Sport.pl

Fachowiec radzi przed maratonem: Nie próbujcie ścigać się z Kenijczykami

- Z Kenijczykami radzę zrobić sobie selfie na mecie. A w maratonie nie gonić nawet tych, którzy nas wyprzedzają. Powiedzieć sobie: Nie, ja nie rywalizuję z innymi, tylko z samym sobą? - radzi Marek Dudziński, redaktor naczelny ?Runners World"
Jacek Antczak: Naczelny polskiej edycji pisma, które kupuje wiele milionów biegaczy na świecie, jest wrocławianinem. Pewnie już jako dwudziestolatek przebiegłeś Wrocław Maraton?

Marek Dudziński: Wtedy byłem siatkarzem i nienawidziłem biegania. Kojarzyło mi się z obozami kondycyjnymi, wymiotowaniem po biegu i chodzeniem tyłem po schodach. Właśnie mija dziesięć lat, jak biegam z przyjemnością. Ale jestem wrocławianinem i choć w "Runnersie" twierdzimy, że zdrowiej jest trenować do maratonu, a potem oglądać go z boku, to pierwszy maraton musiałem przebiec we Wrocławiu i udało mi się to pięć lat temu. A potem jeszcze trzy razy.

Jak czuje się wrocławianin - debiutant na trasie Wrocław Maratonu?

- Wspaniale biegnie się ulicami, które znamy z perspektywy samochodu czy tramwaju. Jak człowiek doskonale wie, że gdy trasa prowadzi na przykład z pl. Jana Pawła II do Hallera, to kilometry jakoś szybciej "się przebiegają". I fajnie wbiec na metę, gdzie czekają rodzina, przyjaciele, znajomi.

Czy dla innych biegaczy nasz maraton jest trudny? 

- Wręcz przeciwnie. Oczywiście, każdy maraton jest trudny, ale wrocławski ma wiele atutów. Trasa jest szybka, bez podbiegów, prowadzi przez Stare Miasto i Rynek, gdzie zawsze są ludzie, którzy mimo woli stają się kibicami. Biegniemy obok nowego stadionu, przez centrum, okolice uniwersytetu i widać te zabytki, nie biegnie się w ciszy. Oczywiście, są odcinki, na przykład most Milenijny, gdzie biegnie się wzdłuż ekranów dźwiękoszczelnych, bo te 42 kilometry trzeba sobie jednak gdzieś wybiegać, ale potem jest już serce miasta.

Które blokujemy.

- Zdaję sobie sprawę, że dla kibiców niebiegaczy to utrudnienie w życiu miasta. Ale na całym świecie maratony są świętem miasta, a nie przyczyną problemów. Kierowcy wiedzą, że jest maraton, jak wygląda trasa i że jak zaparkują samochód ulicę dalej, to wyjadą bez problemów. To tylko kwestia komunikacji, dobrej woli i zrozumienia.

Jak w bardzo już rozbieganej Polsce postrzegany jest wrocławski maraton?

- Kiedy został przeniesiony z wiosny na termin jesienny, wszedł do triumwiratu: w terminarzu najpierw jest Wrocław Maraton, potem Maraton Warszawski i Poznań Maraton. Co dwa tygodnie. Mam wrażenie, że Wrocław, po okresie stagnacji, gdy inne maratony poszły do przodu, teraz odbudowuje swoją renomę i zaczyna mocno gonić. W końcu to drugi najstarszy maraton w Polsce i powinien być co najmniej na drugim miejscu najwspanialszych maratonów. Zobaczymy, jak będzie w tym roku i czy wskoczy na maratońskie podium.

Co przed startem można poradzić debiutantom i tym, którzy w emocjach zapominają, co wtedy należy robić?

- Gdybyśmy rozmawiali przed dwoma tygodniami, to pierwsza porada brzmiałaby podobnie jak w przeddzień maratonu. Jeśli nie zbudowałeś wyśmienitej formy na dwa tygodnie przed maratonem, to już jej nie zbudujesz przez mocne trenowanie. Ale możesz ją poprawić przez odpoczynek. Mamy dwa dni do maratonu, więc potrzebny jest całkowity odpoczynek, pełen relaks.

Czyli pochodzić, pozwiedzać Wrocław?

- Nawet nie chodzić, leżeć ile się da, iść grzecznie spać. Nie mówię nawet o imprezowaniu, gdyż z punktu widzenia biegacza to oczywiste, że jeżeli ciężko trenował przez pół roku, żeby ukończyć maraton, to nie pójdzie do kumpli z Wrocławia na imprezę ani nie będzie nocą zaliczał Pasażu Niepolda i sprawdzał, jak wygląda nocne życie Rynku. Odpoczywać i cieszyć się tym, co się dzieje, na świętowanie przyjdzie czas za metą.

Ale co robić, przecież nie możemy przespać ostatnich przygotowań?

- Warto spakować sobie sprzęt startowy. Niech to nie będą żadne nówki, tylko rzeczy wypróbowane. Nie mówię tylko o butach, ale i o skarpetach, koszulce, spodenkach czy czapeczce. Bierzmy na maraton to, w czym już biegaliśmy, co lubimy i wiemy, że nas nie poobciera. I to, w czym fajnie wyglądamy - to też jest ważne, zwłaszcza dla pań. Ale jeśli dostaliśmy dwa dni temu od męża czy dziewczyny w prezencie świetną koszulkę, to w niej nie biegnijmy maratonu. Początkujący panowie nie powinni zapomnieć o plastrach, żeby nie cierpieć na trasie, a na mecie nie straszyć krwawiącymi sutkami. Można je zakleić plastrem i wtedy koszulka nie będzie raniła. Można też posmarować wewnętrzną część ud wazeliną, by chronić ją przed otarciami na 42-kilometrowej drodze.

No i nawodnić się.

- Ale nie przesadzać. Bo można się odwodnić, ale i przewodnić. Nie trzeba na dwa dni przed biegiem wypijać po cztery litry wody. Pić normalnie, wodę - nie izotoniki. Te pijemy w czasie wysiłku. Jeśli lubimy kawę czy herbatę, które też odwadniają, to każdą filiżankę popijmy szklanką wody. Na dwie godziny przed startem też nie wlewamy w siebie dwóch litrów wody, bo wtedy pobiegniemy z bukłakiem w brzuchu i to nie będzie fajne.

Można coś przekąsić na trasie?

- Przetestowaliśmy sprzęt, ale nie róbmy błędów żywieniowych. Nie wolno podczas maratonu jeść rzeczy, których nie próbowaliśmy na długich wybieganiach. Jeśli próbowałeś jakiegoś żelu czy napoju izotonicznego na treningu, to przy tym zostań na maratonie. Może być tak, że na trasie dostaniesz inny i jeśli go próbowałeś, to bez obawy napij się tego, co podają. Biec przez 42 kilometry z dwoma litrami własnego izotoniku byłoby przesadą.

Po co ten izotonik? Często się mówi, że sportowcy "uzupełniają płyny".

- Biegnąc taki dystans, pocimy się oraz tracimy minerały i energię. W izotoniku mamy sole mineralne i minerały, które powodują, że wymiana energii w organizmie działa prawidłowo. Dostarczają nam też węglowodanów, które dają energię do biegania. Warto pamiętać, żeby nie zacząć jeść wtedy, gdy już nie mamy siły. Najlepiej żele energetyczne, brać co 30 minut, przecież nie musimy od razu całego wrzucać do żołądka, a warto dodawać sobie po trochu energii.

A jak biec?

- Każdy bieg wyzwala adrenalinę na starcie, więc każdemu się wydaje, że startuje wolno, a tak naprawdę za szybko. Zacznij wolno, żeby mieć siły na finisz, ładnie skończyć. Jeśli ktoś biega z pulsometrem, to wie, jakiego tętna nie może przekraczać. Na starcie z powodu adrenaliny może być wyższe, ale po pierwszym, drugim kilometrze stres odpuści i można wyrównać tempo.

Niektórzy mają pokusę, by przez chwilę pobiec w tempie Kenijczyków?

- Z Kenijczykami proponuję zrobić sobie selfie na mecie. A w maratonie nie gonić nawet tych, którzy nas wyprzedzają. Powiedzieć sobie: "Nie, ja nie rywalizuję z innymi, tylko z samym sobą". Co z tego, że pobiegnę w tempie, w którym na treningach nie biegałem, jak na 20. kilometrze opadnę z sił, nie mówiąc o tej symbolicznej ścianie na 30. czy 33. kilometrze.

Symbolicznej czy realnej. Zderzyłeś się ze "ścianą"? Wrocław fajnie wymyślił, bo na newralgicznych kilometrach wbiegamy do Rynku.

- Miałem "ścianę", i to we Wrocławiu. Wystartowałem bez przygotowania na cały dystans, gdyż założyłem, że to będzie długi trening do innego maratonu, który skończę na 30. kilometrze. Ale na trasie zrobiło mi się żal i pobiegłem dalej. Ta "ściana" to po prostu wypłukanie się ze wszystkich rezerw energetycznych, które powoduje, że nagle odcina nam prąd. To nie jest tak, że padamy, tylko absolutnie nie mamy siły biec. Niektórzy ludzie się zatrzymują, inni przechodzą do marszu albo bardzo zwalniają. Najczęściej "ściana", blokada wynika z nieprzygotowania albo z tego, że zacznie się za szybko. Oczywiście po chwili energia i wiara w to, że zostało nam kilka kilometrów, powoduje, że znów zaczynamy biec. Kibice bardzo pomagają, bo właśnie wtedy przebiegamy przez Rynek, plac Bema, wbiegamy na Sienkiewicza i nagle okazuje się, że mamy tylko trzy kilometry do mety i tę "ścianę" zostawiliśmy w Rynku. Ale widziałem też maratończyków, którzy nie zauważali turystów i nawet nie wiedzieli, że biegną przez Rynek, tak byli zmęczeni. Czasami tak bywa, że mimo pięknych okoliczności przyrody i architektury patrzymy, widzimy tylko asfalt i kostkę, a nic dookoła.

Co jest w biegu maratońskim, że przyciąga tak wielkie rzesze ludzi? 

- To nie tylko kwestia maratonu. Wiem, że dla osób, które zaczynają biegać, już start na 10 kilometrów daje takie samo wrażenie jak tym, którzy przebiegają maraton pierwszy raz w życiu. To sprawdzenie samego siebie, czy jestem w stanie pokonać swoje słabości, i to nie tylko na zawodach. Czy jestem w stanie być na tyle wytrwały, mieć tyle silnej woli, by trenować co najmniej trzy razy w tygodniu, wstawać o świcie albo wychodzić wieczorem, by biegać, i to niezależnie od pogody? To ogromna satysfakcja, że jestem w formie, która pozwoliła mi ukończyć maraton. Wisienka na torcie. Bo na mecie jest się zwycięzcą niezależnie od tego, na którym miejscu się przybiegło. Nie mówię już o tym, że same przygotowania sprawiają, że jesteśmy w dużo lepszej formie fizycznej i psychicznej, jesteśmy zdrowsi, tracimy kilogramy i lepiej wyglądamy.

Będziesz kibicował czy startujesz?

- Mam wielki dylemat. Przygotowuję się do maratonu w Nowym Jorku i nie wiem, czy wystartować z pięcioma tysiącami wrocławian, potraktować start jako długie wybieganie i przebiec 35 kilometrów. Boję się, że jak wystartuję, to się nie powstrzymam i znowu pobiegnę do mety. Biję się więc z myślami, ale kibicował będę na 100 procent.

Więcej o: