzić, że na przyszłorocznych igrzyskach osiągniemy aż tak znakomity wynik jak w Pekinie?

- Ośmiu medali bym się nie spodziewał, bo cały świat na pewno przygotuje się jeszcze lepiej niż do właśnie zakończonych mistrzostw. Myślę, że teraz mogę być odważny - powinniśmy zdobyć sześć medali.

Paweł Fajdek i Anita Włodarczyk tak bardzo dominują w rzucie młotem, że chyba tylko kontuzje mogłyby im odebrać złote medale, z podium nie powinien spaść Małachowski, ale innych pewniaków nie widać.

- Anita mówi, że już może rzucać nawet 83 metry [jej rekord świata wynosi 81,18 m], a nie ma powodu, by jej nie wierzyć, ona świetnie wie, co robi na treningu. I w jej przypadku, i w przypadku Pawła Fajdka chyba faktycznie nie ma kogoś, kto mógłby w rok wejść na ich poziom. Fajdek już ma chrapkę na rekord świata.

Mówi, że o tym pomyśli po Rio, bo dążenie do takiego wyniku wymagałoby zbyt wielu zmian w treningu, co na rok przed igrzyskami byłoby bardzo ryzykowne.

- Słusznie, ale nie wiem, czy tak przebojowy i krnąbrny człowiek będzie robił cokolwiek na pół gwizdka. Myślę, że w przyszłym roku znów się poprawi. Nie będzie odpuszczał, jeszcze dołoży węgla do pieca, pójdzie jeszcze mocniej. Mamy więc żelaznych kandydatów do olimpijskich zwycięstw. No bo żelastwem to my naprawdę potrafimy rzucać. Na pewno kolejny krok do przodu pod skrzydłami Małachowskiego zrobi Robert Urbanek. Piotrek na najwyższym poziomie startuje już od wielu lat, problemy zdrowotne faktycznie się u niego pojawiają, ale to też nie jest stary zawodnik, który miałby do igrzysk nie dociągnąć. O trójkę mistrzów możemy być spokojni. A za nimi mamy dużą grupę ludzi młodych, bardzo rozwojowych. Kamila Lićwinko o medal właśnie się otarła, Aśkę Fiodorow w młocie będzie stać na walkę, rozwija się Dobek, rozwija się Jóźwik, mamy Sofię Ennaoui, która bardzo dynamicznie idzie do przodu. Relatywnie szans będzie jeszcze więcej niż było w Pekinie.

Tomasza Majewskiego też stawia pan w gronie kandydatów do podium w Rio?

- Nie wykluczam, że Tomek znów przygotuje szczyt formy. Nie prezentował się najlepiej przez ostatnie dwa lata, ale on wie, jak trzeba się szykować na igrzyska, nie przez przypadek wygrał je w 2008 i 2012 roku. Jednak obawiam się, że nawet jego życiowa forma może nie wystarczyć na medal. Świat mu uciekł. Wyniki, jakimi zdobywał olimpijskie złota, padają w każdym sezonie po kilka razy. Szanse Tomka szacuję ostrożnie, bo są zawodnicy, którzy przekraczają 22 metry. Z drugiej strony Tomek, stając w olimpijskim kole, kiedy nie miał najlepszego wyniku sezonu, jednak okazywał się najlepszy.

Wróćmy jeszcze raz do 2009 roku - jak wiele zmieniło się od tamtych mistrzostw, jeśli chodzi o pieniądze dla zawodników, o zapewnienie im optymalnych przygotowań?

- Na pewno dużym wsparciem jest Orlen, ale w 2009 roku już prężnie działała nowa ustawa o sporcie i dobrze rozwinięty był już też Klub Polska zrzeszający najlepszych zawodników. Ludziom prezentującym najwyższy poziom niczego nie brakuje. Natomiast zmieniło się bardzo coś, z czego będziemy korzystać może jeszcze nie w Rio, ale na następnych igrzyskach w Tokio i jeszcze następnych. Mamy nowy system szkolenia młodzieży, wyłapywania talentów. Programy kierowane do dzieci przyniosą skutek. Robimy coś, co się sprawdziło w skokach narciarskich. W nich po sukcesach Adama Małysza ruszył program nastawiony na znalezienie jego następcy i teraz mamy całą drużynę. W lekkiej atletyce na przygotowanie dzieciaków pieniądze płyną strumieniem, jakim po 1989 roku jeszcze nie płynęły. Dzięki temu już mamy największy spód piramidy, na szczycie której jest taki przykładowy Tomek Majewski. Zawsze tym większa szansa na znalezienie takiego mistrza, im większy dół piramidy, czyli im więcej dzieciaków się szkoli. Kiedy pokolenie najmłodszych korzystających z tych programów dorośnie, to na mistrzowskich imprezach będziemy zdobywać jeszcze więcej medali niż teraz. Może nawet wrócimy do złotych czasów i 8-10 medali na igrzyskach będzie naszą lekkoatletyczną normą.

Ministerstwo Sportu i Turystyki, którego był pan pracownikiem, programy opiera głównie na lekkoatletycznych orlikach?

- Nie tylko. Ministerstwo ma programy podzielone na małe regiony, a koordynowane centralnie z jedną bazą wyników, a ze sprzętem nawet dla najmłodszych. To są niziutkie płotki, sprzęt do rzucania przypominający ten używany przez dorosłych zawodników, ale bardzo bezpieczny. W lekkoatletykę dzieciaki się w Polce bawią, uczą się koordynacji, a trenerzy wyłapują talenty, widzą, kto jest skoczny, kto silny, kto szybki. A to nie są jedyne programy, z jakich korzystamy. Współdziałamy też z IAAF [Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych]. Wreszcie monitorujemy swoją młodzież i to musi przynieść efekty. Do tej pory do sportu ludzie często trafiali przez ślepy traf.

Przykładem tak często przywoływany przez nas Majewski, który opowiadał mi, że do treningów namówił go trenujący młodzież kuzyn.

- Ja też trafiłem do lekkoatletyki przez przypadek. Chciałem być koszykarzem, poszedłem do szkoły sportowej z myślą, że trafię do klasy o profilu koszykarskim, a nie sprawdziłem, że on już został zamknięty. Została mi lekkoatletyka i tak się złożyło, że z dużym szczęściem udało się wszystko ładnie poukładać. Z biegiem lat, zamiast takich przypadków, coraz więcej będzie zaplanowanych działań.



Najlepsze zdjęcia lekkoatletycznych MŚ w Pekinie [ZOBACZ]




Więcej o:
Komentarze (3)
Lekkoatletyka. Plawgo: w Rio powinniśmy zdobyć sześć medali
Zaloguj się
  • Janusz Marek Nowak

    Oceniono 1 raz 1

    To wszystko prawda co mówi M. Plagwo ale niech blaski medali nie przesłaniają nam wielką niemoc w wielu konkurencjach np trójskok K i M ,podobnie skok w dal,wzywyż M,tyczka kobiet i , oszczep, sprinty i jeszcze w paru innych. Pytanie dlaczego?. Wydaje mi się ze jest to słabość szkolenia w klubach bo jeśli za szkolenie trenerom płaci się średnio 500zł brutto a budżety sekcji są więcej niż skromne albo żadne to czego tu oczekiwać

  • mkzuk.junk

    Oceniono 1 raz 1

    Medalowa posucha się skończyła!

  • janadamf

    0

    Tyminska i Wiesiolek to 100% kandydaci obok tego drugiego naszego kulomiota.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX